Nikt nie jest doskonały – recenzja

Nikt nie jest

Niedawno miałam przyjemność obejrzeć spektakl “Nikt nie jest doskonały” w reżyserii Piotra Dąbrowskiego. Na scenie warszawskiego Teatru Buffo wystąpili: Michalina Sosna, Marta Chodorowska, Wojciech Błach oraz Zdzisław Wardejn.

Długo zbierałam się do napisania recenzji z tego spektaklu, tak samo jak długo przekonywałam samą siebie, że warto iść na komedię, mimo że nie jest to moja ulubiona forma teatralna. Zazwyczaj komedie mnie nudziły lub wydawały mi się trywialne, a żarty w nich zawarte  – po prostu nieśmieszne. Tym razem, na szczęście, było inaczej. Nie zastałam nudy, a teksty aktorów nie wprawiały mnie w zakłopotanie swoją tandetą.

Na scenie widzimy biuro wydawnictwa “Miłość jest wszędzie” oraz skromne mieszkanie dość nietypowej rodzinki – samotnego ojca, Leonarda (Wojciech Błach), który pełni rolę kury domowej, jego buntowniczej córki Dee Dee (Michalina Sosna) oraz pełnego wigoru i skorego do żartów seniora o pseudonimie Gus (Zdzisław Wardejn). Scenografia podczas całego spektaklu jest stała i nie zmienia się. W przeciwieństwie do akcji spektaklu, która jest dość przewrotna…

Poznajemy tu historię, jak już wspomniałam, nietypowej rodziny. Małe mieszkanie zajmuje Leonard, rozwodnik zafascynowany wszelkimi statystykami, którymi zasypuje swoich bliskich – przebojową i beztroską córkę oraz ojca, którego wyrzucono z domu spokojnej starości. Jako że rodzinę dotykają problemy finansowe, Leonard postanawia napisać książkę, a dokładniej – romans. Niestety, dyrektorka wydawnictwa “Miłość jest wszędzie”, Harriet Copeland (Marta Chodorowska), odrzuca książkę od razu po tym jak zauważa, że autorem powieści jest mężczyzna. Harriet pragnie wydać książkę “dla współczesnych kobiet napisaną przez współczesną kobietę”, twierdząc że mężczyźni nigdy nie będą w stanie zrozumieć kobiet. Ale czy aby na pewno? Zdenerwowany Leonard postanawia napisać kolejną powieść, tym razem pod pseudonimem Martly Bunbury. Nowa historia miłosna robi ogromne wrażenie na Harriet Copeland. Bohaterka twierdzi, że to jest dokładnie to czego szukała i za wszelką cenę chce spotkać się z Murtly. I tu zaczyna się niezła, pełna zawirowań zabawa.

Leonard bardzo się stara by jego tajemnica nie wyszła na jaw i sięga po niezwykle ciekawe rozwiązania. Z każdą minutą przybywa kłamstw i kłamstewek. Leonard staje się coraz bardziej przytłoczony, nie ma siły, by bez końca przebierać się za kobietę, ani dłużej ukrywać tego co myśli na temat Harriet. Dzięki swoim najbliższym w końcu zbiera się na odwagę i wyznaje Harriet całą prawdę.

Podczas spektaklu czułam, że aktorzy dobrze czują się w swoich rolach i sami świetnie się bawią podczas spektaklu. W pewnym momencie, na pytanie Dee Dee o to, gdzie jest Leonard, zamiast Gusa odpowiedziała publiczność, co Zdzisław Wardejn przyjął z ogromnym uśmiechem i chichotem, potwierdzając odpowiedź. Aktorzy byli prawdziwi w swoich postaciach. Wielkie brawa dla Wojciecha Błacha, który świetnie wcielił się w rolę starszej kobiety po przejściach. Moją szczególną sympatię zyskała postać Gusa, seniora, którego nie przytłaczał wiek i który nie stracił pogody ducha ani ochoty na płatanie żartów. Wraz z Dee Dee tworzyli niezwykle pozytywny duet. Wnuczka i dziadek szykująca się na imprezę, to zdecydowanie ciekawe połączenie.

Jedyne, co rozczarowało mnie w spektaklu, to zakończenie. Najwidoczniej autorowi scenariusza (Simon Williams) zabrakło pomysłu. O ile teksty w całym spektaklu były zabawne i błyskotliwe, a akcja zaskakiwała swoją przewrotnością, o tyle zakończenie było według mnie po prostu słabe. Po tak przemyślanej i dobrze poprowadzonej fabule oczekiwałam równie zaskakującego zakończenia. Jednak, po całej plątaninie kłamstewek i upozorowań, jedyne co Harriet Copeland ma do powiedzenia, to: “Nikt nie jest doskonały”. Tak szybkie pogodzenie się z faktami nie pasowało mi do postaci Copeland, którą oglądamy przez cały spektakl.

Zdjęcie tytułowe: Herbert Orlikowski.

Artykuł zawiera opinię autora.