Katowice znów brzmią inaczej. Relacja z 1. dnia OFF Festivalu
Po dniach skrajności – od spędzających sen z powiek upałów po nagłe załamania pogody – katowicka Dolina Trzech Stawów przywitała festiwalowiczów wyjątkowo łaskawą, niemal idealną aurą. Piątkowe popołudnie i wieczór upłynęły pod znakiem przyjemnego chłodu i idealnych warunków do chłonięcia muzyki.
Na uczestników czekało aż sześć scen, ale OFF to jak zwykle coś więcej niż same koncerty. W przerwach między występami można było wpaść do rozbudowanej strefy gastro, nawodnić się darmową wodą z beczkowozu, odwiedzić strefę sponsora głównego (Orlen) czy sprawdzić atrakcje na licznych stoiskach. Tradycyjnie ogromnym zainteresowaniem cieszył się OFF Market, wabiący kolekcjonerami winyli, unikatowym rękodziełem i autorską odzieżą. Największy ścisk – również bez zmian – panował w strefie OFF’N JAZZ CLUB. Kameralna przestrzeń po raz kolejny okazała się zbyt mała na tłumy chętnych, którzy chcieli doświadczyć jazzowych poszukiwań na żywo.
Muzyczne doznania: od wyciszenia po absolutny obłęd
Dobrawa Czocher
Wielką sztuką jest wyciszyć festiwalowy tłum, a polskiej wiolonczelistce udało się to bez trudu. Jej koncert był oazą spokoju i czystego piękna, wprowadzając słuchaczy w cudowny, niemal medytacyjny nastrój. Subtelne, melancholijne kompozycje idealnie rezonowały z popołudniową zielenią Doliny.
The Flaming Lips
Amerykanie dostarczyli dokładnie tego, na co wszyscy czekali – absolutnie psychodelicznego, wizualnego spektaklu. Zestaw obowiązkowy w postaci deszczu konfetti, gigantycznych gumowych piłek, dmuchanej tęczy i wielkiej kuli dyskotekowej zamienił ich koncert w najszczęśliwszą imprezę na planecie. Wayne Coyne i spółka udowodnili, że w kategorii koncertowego show wciąż nie mają sobie równych.
Krótkie strzały: kogo jeszcze słyszeliśmy?
Tercet Imperial
Prawdziwy powrót do przeszłości w odświeżonym wydaniu, który zaskoczył wielu młodszych słuchaczy niezwykłą lekkością. Ich występ przyniósł mnóstwo nostalgii, elegancji i niedzisiejszego uroku, idealnie równoważąc współczesne, alternatywne brzmienia.
Joshua Idehen
Brytyjsko-nigeryjski poeta i wokalista przyniósł na scenę potężną dawkę żywiołowej energii połączonej z zaangażowanym przekazem. Jego charyzmatyczny melorecytowany głos w akompaniamencie pulsującej elektroniki i jazzu momentalnie porwał tłum do tańca.
Clayknot
Mroczny, surowy i gęsty klimat ich występu przyciągnął miłośników gitara-centrycznego hałasu. Błyskotliwe sekcje rytmiczne i chłodna, post-punkowa aura sprawiły, że był to jeden z najbardziej bezkompromisowych koncertów dnia.
Dana and Alden
Amerykańskie rodzeństwo zaserwowało niezwykle świeży, organiczny jazz wymieszany z elementami lo-fi i soulu. Ich pełne luzu, wręcz domowe improwizacje stanowiły idealny podkład pod wieczorne rozmowy na trawie.
Black Country, New Road
Jeden z najbardziej wyczekiwanych występów wieczoru zachwycił kunsztem instrumentalnym i emocjonalną dojrzałością. Zespół bezproblemowo żonglował nastrojami – od cichych, kameralnych fragmentów po potężne, orkiestrowe kulminacje, budząc powszechny zachwyt.
Earl Sweatshirt
Amerykański raper zaserwował hip-hop w wersji surowej, gęstej i skrajnie introwertycznej. Bez zbędnych efektów specjalnych, broniąc się jedynie błyskotliwym słowem i ciężkimi, abstrakcyjnymi bitami, udowodnił swoją klasę.
Babymorocco
Prawdziwy chaos i przesterowana, dekonstruowana elektronika dla szukających mocnych wrażeń. Jego występ to skondensowana energia ery TikToka, hyperpopu i rave’u, która nie dała publiczności ani chwili na oddech.
Pierwszy dzień pokazał, że OFF Festival wciąż trzyma rękę na tętnie współczesnej muzyki. A to dopiero początek weekendu.


























































































