Psychodelia w czasach epidemii | The Fake Album [recenzja]

The Fake Album
fot. okładka "The Fake Album"

Wrocławskie trio, The Fake, 14 lutego wydało swój debiutancki album. Zespół pokazał, że psychodeliczny rock w Polsce ma się dobrze!

Debiutancka płyta to osiem autorskich kompozycji. Jest to album koncepcyjny, który przedstawia psychodeliczną podróż, począwszy od wschodu słońca (Sunrise) aż po osiągnięcie zupełnie nowego stanu – odrodzenia (New Guy). Poszczególne utwory są obserwacjami dnia codziennego, ale także krytyką świata i społeczeństwa. The Fake Album ma uwrażliwiać i sprawiać, że słuchacz doceni piękno dookoła siebie. Jak wypadł płytowy debiut wrocławian?

Psychodelia w czasach epidemii | The Fake Album

Muzyczną podróż rozpoczynamy od spokojnej, jednostajnej kompozycji – Sunrise. Utwór jest zapowiedzią i deklaracją stylu grupy. Nie ma tu miejsca na skomplikowaną harmonię czy wirtuozerskie wyczyny na perkusji. The Fake pokazuje, że najważniejsze jest dopracowane brzmienie. Wyraźnie słychać inspiracje grupą Pink Floyd czy Tame Impala (charakterystyczne, wielogłosowe chórki z solidną dawką nałożonego pogłosu).

Muzyczne krajobrazy | Landscapes 

Landscapes to jeden z najlepszych numerów na całym krążku. Myślę, że idealnie sprawdzi się na łonie natury czy w samochodzie, z którego możemy podziwiać tytułowe krajobrazy. Brzmienie jest przestrzenne i sprawia, że słuchacz może czuć się zrelaksowany. Zespół od początku LP przykuwa uwagę słuchacza, jednak dopiero na Landscapes można kompletnie odpłynąć i dać się porwać rozmytym brzmieniom gitary.

I can see her everywhere I go | She Floats 

She Floats powstało w domu rodzinnym wokalisty i gitarzysty zespołu – Nicolaia Stenslanda Szewczyka. Kawałek został właściwie w całości zaimprowizowany w domowym studio. Panowie z The Fake omawiają ten utwór w Dekonstrukcja Podcast, gdzie m.in. dowiecie się o wpływie podtlenku azotu na całą kompozycję. She Floats to utwór oszczędny muzycznie, gdzie prym wiedzie bas z perkusją. Gitara nie prowadzi, tym razem stanowi smakowity dodatek, który nadaje całej kompozycji melancholijnego charakteru.

Po spokojnej pierwszej części The Fake Album przychodzi czas na dwuczęściową zabawę brzmieniem, gdzie fragmentami zespół nawiązuje do No Quarter Led Zeppelin. Shaky Moutains to blisko 16 minut eksperymentów, gdzie wokół jednego riffu zespół eksperymentuje z głęboko przetworzonymi wokalami. Mimo ciekawej koncepcji kompozycja jest po prostu za długa i wtórna. Myślę, że pierwsza, pięciominutowa część w zupełności wystarczyłaby słuchaczom, którzy mogą czuć się nieco zdezorientowani.

Interstellar Highway – kosmiczna zapowiedź finału

Interstellar Highway to pobudzający utwór, który jest wręcz koncertowym pewniakiem. Rytmiczny riff, szalejąca perkusja (fenomenalny hi-hat!), wstawki chórków i solówki wręcz wgniatają w fotel. Dodatkowym “smaczkiem” jest obecność organów, które stanowią dobre tło dla wyczynów gitarzysty, który przez blisko pół kawałka improwizuje.

Po instrumentalnym przerywniku zespół prezentuje New Guy – opowieść o odrodzeniu. Jeśli cała płyta jest podróżą, to ten utwór pokazuje nowe oblicze człowieka po przeżyciach opisanych w poprzednich utworach. Główny riff jak i wokal są bardzo melodyjne. Najciekawszym elementem jest środkowy, trzymający w napięciu fragment, gdzie bas hipnotyzuje jednym dźwiękiem w towarzystwie pojedynczych wstawek wysoko przetworzonych dźwięków gitary, syntezatora i wokalu. Muzyczny suspens rozładowuje wartka perkusja i wprowadzenie nowego riffu, który ostatecznie powraca do pierwotnej melodii.

The Fake Album to koncepcyjne, spójne dzieło. Wrocławianie umiejętnie wprowadzają, a wręcz wciągają słuchacza w swój muzyczny świat. Debiutancki krążek potrafi wprowadzić w stan relaksu, pobudzenia czy melancholii – nie ma tu słabszych punktów. Zdecydowanie polecam go zwłaszcza teraz, kiedy w zaciszu domowym spędzamy większość czasu, szukając ukojenia w muzyce.

The Fake Album jest dostępny na Spotify. Możecie także go nabyć na platformie Bandcamp.