C jak Cybulski – rozmowa z Dorotą Karaś, autorką biografii aktora

Na plażę wychodził w szlafroku. Na planach filmowych był zmorą dla reżyserów. To jemu Robert de Niro oddał hołd w „Taksówkarzu”. Za talent i sławę płacił niemałą cenę. Łączył ogień i wodę, a gdyby żył dzisiaj, to pewnie ciągle sprawdzałby Facebooka, bo kontakt z ludźmi i światem był jego tworzywem. O Zbigniewie Cybulskim, polskim Jamesie Deanie, rozmawiam z Dorotą Karaś, autorką biografii „Cybulski. Podwójne salto”.

Zmierzyła się Pani z napisaniem biografii jednej z największych legend polskiego kina. Rozłożyła postać Zbigniewa Cybulskiego na czynniki pierwsze i opowiedziała jego historię jeszcze raz. Co Panią ostatecznie skłoniło do napisania książki „Cybulski. Podwójne Salto”?

Przyczyna była prozaiczna, ponieważ to nie był mój pomysł. Pod koniec 2014 roku, wydawnictwo ZNAK zwróciło się do mnie z taką propozycją. Było to dosyć zaskakujące. Uważałam, że jest to postać tak legendarna i wielokrotnie opisywana oraz pokazywana, że nie można tu zrobić nic nowego. Jednakże, po wstępnym rozpoznaniu okazało się, że nie ma klasycznej biografii Cybulskiego. Jest mnóstwo wspaniałych książek wspomnieniowych zawierających cenny materiał. Jest również jedna biografia napisana przez przyjaciela Cybulskiego, Jerzego Afanasjewa. Jest to jednak bardzo trudna lektura dla współczesnego czytelnika. Powstała w czasie PRL-u, kiedy Afanasjew nie o wszystkim mógł pisać wprost i musiał posługiwać się pewnego rodzaju szyframi. Odniosłam wrażenie, że historia Cybulskiego jest znana, ale nie do końca opisana.  To wszystko sprawiło, że pomimo ogromnego strachu, postanowiłam spróbować. Nie zdawałam sobie sprawy z jak skomplikowaną i wielowątkową materią przyjdzie mi się zmierzyć.

Jaka była Pani relacja z Cybulskim przed napisaniem książki?

Nie zbierałam o nim żadnych informacji, nie pisałam artykułów, nie opisywałam go. Nawet nie był głównym bohaterem moich tekstów o aktorach z Wybrzeża. Jeśli się pojawiał, to sporadycznie, jako element bohemy z lat 50. i 60.

Nie bała się Pani, że może wszystko zostało już powiedziane i ludzie nie będą chcieli sięgnąć po tę książkę?

Oczywiście, że się bałam, ale wydawało mi się, że dla mojego pokolenia, a miałam również nadzieję, że i dla młodszego, Cybulski jest dalej żywy. Zauważyłam też, że jako aktor i postać ma pewną nieprzemijającą popularność. Został mocno rozpropagowany przez popkulturę. Do dzisiaj powstają chociażby marki odzieżowe wykorzystujące jego wizerunek, choć sam Cybulski był kompletnym abnegatem w tej kwestii. Stwierdziłam, że może to być dobra okazja do bliższego spotkania z Cybulskim dla tych, dla których może jest tylko mężczyzną w ciemnych okularach.

Dlaczego Zbyszek, a nie Zbigniew?

Tak każdy się do niego zwracał. Cybulski bardzo skracał dystans. Jerzy Gruza powiedział mi, że w tym czasie były dwa typy gwiazdorstwa. Jeden reprezentował Cybulski – gwiazda na wyciągnięcie ręki, a drugi, Irena Dziedzic – niedostępna Pani z telewizji, z którą zwykły śmiertelnik nie miał kontaktu. Z Cybulskim każdy mógł porozmawiać na ulicy. Na początku swojej popularności odpisywał na listy fanów, a później prosił o to swoją żonę, aż stało się to niemożliwe ze względu na ich ogromną ilość. Poza tym, miał silne korzenie harcerskie. Był jak starszy brat. Młodsi koledzy byli w niego wpatrzeni. Troszczył się o ich stopnie, o to czy mają gdzie mieszkać i co jeść. Wszystkimi chciał się zaopiekować. Jednocześnie, jako artysta, nie widział siebie, jako niedostępnej gwiazdy. Życie codzienne było dla niego tworzywem. Chciał wiedzieć, co widza interesuje, boli czy denerwuje, a w czasach gdzie nie było Facebooka, mógł się tego dowiedzieć tylko poprzez bezpośredni kontakt z publicznością. Z kolei filmoznawca Krzysztof Kornacki zwrócił uwagę na protekcjonalny wydźwięk „Zbyszka”. Nie wszyscy artyści traktowali Cybulskiego poważnie ze względu na jego niesforność, spóźnialskość i niedociągnięcia aktorskie. Czasem „Zbyszek” miał wydźwięk nieco lekceważący.

Konrad Eberhardt, w książce „Zbigniew Cybulski”, powołując się na zdjęcie Cybulskiego grającego w karty z Harriet Andersson, które Zbyszek podpisał słowami: „Kochać – gra w karty, oczywiście przegrywam”, wychodzi poniekąd z tezą, że Cybulski zawsze przegrywał. W końcu wojna rozłączyła Cybulskiego na wiele lat z rodziną, w późniejszych latach musiał ukrywać swoje pochodzenie, nigdzie nie mógł się wpasować, bardzo późno zadebiutował rolą Maćka w „Popiele i Diamencie”, a kompleksy nie dawały mu spokoju. Mam wrażenie, że wystartował, jako już przegrany. Zgodziłaby się z tym Pani?

Boję się stawiać tez, które zahaczają o ocenę psychologiczną, ale faktycznie w jego konstrukcji psychicznej była niewiara w siebie. Składał się z paradoksów. Jednym z nich było to, że pomimo niezwykłego talentu aktorskiego i kreacji oraz niewątpliwej sławy, którą zdobył, powątpiewał w swoje osiągnięcia i je kwestionował. Tak samo było z wyglądem. Kochały się w Nim prawie wszystkie Polki, a on miał na punkcie wyglądu ogromne kompleksy – za małe oczy, za krótkie nogi, obwisła pupa. Na plażę wychodził w szlafroku. Tak naprawdę to przegrywanie we wszystkim się przejawiało. Na przykład w jego relacji z Kobielą to Bobek błyszczał, a on był fajtłapą i to jemu robiono psikusy. Miał chyba skłonności do stawiania siebie w roli przegranego.

Zastanawiała się Pani czy nie było to zamierzone zachowanie w ramach pewnej konwencji aktorskiej?

Mogło być w tym trochę pozy. Próbowałam rozszyfrować jego najbardziej znane zachowanie. Ludzie, z którymi się spotykałam pytali czy wiem, że on miał zwyczaj „obszukiwania”. Ciągle czegoś szukał. Kobiela rozsypywał mu pieniądze i Cybulski nie wyszedł z pomieszczenia czy z tramwaju lub pociągu dopóki wszystkiego nie pozbierał. Czasami nawet ściągał obrazy ze ścian, żeby sprawdzić czy czegoś pod nimi nie ma. Próbowałam rozwikłać, czy to była nerwica natręctw, zachowanie, którego faktycznie nie kontrolował, czy etiuda, którą rozgrywał na potrzeby otoczenia. Tutaj moi rozmówcy byli podzieleni. Jedni mówili, że to było niekontrolowane, a inni na odwrót. Andrzej Wajda twierdził, że to było zagrane pod niewielką publiczność wokół siebie. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby odgrywać taką sytuację przy każdej okazji.

Cybulski był człowiekiem o 100 twarzach. Z jednej strony dusza towarzystwa, z drugiej nieśmiały i porywczy. W gorszych momentach swojego życia, na planie potrafił bezustannie spać po kątach, a następnie odgrywać sceny jak gdyby ćwiczył je od wielu godzin bez przerwy na sen. Do tego dochodzi jeszcze wspomniane obszukiwanie. Czy nie były to oznaki początku choroby afektywnej dwubiegunowej?

Nie jestem lekarzem, nie mogę postawić diagnozy. Przyjęłam, że jego zasypianie na planie czy też brak regularnego snu wynikały z ogromnej chęci życia i przeżycia wszystkiego. Cybulski żył na podwójnych obrotach. Czasami kończyło się to zaniedbaniem obowiązków czy wyczerpaniem fizycznym. Być może, ta zwiększona chęć życia wynikała z chęci nadrobienia lat okresu wojennego. Cybulski cały czas też myślał o tym, co jeszcze ma do zrobienia. Bezustannie coś planował. Nie prorokował takiego tragicznego końca życia. Natomiast, mój redaktor po pierwszym przeczytaniu książki, powiedział, że gdyby nie wiedział jak skończyła się historia Cybulskiego, to od pewnego momentu jego życia byłby przekonany, że Zbyszek popełni samobójstwo. Na pewno był w Nim element autodestrukcyjny, ale nigdy nie uskarżał się, że jego życie dobiega końca. Z drugiej strony, robił mnóstwo rzeczy, aby je ukrócić. Chociażby poprzez ciągłe wskakiwanie do jadącego pociągu.

Był niespokojnym duchem. Ciągle gdzieś gnał. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Najmniej czasu spędzał w domu z rodziną. Czy jego małżeństwo było związkiem z rozsądku? Dlaczego uciekał?

Absolutnie nie było to małżeństwo z rozsądku, tylko naprawdę bardzo wielka miłość. Oczywiście ślub był konieczny, ponieważ Elżbieta zaszła w ciążę i Cybulski nie wyobrażał sobie postąpienia inaczej ze względu na swoje zasady. Natomiast z pewnością szalenie ją kochał. Oboje byli artystami i wolnymi duchami. Pasowali do siebie charakterologicznie. Przed pojawieniem się dziecka, kiedy mieli tylko teatr Bim-bom, byli najszczęśliwsi. Nic ich nie zmuszało do bycia razem. Zaraz po urodzeniu Maćka przysyłał bardzo czułe listy do Elżbiety pełne miłości i tęsknoty za nią, ale też za domem, rodziną i stabilizacją. Z jednej strony nienawidził tego mieszczaństwa i stabilizacji, a z drugiej strony marzył o takim ustatkowaniu. Przywiózł w końcu Elżbiecie ze Szwecji najlepszy samochód w tamtych czasach. Poza tym, wtedy nawet największe gwiazdy nie miały takiego statusu finansowego jak dzisiaj. Pieniądze też się nigdy nie trzymały Cybulskiego. Mnóstwo wydawał i pożyczał ludziom. W związku z tym brał zlecenie za zleceniem, żeby zarabiać. Natomiast z pewnością w pewnych momentach czuł, że jest nie w porządku wobec żony. Przyjaciele przyprowadzali go pijanego w środku nocy pod drzwi mieszkania, naciskali dzwonek i uciekali, ponieważ bali się spojrzenia Elżbiety. Być może uciekał z domu, bo miał poczucie, że ją zawodził.

Czy Cybulskiemu przeszkadzała sława?

Cybulski chciał być wieloznacznym aktorem. Jeżeli sława mu przeszkadzała, to dlatego że po części oznaczała utożsamienie Go tylko z rolą Maćka Chełmickiego. Jednakże sam też szedł w tę stronę. Swojego syna nazwał Maciek, po bohaterze „Popiołu i diamentu”. Reżyserzy oferowali mu role będące poniekąd przedłużeniem postaci Maćka lub dyskusją z nią. Ludzie na ulicy pozdrawiali go, jako Chełmickiego. Kiedyś nawet grupa studentów prawa zorganizowała fikcyjny proces sądowy Maćka Chełmickiego i zaprosiła Cybulskiego do odgrywania tej roli. Myślę, że to właśnie ta stała obecność Maćka mogła go uwierać.

Czy rola Maćka Chełmickiego stała się dla Cybulskiego kompleksem?

Kompleksem to chyba za dużo powiedziane. Cybulski chciał bardzo dużo powiedzieć rolą Maćka. W rozmowach z jego kolegami z Bim-bom doszliśmy do wniosku, że miał ogromny kompleks wojenny wynikający z tego, że nie brał udziału w Powstaniu Warszawskim, a pochodził z rodziny, w której tradycje wojskowe i patriotyczne były szalenie ważne. Sam miał być wojskowym. Rola Maćka była szansą na wejście w rolę, której nie mógł odegrać w powstaniu, ale zaciążyła też znacząco na jego życiu.

Co Cybulski wniósł na stałe do polskiej sztuki filmowej?

Jego aktorstwo był nieporównywalne do wszystkiego, co ówcześnie działo się w polskim kinie. Oczywiście można Go przyrównywać do Jamesa Deana czy Marlona Brando, ale to nie było zwykłym zapatrzeniem się i powielaniem wzorców. To po prostu w nim tkwiło. Wniósł bardzo nowoczesne podejście do aktorstwa. Starsi aktorzy zarzucali Mu, że na próbach teatralnych czytał gazety. Dla niego prasa była narzędziem poznania zainteresowań ludzi i problemów świata, które następnie przenosił na swoje role i w oparciu o nie, prowadził dialog z widownią. Chciał mówić językiem adekwatnym do tego, czego oczekiwali widzowie. W „Popiele i diamencie”, wbrew wcześniejszej wizji reżysera, zrezygnował z kostiumu historycznego i zagrał chłopaka z ulicy mówiącego głosem ówczesnego pokolenia. Poza tym grał na emocjach i to własnych, co było zmorą dla reżyserów, ponieważ nie potrafił potem powtórzyć danej sceny. Wiele osób ze środowiska filmowego uważało to za brak profesjonalizmu. Używał do sztuki całego siebie, swojego życia i spalał się w tym, co zawsze jest ryzykowne.

Cybulski zyskał całkowitą akceptację. Po ulicach chodziły same Jego sobowtóry, a mimo to nie potrafił uwierzyć w swoją wartość. Skąd wynikała Jego ciągła potrzeba akceptacji?

Z cech charakteru. Cybulski był nadwrażliwy. Miał mnóstwo kompleksów i problemów ze swoją wartością, jako artystyNie mógł przeżyć chociażby tego, że po przeprowadzce do Warszawy, środowisko artystów trzymało go na dystans. Czuł się nieakceptowany, a przecież to było jego towarzystwo. To wszystko po prostu się zapętlało.

Cybulski wywołuje skrajne emocje wśród mojego pokolenia. Jedni się Nim zachwycają. Twierdzą, że do dzisiaj nie pojawił się ktoś jego pokroju. Inni zarzucają Mu teatralność i uważają za relikt przeszłości. Po której ze stron by się Pani opowiedziała?

Pisząc biografię zbliżamy się do swojego bohatera. Mnie „Popiół i diament” czy „Jak być kochaną” zachwycają. Nie przeszkadza mi jego aktorstwo. Być może dlatego, że za dużo o nim wiem, jako o człowieku i zdaję sobie sprawę, skąd to wszystko się wzięło i jak do tego dochodził. Oglądając filmy z Jego udziałem, mam w głowie wszystko to, co w tym czasie robił. Wiem jak zamęczał reżyserów poprawkami, które chciał nanosić, aby ulepszać sceny, dlatego jest mi trudno oceniać jak zagrał w tym lub w innym filmie, wiedząc jak bardzo był zaangażowany i co się wtedy z nim działo.

Jakby Pani zachęciła moje pokolenie do zapoznania się z Cybulskim?

Jest to niezwykle barwna i pełna sprzeczności postać, a my lubimy ludzi, którzy łączą wodę i ogień, są trochę dobrzy, trochę źli. Ludzi, którzy są jednocześnie aniołem i diabłem, którym coś się bardzo udało i nie udało. Cybulski zmarł pół wieku temu, ale jego życie, problemy, z którymi się zmagał, są fascynująco współczesne.

 

Rozmowę przeprowadziła Martyna Janasik

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o