Joanna Yana Bieńkowska w ostatnich latach zapracowała na miano jednej z najpopularniejszych artystek nurtu modern classical w Polsce. Swoją renomę potwierdziła grając na scenach czołowych europejskich festiwali. Teraz w wydawnictwie Olafura Arnaldsa przygotowuje się do wydania trzeciego krążka. O między innymi jej muzycznych korzeniach, edukacji i karierze na zachodnioeuropejskich rynkach rozmawiał z artystką Wojciech Miśkiewicz.
Wojciech Miśkiewicz: Gościsz na Great September, czujesz że grasz tutaj jako rozpoznawalna artystka?
Joanna Yana Bieńkowska : Nie wiem jak z tą rozpoznawalnością, szczerze mówiąc, nie czuję zupełnie, żeby była jakaś duża. Na pewno jest trochę inaczej, dużo koncertów za mną, za chwilę trzeci album, więc z całą pewnością sporo się zmieniło.
W.M. Miałaś okazję wystąpić w Grand Hotelu, prestiżowe miejsce, specjalnie przygotowana sala koncertowa w najlepszym hotelu w Łodzi. Takie przestrzenie, bardzo wysublimowane, bardzo ładne estetycznie, są stworzone dla muzyki klasycznej. Ale czy Ty nie boisz się sięgać po miejsca bardziej przyziemne?
J.B. Wydaje mi się, że muzyka może odnaleźć się w każdej przestrzeni, w zależności od tego w jaki sposób jest prezentowana. Nie jestem zwolenniczką przyporządkowywania miejsc do konkretnego gatunku muzycznego. Uważam, że trzeba z muzyką wychodzić do ludzi i dawać im możliwość odbioru takiej twórczości, jakiej chcą słuchać. Rzeczywiście ta przestrzeń była wyjątkowa i bardzo się cieszę, że mogliśmy właśnie tam się zaprezentować. Natomiast wszystko jest dla ludzi i nie powinniśmy się od nich odgradzać. Nieważne, czy to jest muzyka klasyczna sensu stricte, czy jakiegoś rodzaju mariaż, tak jak to występuje u mnie.
W.M. A dlaczego Twoim zdaniem muzyka poważna jest tak hermetyczna? Jazz chociażby, który zaczynał w Stanach Zjednoczonych, często był grywany w półlegalnych lokalach, potem przeszedł na salony, teraz powoli wraca do takich mniej eleganckich miejsc. Czy właśnie muzyka klasyczna ma wpisane w swoje DNA pewną, w cudzysłowie, wyższość nad innymi formami muzyki? Czy ci artyści, których poznałaś chociażby edukując się muzycznie, mieli takie poczucie wyższości nad otoczeniem?
J.B. Myślę, że nie mieli. Przede wszystkim większość z nich była absolutnie niedoceniana za życia. Bardzo często pełnili funkcje z punktu widzenia dzisiejszego człowieka prozaiczne. Byli na przykład organistami, albo, dajmy na to, Mozart, on grał muzykę rozrywkową tamtych czasów na salonach. Wydaje mi się, że ta muzyka stała się takim troszkę reliktem przeszłości i swego rodzaju eksponatem muzealnym, przez co czasem kojarzy się z czymś nieco nierzeczywistym i odrealnionym. Natomiast kiedy się podejdzie do jej genezy, to można na to spojrzeć zupełnie inaczej. Oczywiście może ona być czasami trudna w odbiorze, bo jest czasami skomplikowana. W zasadzie nie ma doskonalszej muzyki. Nic już chyba bardziej zaawansowanego później nie powstało. Tak samo jak wspomniany przez Ciebie jazz – ma swoje korzenie w work songach, a muzyka klasyczna ma nierzadko podłoże w muzyce rozrywkowej ówczesnych czasów.
W.M. A Twoim zdaniem dobrą drogą do popularyzacji od samych podstaw, wręcz od pierwszych chwil, jest szkoła? Nie mówię o szkołach muzycznych, ale o tym klasycznym formacie edukacji. Wyjścia do filharmonii, teatru muzycznego – dla wielu uczniów to jedynie okazja do opuszczenia lekcji, a nie przygoda i okazja do dowiedzenia się czegoś.
J.B. Jestem orędowniczką edukacji i uważam, że zawsze ma to sens. Myślę, że za każdym razem znajdzie się nawet ten jeden uczeń, dla którego to będzie wielkie wydarzenie, które wniesie coś wartościowego do jego życia. Może zapoczątkuje jakieś zainteresowanie, sprawi, że ta osoba obierze jakiś kierunek działań z tym związanych. Więc nawet dla tej jednej osoby warto, bo jeśli, dajmy na to, każda szkoła w danym kraju robi coś takiego na raz na pół roku, to zbierze się nam już jakaś grupa. To bardzo istotne w kontekście rozwoju kultury jako takiej. Takie rzeczy powinny się dziać, to nie powinno zaniknąć. To jest nasze bogactwo, nasze dobro.
W.M. A Tobie szkoły muzyczne więcej dały, czy odebrały? Wielu muzyków, którzy zaczynali swoją edukację właśnie od tych formatów państwowych szkół muzycznych, miało diametralnie inne zdanie. Część doceniała techniczne zaplecze, ale wielu narzekało, że szkoły zabierały inwencję twórczą, umiejętność spontanicznego wyrażania siebie.
J.B. Tak, to jest bardzo zawiły temat. Myślę, że to materiał na osobną rozmowę. Z całą pewnością podpisuję się pod tym, że edukacja artystyczna przede wszystkim zapewnia rzemiosło, zwłaszcza jeśli ktoś się do tego przykłada. Nawet jeśli ktoś nie decyduje się na kontynuację tej ścieżki, to go wzbogaca ogromnie jako człowieka, rozwija jego wrażliwość. Inna sprawa jest taka, że system edukacji klasycznej jest wciąż archaiczny.
Studiowałam skrzypce na wydziale klasycznym, ale brakowało mi zajęć z improwizacji. Jakby podświadomie tego szukałam, czasami zapisywałam się na warsztaty, które się gdzieś pojawiały, bo rzeczywiście otwiera to zupełnie inne przestrzenie w głowie. W muzyce klasycznej istnieją różne pola interpretacji dzieła, ale jednak wciąż trzeba się trzymać jakiegoś kanonu. A zatem zgadza się, nie ma aż tyle tej wolności. Natomiast wykształcenie, jeśli ktoś decyduje się zajmować swoją autorską muzyką, daje wolność wyrazu poprzez nabyty warsztat.
W.M. To teraz zapytam o Twoje występy na żywo. Miałaś między innymi w tym roku okazję wystąpić na Primaverze, jednym z największych europejskich festiwali muzycznych. Ale też nie unikasz, tak jak chociażby wczoraj, przestrzeni, które są bardziej klasyczne, zamknięte. Czujesz dużą różnicę w odbiorze Twojej muzyki? Pomiędzy miejscami mniej hermetycznymi a otwartymi.
J.B. Zdarza się, że w miejscu, po którym kompletnie bym się tego nie spodziewała, odbiór jest niesamowity, a z kolei w takim, gdzie zakładam, że raczej będzie dobrze, jest dość ciężko. I czasami rzeczywiście czuć tę atmosferę przysłowiowej ściany między mną a publicznością. Jednocześnie ciężko jest też to ocenić podczas samej gry. Czasami czuje się dobrą atmosferę i to jest najbardziej wdzięczny rodzaj koncertu, kiedy po prostu naprawdę odczuwam tę energię między publicznością a nami na scenie. Natomiast nie kategoryzuję tego w ten sposób, jeśli chodzi o przestrzenie. Na przykład duże festiwale na powietrzu są trudniejsze, jeśli chodzi o samą akustykę i klimat. Rzeczy około klasyczne zdecydowanie bardziej lubią zamknięte przestrzenie.
W.M. Czy twórczość twoja, jak i innych artystów tworzących w nurcie modern classical, robi dużo dobrego dla popularyzacji muzyki poważnej?
J.B. Myślę, że jak najbardziej, bo większość osób, które tworzą w tym nurcie ma korzenie klasyczne. Być może zachęcamy też do działania innych muzyków klasycznych, którzy nie mają odwagi tworzyć czegoś swojego, a czują taką potrzebę. Wydaje mi się, że możemy im pokazać, że jest to możliwe i że nie należy się tego bać. Jako skrzypaczka zaczęłam grać na pianinie i występuję właśnie z tym instrumentem. Oczywiście miałam fortepian w szkole muzycznej, jako drugi instrument, ale nie jestem pianistką. Po prostu posługuję się tym instrumentem jako narzędziem, poprzez które wyrażam emocje.
W.M. Twoje ostatnie wydawnictwo, czyli Reykjavík Sessions (Live), też chyba było wyjątkowe. Niesamowita sceneria, studio Ólafura Arnaldsa na Islandii. To było dla Ciebie w pewien sposób nagrodą za dotychczasową drogę muzyczną?
J.B. Na pewno tak. To było dla mnie wzruszające przeżycie, ponieważ twórczość Ólafura śledzę od wielu, wielu lat. Na pewno stanowiła ona też dla mnie inspirację, jakiś punkt wyjścia. Był to ogromny zaszczyt, móc znaleźć się w tej przestrzeni, którą widziałam wielokrotnie na teledyskach, czy innych publikowanych materiałach. Móc tam być, doświadczyć tej atmosfery, zagrać na jego instrumentach.
W.M. Czy na nowej płycie można spodziewać się eksperymentów? A może będziesz się trzymała podobnego sposobu tworzenia, niż jak na poprzednich dwóch albumach?
J.B. To element, od którego nie da się do końca uciec. Każdy artysta ma swój unikalny język muzyczny. Natomiast wydaje mi się, że ten album jest trochę inny. Jest intensywniejszy, pojawia się na nim dużo elektroniki. Słychać w nim sporo pewnego rodzaju gniewu, który stanowi reakcję na otaczającą rzeczywistość.
W.M. Obserwując Twoją karierę, tak samo Hani Rani, ale też kilku polskich zespołów lub artystów z zupełnie innego świata, dochodzę do smutnego wniosku. Myślę, że niestety należysz do grona artystów bardziej rozpoznawalnych za granicą niż w Polsce. Na scenie metalowej spotkało to Riverside, Belzebonga, Tides of Nebula. Hania Rani grała chociaż jako co-headlinerka dwa lata temu na Colours of Ostrava. W Polsce jedynie znacznie mniejszy Tauron Nowa Muzyka powierzył jej tak wysokie miejsce w lineupie. Też czujesz, że większe zainteresowanie Twoją muzyką, chociażby przez to, że wydajesz właśnie w zagranicznej wytwórni, jest poza Polską?
J.B. Wydaje mi się, że ten fanbase w Polsce się powiększa i mam nawet takich swoich stałych bywalców koncertowych, którzy wspierają moją twórczość, co sobie niezwykle cenię. Wydaje mi się też, że w przypadku muzyki instrumentalnej nieco łatwiej jest pojawić się za granicą. Nie ma tej bariery językowej, jeśli ktoś na przykład śpiewa po polsku. Świat tej konkretnej muzyki jest też wbrew pozorom mały. W momencie kiedy z każdego europejskiego kraju zbierze się taka grupka ludzi, którzy się tym interesują, to faktycznie może być wrażenie, że ta publiczność jest większa za granicą. Natomiast tak, na pewno jest też łatwiej, kiedy wydaje się za granicą, pracuje się z zagranicznym teamem. To otwiera zupełnie inne możliwości.



