POST Studio Teatralnego PRÓBY

Post

W piątek 2 marca mieliśmy przyjemność obejrzeć premierę monodramu Antoniny M. Tosiek w reżyserii Bogdana Żyłkowskiego w poznańskim CK Zamek. Dzieło wyreżyserowano w ramach Studio Teatralnego PróbyPost zdecydowanie stanowi ciekawą i wartą omówienia pozycję na scenie teatralnej Poznania. Garścią o nim przemyśleń poniżej uraczymy.

Na scenie znajdują się jedynie stół i aktorka. Pełen minimalizm. Pod sufitem podwieszono reflektory – ich zadaniem stanie się stwarzanie stożków światła, w których młoda artystka będzie wcielać się w postaci przedstawiane w spektaklu. Po kilku minutach spędzonych przed publicznością odgrywająca sarkastycznie upewnia widzów w spostrzeżeniu przez nich poczynionym – tak, przyznaje nieco agresywnie, to będzie kolejny spektakl o anoreksji.

Post pro-ana!

Dziewczynka z gimnazjum pisze prywatną wiadomość do zamkniętej grupy maniakalnie odchudzających się nastolatek – bardzo chcę schudnąć, zależy mi na szybkich efektach, mogę robić wszystko, tak mniej więcej mówi. Jeśli mnie nie dodacie, to chyba się zabiję, dodaje. Pro-ana! nieco niepewnie woła na koniec.

Ironia losu, można by pomyśleć – dziewczyna zabije się, tak deklaruje, ze swej nadwagi. Patrząc na nią, dochodzi się zaś do wniosku, iż rzeczywiście doprowadzi do swojej śmierci. Tą jednak spowoduje nie nadmiar wagi, a jej niedomiar.

Post, to dyskusji nie podlega, porusza bardzo trudny temat. Naszym zdaniem realizuje go na całkiem przyzwoitym poziomie. Wypowiedzi przytaczane przez główną bohaterkę oczekującą na kontakt ze swoją przyjaciółką z grupy, Muchą, dość barwnie i bystrze zdają się odmalowywać obraz anoreksji i bulimii. Dla człowieka niezaznajomionego z tematem szokiem może być duża spójność, logiczność przebiegu tego zaburzenia, którą zauważyć da się ze względu na sposób dobrania przez reżysera tekstów.

Post
Antonina M. Tosiek, fot. Marcin Salwin

Kontrast wyczucia smaku

Wyczuciem smaku z pewnością charakteryzowała się scenografia skrzyżowana z ciekawie rozwiązanym oświetleniem. Postaci mówiące w spodkach światła zupełnie skupiają uwagę widza – tak samo uwaga czytającego skupia się na wpisie odczytywanym w grupie internetowej. Nadawca takiego komunikatu ma swoje pięć minut, może cieszyć się zrozumieniem, którego może właśnie brak mu w rzeczywistości. Efekty świetlne dobrane do tego dość wyważonego w swej konstrukcji monodramu potrafią zaskoczyć i zdają się idealnie wpasowywać w przekaz dzieła.

Ten zaś, niestety, nie zaskakuje. Podobnie stwierdza z resztą sama aktorka (koniecznie zaakcentować trzeba: naprawdę nieźle grająca aktorka), mówiąc, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż wszyscy już od początku przejrzeli całą intrygę zawartą w scenariuszu. Stwierdza to nie bez powodu, powodem zaś wcale nie jest podkreślenie oczywistości fabuły, jak można by pomyśleć, oglądając.

Pewien kontrast staje się zauważalny, kiedy weźmie się pod uwagę wszystkie te tak mocne strony tej inscenizacji i ponownie przemyśli ogół wrażeń. Ze sceny do widza płynie bardzo dużo cierpienia: łzy pojawiają się już w pierwszym kwadransie monodramu, historie postaci są dość makabryczne, tym bardziej, im bardziej beztroskim tonem podane. Oglądający wystawiony na taką ilość bodźców może się do nich przyzwyczaić. Sprzyja temu minimalizm spektaklu. W pewnym momencie staje się możliwe, iż odbiorcę ogarnie znieczulica potęgowana podobnym charakterem tekstów. I tu lis ma norę – tu pojawia się wspomniany kontrast, który rozgrywa się na linii środki wyrazu spektaklu – dawkowanie emocji widzom. Pytanie brzmi, czy dążenie do powodowania znieczulicy jest świadomie obraną drogą?

Tekst zawiera opinię autora.