Open’er Festival 2026 okiem Kulturalnych Mediów

0
1

Kolejna edycja Open’er Festival zakończona! Fantastyczne koncerty, kiepska pogoda i mnóstwo emocji. 

Legendarni artyści, odważne bookingi, koncerty wywołujące ciarki i publiczność, która mimo kapryśnej pogody nie zwalniała tempa ani na moment. Open’er Festival 2026 po raz kolejny przypomniał, dlaczego od ponad dwóch dekad pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych w tej części Europy. Tegoroczna edycja nie opierała się wyłącznie na głośnych nazwiskach – jej największą siłą była różnorodność. W ciągu czterech dni można było przejść od intymnych, niemal hipnotyzujących występów do spektakularnych widowisk dla dziesiątek tysięcy ludzi, a każda ze scen miała swoją własną historię do opowiedzenia.

Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. Natalia Nazar

Open’er od lat wyróżnia się line-upem, który nie zamyka się w jednym gatunku. Organizatorzy wielokrotnie udowadniali, że różnorodność i pogoń za trendami – jest dla nich niezwykle istotne. Obok artystów o ugruntowanej pozycji pojawiają się nazwiska, które dopiero budują swoją markę, a publiczność dostaje szansę odkrywania muzyki bez konieczności wybierania między „tym, co znane”, a „tym, co nowe”. W 2026 roku ten balans został zachowany niemal perfekcyjnie.

Środa – perfekcyjny początek

Pierwszy dzień od samego początku dawał sygnał, że organizatorzy przygotowali jedną z najmocniejszych edycji ostatnich lat. Nad lotniskiem w Gdyni unosiły się ciężkie chmury, ale nie przeszkadzały one festiwalowiczom w przemieszczaniu się między scenami już od pierwszych koncertów.

Bardzo dobrym otwarciem okazały się występy Natalii Muiangi oraz Kasi Lins z projektem Obywatelka K.L.. Zwłaszcza interpretacje twórczości Grzegorza Ciechowskiego świetnie współgrały z pochmurną aurą, pokazując, że polscy artyści coraz śmielej odnajdują się na największych festiwalowych scenach.

Bardzo szybko bo już o 20:00 na scenie pojawiła się jedna z największych gwiazd tegorocznej edycji – Zara Larsson. Mimo, że artystka w branży jest już od ponad dekady to dopiero w zeszłym roku zyskała należyty jej status. Wszystko dzięki sukcesowi albumu Midnight Sun oraz bardzo dużej aktywności w social mediach. Artystka dała bardzo dobre, popowe show z świetną produkcją tancerkami i klimatem mocno nawiązującym do treści ostatniej płyty.

Zara Larsson, Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. materiały prasowe Alter Art

Pokazała też młodszym koleżanką, że możliwe jest połączenie intensywnego tańca ze śpiewem (Tak, o Tobie mowa Addison…). Jak zwykle na koncertach szwedzkiej gwiazdy, tym razem również zaprosiła fana na scenę, żeby wspólnie odtańczyć ikoniczny Lush Life dance. Dla Piotra, który został wybrany przez Zarę, z pewnością był to dzień, którego długo nie zapomni. 

Zupełnie inną energię przyniosły koncerty Viagra Boys i Kneecap. Obie formacje postawiły na bezkompromisowość, intensywność i żywiołowość, skutecznie rozgrzewając całkiem niemałą publiczność zgromadzoną na Tent Stage oraz Alter Stage. 

Viagra Boys, Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. Natalia Nazar

Matt Berninger po raz kolejny udowodnił, że nie potrzebuje rozbudowanej scenografii, by całkowicie skupić na sobie uwagę publiczności. Charyzma, charakterystyczny sposób interpretacji tekstów i nieustanny kontakt z fanami sprawiły, że jego koncert należał do najbardziej emocjonalnych momentów dnia. Dodatkowym prezentem były utwory The National, które publiczność przyjęła z ogromnym entuzjazmem. Był to bardzo udany występ, ale w mojej głowie cały czas pojawia się pytanie – Dlaczego tyle lat czekamy już na koncert The National w Polsce?! 

Matt Berninger, Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. Natalia Nazar

Następnie przyszła pora na dwa koncerty, które zdominowały pierwszy dzień festiwalu i z miejsca stały się kandydatami do ścisłej topki całej imprezy.

Powrót The xx był jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń tegorocznego Open’era i trio nie zawiodło. Minimalistyczne aranżacje, subtelna gra świateł oraz charakterystyczna chemia między Romy, Oliverem i Jamiem stworzyły niezwykle intymny koncert, mimo że odbywał się na największej scenie festiwalu. Nostalgia mieszała się tu z nowymi muzycznymi pomysłami, a publiczność od pierwszych została wprowadzona w muzyczny trans. Zabrakło tylko nowych utworów… Serio czekamy na nowy album! 

The xx, Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. Natalia Nazar

A to przecież nie koniec… Po fantastycznym występie brytyjskiego trio, przyszła pora na legendarnego Davida Byrne’a. I co tu dużo gadać – to było perfekcyjne show! 

Były lider Talking Heads stworzył widowisko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Muzyka, choreografia, ruch sceniczny i praca całego zespołu tworzyły jeden organizm. Byrne nie tylko wykonywał swoje utwory – on je inscenizował. Trudno było oderwać wzrok od sceny, a równie trudno było ustać w miejscu. Tent Stage zamieniła się w ogromny parkiet, a publiczność dała się porwać temu spektaklowi od pierwszych minut. Jedyny niedosyt pozostawił brak kilku wyczekiwanych utworów z repertuaru Talking Heads, ale nawet to nie zmieniło faktu, że był to koncert absolutnie wybitny.

Festiwalową środę na głównej scenie zamknęła Florence and the Machine. Uwielbiana nad Wisłą rudowłosa artystka udowodniła, że należy do ścisłej topki jeśli chodzi o występy na żywo. Świetnie wybrzmiały kompozycje z ostatniego albumu Everybody Scream oraz największe utwory zespołu. Mimo, że koncert w mojej opinii był bardzo dobry (być może przez fakt, że nie udało mi się pojawić na marcowym koncercie w Tauron Arenie), to można było zauważyć na twarzy Flo pewne zmęczenie. Były momenty w których ten wulkan energii był wyjątkowo statyczny. Być może wokalistka kumulowała energię na epicki finał koncertu. 

Florence and the Machine, Open’er Festival 2026, 1 lipca, fot. materiały prasowe Alter Art

Czwartek – Nick Cave pokazał jak się to robi! 

Drugi dzień od początku budował napięcie przed wieczornym występem Nicka Cave’a & The Bad Seeds. Zanim jednak na scenie pojawiła się legenda, Open’er przygotował kilka koncertów, obok których trudno było przejść obojętnie.

Zabawę na scenie głównej rozpoczął Sobel, który od lat mocno dobija się do rapowej czołówki w Polsce. Twórczość Szymona obserwuję od wielu lat i gołym okiem widać progres pod względem pisania tekstów oraz występów na żywo. To raper obdarzony bardzo dobrym głosem i ogromną charyzmą. Na open’erowy koncert przygotował dobrą produkcję – były rekwizyty i pirotechnika oraz gościnny występ OKIego. Fani artysty na pewno byli zachwyceni, ja osobiście uważam, że ten koncert lepiej oddałby na scenie namiotowej. 

Sobel, Open’er Festival 2026, 2 lipca, fot. Natalia Nazar

Jednym z największych pozytywnych zaskoczeń (choć dla mnie akurat to był koncertowy pewniak) okazała się Halsey. Jej koncert miał znacznie więcej wspólnego z rockowym widowiskiem niż klasycznym popowym show. Mocne gitarowe aranżacje, świetna forma wokalna i ogromna sceniczna pewność siebie sprawiły, że był to jeden z najbardziej energetycznych występów całego festiwalu.

Kulminacja dnia należała jednak do Nicka Cave’a…

Są koncerty, które robią wrażenie rozmachem. Są też takie, które zostają z człowiekiem na lata dzięki emocjom. Występ Cave’a bez wątpienia należał do tej drugiej kategorii. Od pierwszych minut budował niezwykłą więź z publicznością, przechodząc od intymnych momentów do monumentalnych kulminacji. Hiding All Away, płynnie przechodzące w White Elephant, było jednym z najmocniejszych fragmentów całego festiwalu. To był koncert pełen napięcia, skupienia i autentycznych emocji – dokładnie taki, z jakich Nick Cave słynie od lat. To był jeden z tych momentów, w których deszcz nie przeszkadzał, a można nawet stwierdzić, że podbił i uwydatnił emocje ulatniające się na głównej scenie festiwalu. Nick Cave to artysta, którego należy chociaż raz w życiu zobaczyć na żywo. To coś więcej niż koncert. 

Nick Cave & The Bad Seeds, Open’er Festival 2026, 3 lipca, fot. Podróże Muzyczne

Po tak intensywnym koncercie idealnym kontrastem okazał się headlinerski set Calvina Harrisa. Brytyjski producent nie próbował odkrywać Ameryki na nowo – postawił na przebojowość, widowiskową oprawę i taneczną atmosferę. Lasery, fajerwerki oraz katalog hitów sprawiły, że nawet przelotny deszcz nie był w stanie popsuć nastroju zgromadzonym pod Main Stage. I choć osobiście uważam, że nie był to najlepszy set tego festiwalu, to jednak zdaję sobię sprawę, że większość uczestników będzie mieć inne zdanie. 

Calvin Harris, Open’er Festival 2026, 2 lipca, fot. materiały prasowe Alter Art

P.S. Uroki festiwali są takie, że nie da się zobaczyć wszystkiego. Tym razem, nie udało się być na koncercie IDLES. Dochodziły mnie głosy, że koncert był rewelacyjny. Mam nadzieję, że szybko do nas powrócą! 

Piątek – klasyka spotkała nowe muzyczne zjawiska

Piątek był prawdopodobnie najbardziej różnorodnym dniem całego festiwalu. Anna Calvi zachwycała gitarową ekspresją i imponującym głosem, Just Mustard hipnotyzowali mrocznym shoegaze’owym klimatem, a Jehnny Beth nawet przez krótki czas spędzony na scenie przypomniała, dlaczego pozostaje jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci współczesnego rocka. Do tego bardzo silny wiatr, deszcz i niskie temperatury – w skrócie – lato nad morzem w pełnej okazałości. 

Wszystko zaczęła Zalia. Artystka, która przeżywa aktualnie “swoje 5 minut”. Na namiotowej scenie, mimo wczesnej godziny, przyciągnęła sporą grupę fanów. W trakcie godzinnego, pełnego energii występu, Julia zaprezentowała utwory z przełomowego albumu Serce, jak również trochę starszego materiału oraz najnowszy singiel tylko kochaj mnie. Nie mogło również zabraknąć piosenek nagranych z innymi artystami – Kyoto, Decyzje oraz dopóki się nie znudzisz. Niestety na żadnym z tych utworów nie doczekaliśmy się gościa specjalnego. Szkoda, bo open’erowe koncerty to zawsze doskonałe miejsce do tego typu akcji promocyjnych. 

Zalia, Open’er Festival 2026, 3 lipca, fot. Natalia Nazar

Bardzo trudne warunki atmosferyczne niemal nie spowodowały, że pierwszy zaplanowany koncert na Main Stage się nie odbył. Z powodów technicznych zaplanowany na 18:00 występ zespołu Slowdive został opóźniony o ok 40 minut. Niestety nie był to najlepszy dzień kultowego bandu. Występ był bardzo nudny. Na scenie nic się nie działo, a padający deszcz utrudniał zespołowi jakąkolwiek interakcje z fanami. Mam wrażenie, że od momentu reaktywacji zespołu, każdy kolejny występ jest coraz słabszy. Uważam również, że wrzucenie zespołu na główną scenę było strzałem w kolano. Ich muzyka zdecydownaie bardziej pasuje do kameralnych, zamkniętych przestrzeni. 

Slowdive, Open’er Festival 2026, 3 lipca, fot. Natalia Nazar

Jednak jednym z najciekawszych koncertów dnia okazała się Ethel Cain. Jej występ był bardziej doświadczeniem niż tradycyjnym koncertem. Gęsty klimat, powolnie budowane napięcie i chóralnie śpiewająca publiczność stworzyły atmosferę, która doskonale pasowała do deszczowego wieczoru w Gdyni. Szczególnie mocno wybrzmiało Ptolemaea, będące jednym z najbardziej pamiętnych momentów piątku oraz poruszające A House in Nebraksa.

Wieczorem scenę przejęli The Cure. Robert Smith i jego zespół nie muszą już niczego udowadniać. Zagrali koncert niezwykle spójny, dopracowany i pełen charakterystycznej melancholii. Był to występ bardziej kontemplacyjny niż efektowny, ale właśnie w tej prostocie tkwiła jego siła. Nawet jeśli część fanów mogła liczyć na inny dobór utworów, trudno było odmówić zespołowi klasy i koncertowego doświadczenia. Szkoda tylko, że pogoda spowodowała, że set został delikatnie skrócony i ostatecznie nie usłyszeliśmy trzech utworów, które były na setliście. Choć mnie osobiście bardziej bolał brak jakiegokolwiek utworu z rewelacyjnego ostatniego albumu… Nie mniej jednak był to perfekcyjny koncert. Jeden z najważniejszych w historii festiwalu. 

The Cure, Open’er Festival 2026, 3 lipca, fot. Natalia Nazar

Ostatnią gwiazdą wieczoru był Martin Garrix. Powszechnie uznawany za najlepszego DJ’a na Świecie. Jeśli ktokolwiek oczekiwał podobnego vibe’u co dzień wcześniej w trakcie imprezy Calvina Harrisa – mógł poczuć się rozczarowany. Set Garrixa był zdecydowanie bardziej drapieżny i mięsisty. Dużo mniej było w nim radiowych hitów, a dużo więcej agresywnych, mocno hardstyle’owych brzmień. Oczywiście były również momenty na spokojniejsze odgrywanie radiówek. Jednak w przekroju całego setu, uważam że Martin Garrix zrobił to dużo lepiej. 

Open’er Festival 2026, 3 lipca, fot. Natalia Nazar

Sobota – idealne zakończenie festiwalu

Ostatni dzień Open’era tradycyjnie oferował najbardziej przystępną – popową rozrywkę. Jak zwykle tego dnia na terenie festiwalu grasowały największe tłumy. Był to również przełomowy i historyczny moment dla Open’era. Tego dnia odbył się pierwszy koncert artysty K-POP, tym samym festiwal otworzył się na nowy gatunek. Jestem ciekaw, czy ten kierunek będzie w przyszłości mocniej eksplorowany. W  rozkładzie ostatniego dnia znalazło się tez kilka perełek. Sadie Jean oczarowała szczerością swoich piosenek, Luvcat urzekła teatralnym klimatem i sceniczną charyzmą, a Łaszewo przygotowało świetny elektroniczny rozbieg przed wieczornymi koncertami.

Luvcat, Open’er Festival 2026, 4 lipca, fot. Natalia Nazar

Ogromne tłumy fanów przyjechało na kończący europejską trasę występ Addison Rae. Autorka jednej z najlepszych popowych płyt zeszłego roku to jedno z najgorętszych nazwisk tegorocznego sezonu festiwalowego. Headlinerka m.in. kultowej Primavery zaprezentowała swój spektakl również u nas. Koncert wzbudził bardzo mieszane emocje. Głownie te negatywne. W trakcie godzinnego show więcej było playbacku niż śpiewu. Dominował taniec i kipiący z każdej strony erotyzm. Skąpo ubrana Addison paradowała na scenie, przyjmowała wyzywające pozy i tańczyła na rurze. Pewnie to wszystko nie byłoby problemem gdyby ten playback aż tak nie zdominował tego występu. Nie da się ukryć, że było to jedno z większych rozczarowań całego festiwalu. 

Na szczęście nastroje poprawiły się dosyć szybko bo już kolejny występ sprawił że mogliśmy zapomnieć o tym przeciętnym występie. Na scenie pojawił się artysta nietuzinkowy. Obdarzony fantastycznym głosem, autor hitu Lose Control – Teddy Swims. Artysta pokazał, że dobre popowe show nie musi ociekać erotyzmem, a najważniejsze są piękne melodie i silny wokal. 

Teddy Swims, Open’er Festival 2026, 4 lipca, fot. Natalia Nazar

Ostatniego dnia Open’era, najważniejsze rzeczy działy się w namiocie. 

Open’erowa sobota była dniem, w którym doświadczyliśmy pierwszego polskiego koncertu Jade – jednej z członkiń bardzo popularnego girlsbandu – Little Mix. O matko! Ile ta dziewczyna ma energii i wdzięku. Do tego świetny zespół i koncertowe aranżacje do których aż chciało się skakać. Wokalnie tez pierwsza klasa! Po tym występie zaczynam rozumieć skąd tak duża popularność artystki na Wyspach. Teraz i ja dołączyłem do grona fanów! Apeluje o solowy koncert tej dziewczyny w Polsce!

Jade, Open’er Festival 2026, 4 lipca, fot. Natalia Nazar

Jednym z ważniejszych wydarzeń Open’er Festival 2026 był powrót PinkPantheress. Laureatka Brit Award za najlepszą producentkę udowodniła, jak duży postęp zrobiła od swojej poprzedniej wizyty w Gdyni. Te kilka lat temu dała absolutnie fatalny, miałki i nijaki koncert. Teraz zgadzało się wszystko. Dostaliśmy znacznie bardziej dopracowane show, potwierdzające, że przyszłość należy do tej niezwykle skromnej, wiecznie uśmiechniętej dziewczyny.  Owszem, występ nie należał do najbardziej angażujących muzycznie momentów weekendu, ale zabawa była przednia!

Pinkpantheress,Open’er Festival 2026, 4 lipca, fot. Natalia Nazar

22:15 – główna scena festiwalu. Dzieje się historyczna rzecz. K-POP przejmuje festiwal. Choć solowa twórczość Jennie niewiele ma z nim wspólnego. No ale gwiazda zespoły Blackpink to pierwsza tak duża nazwa wywodząca się z tego środowiska, która zagrała koncert w Polsce. Zgromadziła bardzo duże tłumy pod sceną (choć osobiście myślałem, że frekwencja tego dnia będzie większa). Sam koncert w moim odczuciu był bardzo średni. Nie zachwycał ani produkcją i rozmachem, ani popisami wokalnymi. Być może to po prostu nie moja bajka… Zdecydowanie wolałbym zobaczyć macierzysty zespół Jennie lub solowo jej koleżanki – Rose i Lisę. 

Jennie, Open’er Festival 2026, 4 lipca, fot. Natalia Nazar

Prawdziwym zwieńczeniem festiwalu okazał się natomiast występ Tomory – duetu stworzonego przez AURORĘ i Toma Rowlandsa z The Chemical Brothers. 

To był koncert, który najlepiej pokazał, czym potrafi być festiwalowa wspólnota. Hipnotyczna elektronika, pulsujące światła i stopniowo narastająca energia sprawiły, że publiczność całkowicie zatraciła się w muzyce. Wspólny taniec pod sceną, spontaniczne pogo i atmosfera, której nie da się odtworzyć poza festiwalem, stworzyły jedno z najbardziej intensywnych przeżyć całego weekendu.

Open’er nadal pozostaje punktem odniesienia

Open’er Festival 2026 nie potrzebował głośnych deklaracji ani prób udowadniania swojej wartości. Zrobił to koncertami.

David Byrne zachwycił perfekcyjnie wyreżyserowanym widowiskiem. Nick Cave przypomniał, że koncert może być niemal duchowym doświadczeniem. The xx stworzyli jeden z najbardziej klimatycznych występów całego tygodnia, The Cure potwierdzili swój legendarny status, a Halsey udowodniła, że należy dziś do grona najciekawszych koncertowych artystek mainstreamu.

Równie ważne były jednak mniejsze sceny. To właśnie tam można było odkryć wykonawców, którzy za kilka lat mogą znaleźć się na szczytach festiwalowych plakatów. I właśnie ta umiejętność łączenia legend z nowymi zjawiskami pozostaje największą siłą Open’era.

Pełna fotorelacja z festiwalu 

Jeśli chcecie lepiej poczuć atmosferę tegorocznego Open’era to zachęcam do sprawdzenia fotorelacji autorstwa Natalii Nazar. 

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze