My grając za komuny jazz, to właściwie rapowaliśmy – wywiad z Michałem Urbaniakiem

Michał Urbaniak
fot. materiały prasowe

Mieliśmy przyjemność przeprowadzić wywiad z jedną z najwybitniejszych postaci polskiej muzyki jazzowej i nie tylko! Michał Urbaniak to obywatel świata, Polak i dumny przedstawiciel nowojorskiej sceny jazzowej. Zobaczcie, co sądzi o młodych wykonawcach, hip-hopie i Spotify.

Niejednokrotnie pan mówił, że jest pan obywatelem świata.

Tak jest.

Ale czy jest jakieś miejsce do którego wraca pan nadzwyczaj chętnie, czy jednak cały świat jest pana domem?

Nie, nie. Nowy Jork jest moim domem i to dotyczy wielu tego typu osób, ponieważ jak sama nazwa mojego zespołu wskazuje, Urbanator to zespół z wielkiego miasta. Nowy Jork jest dla mnie największym miastem jakie istnieje, w szczególności jeśli chodzi o muzykę, ale nie tylko. To są dwie najfajniejsze rzeczy jakie w  życiu: wylot z Nowego Jorku i przylot do Nowego Jorku w kolejności dowolnej, ale raczej powiedziałbym przylot.

Nowy Jork to baza. Życie muzyka to podróż. Sześćdziesiąt lat jestem w podróży, sześćdziesiąt lat temu czerwonym autobusem wyruszyłem w trasę życia, sześćdziesiąt lat minęło i teraz nagrałem utwór Red Bus i do tego na najbliższe koncerty w tym tygodniu, będziemy przyjeżdżali właśnie takim muzealnym, czerwonym busem.

Czym jest dla pana muzyka, jazz?

Muzyka to całe moje życie. Jazz to przez duże litery napisana sprawa, całe moje życie, wszystko co mam, z czym żyję dwadzieścia cztery godzinę na dobę. Ma to też wiele różnych połączeń. Niektórzy dyskutują, szczególnie w Europie, czy R&B, soul, czy hip hop. Dla mnie to wszystko jest jazz, zawsze było, a dodatkowo w 1989 roku założyłem zespół Urbanator, wbrew wszystkim krytykom i wytwórniom płytowym. Choć nigdy się nie podpierałem nazwiskami, to na pierwszej płycie miałem same gwiazdy – Herbie Hancock, Marcus Miller, Lenny White, cały słynny Nowy Jork. Pomimo tego nie dostałem kontraktu płytowego. Jazz z rapem, dzisiaj to jest już historia. Rap to jest młody jazz. Napisałem kiedyś nawet, że my grając za komuny jazz, to właściwie rapowaliśmy.

Można powiedzieć, że to była muzyka buntu?

Tak jest. Muzyka ulicy, muzyka buntu, po prostu wbrew, wbrew, wbrew. Protesty są różnego rodzaju, antyrasistowskie, antypolityczne, antysystemowe.

O tych podziałach, granicach można też usłyszeć w najnowszym utworze, prawda?

Mając piętnaście lat, zaczynając tą podróż, nie wiedziałem jak to zrobię, ale wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. Zakochałem się w tej muzyce, w tym mieście. I właśnie w tym utworze jest taki cytat: Ziemia to taka mała kulka, po co te granice. I jeszcze te paszporty, których nie można było trzymać w domu przy sobie, bo takie były czasy. To było okrutne, to było zniewolenie. Boję się, że świat, między innymi Polska zmierza w podobnym kierunku. Kontrola państwa nad obywatelem to największy skandal, który prowadzi do jednego: do poróżnienia, do buntu, a wręcz do rozlewu krwi, jeśli już nie będzie można inaczej. To nie jest polityka, co ja mówię, a zwykłe normalne życie. Człowiek powinien mieć prawo prawdziwej wolności, a nie kłamliwej, na zasadzie łączmy się i bądźmy wolni, ale tego nie wolno, tamtego nie wolno i z tamtym nie rozmawiaj, bo myśli inaczej. To nie jest wolność.

Michał Urbaniak – Red Bus

Mam wrażenie, że talent nie wystarcza do osiągnięcia sukcesu. Czy potrzeba właśnie takiej odwagi, którą pan miał w latach 60.?

Wyjechałem do Szwecji. Myślałem, że przez Szwecję dostanę się do Nowego Jorku. To był ślepy zaułek. To wspaniałe państwo dla emerytów i dziękuję Szwecji, że mnie przyjęła na tak długo i wiele się nauczyłem. Z drugiej strony straciłem dużo czasu. Akurat Europa Zachodnia, typu Niemcy, Szwajcaria była bliższa możliwości dostania się do Nowego Jorku. A dostałem się tam pracując dwanaście lat na to, dzień w dzień po kilkanaście godzin, grając, nosząc instrumenty, wożąc swój zespół po Europie. Raptem przypadek, jak to w takich sytuacjach bywa zrządził i zdecydował, bo grając na festiwalu w Montreux w 1971 roku, dostałem nagrodę Grand Prix dla najlepszego solisty.

Był kiedyś taki wywiad. Pan Daniel Passent był w Nowym Jorku, jak podpisałem kontrakt z Columbią. Powiedział mi, że miałem szczęście. Odpowiedziałem, że tak, ale na szczęście ciężko zapracowałem. Naprawdę pracowałem ciężko przez wiele lat i do dzisiaj pracuję, bo to kocham. Jestem wszystkoholikiem. Jak coś robię, robię to z pasją, do dna. I tak właśnie było, życie muzyka to podróż. Sukces muzyka to minimum, żeby przeżyć, w szczególności w muzyce jazzowej. W popie jest to wymierne, jesteś na liście, masz sukces, jeśli cię nie ma to nie istniejesz. Z drugiej strony cały czas się pojawiamy, bez nas nie byłoby żadnej muzyki rytmicznej. Jestem szczęśliwy z tego, że mogę być sobą całe życie od piętnastego roku życia, mogę podróżować, mogę żyć i robić tylko to co robię.

Czy to spełnienie marzeń?

Absolutnie tak. Całe moje życie polega na spełnianiu marzeń.

Patrząc na pana obecną działalność muzyczną, można odnieść wrażenia, że pana marzenia ciągle ewoluują.

Zdecydowanie. Koniec marzeń to koniec życia. Jeśli życie polega na spełnianiu marzeń to trzeba mieć te marzenia. Idąc dalej za moją teorią, brak marzeń oznacza koniec.

Niektórzy muzycy na pewnym etapie swojej kariery mówią, że nie opłaca im się tworzyć, wolą odcinać kupony. To zupełnie nie w Pana stylu!

Uważam, że to jest samobójstwo i nie potrafię sobie tego wyobrazić. Chociaż oczywiście, Ci muzycy, którzy tak twierdzą, też mają trochę racji życiowej. Chodzi o stabilizację, o rodzinę, o kobietę życia. Ja niestety zapłaciłem dużą cenę za to, że nie stosuję się do tego i nie mogę się stosować, między innymi rozwodami, rozstaniami, różnymi trudnymi przeżyciami. Niestety, ale autobus jedzie dalej i musi tak być.

Czy muzyka może powstawać bez tej pasji, miłości do niej?

Moim zdaniem absolutnie nie. Tego nikt nie wymyślił i nigdy nie wymyśli. To nie jest muzyka wymyślona. To jest muzyka, która wyszła z korzeni, wyszła z bólu, wyszła z radości, z emocji. Jazz powstał na plantacjach, połączył się z wpływami muzyki europejskiej. Można powiedzieć tak: czarni Afrykańczycy przyjeżdżając do Stanów słyszeli europejską muzykę, bardzo często w wykonaniu emigrujących Żydów. I to właściwie, te dwie nacje najbardziej się przyczyniły do powstania muzyki, którą nazywamy dziś jazzem. Po czym muzyka z plantacji, z bluesa, przeszła do półświatka, do burdeli, do klubów gdzie alkohol był zakazany i potajemnie produkowany. Czarna i piękna strona ludzkości.

Był wielki człowiek, Amerykanin, który już nie żyje, Willis Conover, który prowadził audycję dwa razy dziennie, na cały blok wschodni. My jako Polacy, słuchaliśmy tego dwa razy na dobę, nagrywałem audycje i to było fascynujące. I tego człowieka będę honorował w najbliższym czasie, na każdym koncercie będzie sygnał Music USA. To bardzo wzruszające i bardzo mocne. Oczywiście mieszkając w Nowym Jorku zaprzyjaźniliśmy się z Willisem, fantastyczny człowiek, zrobił dla muzyki jazzowej być może najwięcej na świecie. Zrobił z jazzu muzykę światową, międzynarodową. Jest to jedyna oryginalna muzyka, która powstała w Stanach Zjednoczonych.

Jak by pan ocenił dzisiejszych, młodych muzyków?

Wspaniałe jest to, że młody jazz odrodził się w postaci hip hopu. Komputer wprowadził dyscyplinę rytmiczną, która czasem jest za sztywna, za komputerowa, ale z czasem to się poluzowało. Kocham programowanie i od pierwszego komputera byłem wielkim fanem.

Można powiedzieć, że był Pan prekursorem używania komputerów w muzyce.

No tak, ogólnie jestem gadżeciarzem. Jeżeli się mówi o tak zwanych producentach bitów, to ja byłem jednym z pierwszych. Miałem Commodore czy świetny do robienia muzyki Atari. Tu też przechodzimy do aktualnej sytuacji, czyli dlaczego Urbanator i dlaczego Urbanator Days? Młodzi ludzie bardzo często tak jak ja zakochują się w muzyce. Grałem codziennie słuchając taśm, ale to nie jest to samo. Nawet robiąc zespoły z kolegami, to nie to samo, gdy przyjeżdżał zespół z zagranicy i udało się zagrać na jamie. Wtedy człowiek dostawał skrzydeł, widział, że też może tak zagrać. I właśnie dzięki tej idei, dwanaście lat temu postanowiłem zapraszać świetnych muzyków przy okazji przyjazdu na koncerty i robić warsztaty. I to mnie cieszy! Na ostatniej płycie grają z zespołem laureaci, bądź uczestnicy sprzed kilku lat, teraz jako świetni muzycy. Dzięki Urbanator Days powstało kilka wspaniałych, młodych zespołów.

I co ważne pan daje tym osobom szansę i z nimi współpracuje.

Oczywiście, nie stronię od tego. Nie mam żadnego innego kryterium dobierania muzyków poza talentem i ewentualnie przydatnością w danym momencie w projekcie. Cieszę się jak ktoś młody i nieznany, może przydać się, zaimponować, zagrać to, co uważa za potrzebne. Nie szukam nigdy nazwisk, szukam muzyki i talentu.

W tym roku już dwunasta edycja i po raz kolejny przyciąga pan do Polski świetnych muzyków.

Fenomenalny Nowy Jork przyjeżdża. Przywozimy w ogóle nową muzykę. Nazywają to różnie, neo soul, new soul, new jazz, young jazz. Ludzie szukają nazw, stempla, ale to jest po prostu nowa muzyka z Nowego Jorku. Ale jest to muzyka grana nie tylko przez muzyków z Nowego Jorku, bo mamy też Polaka, niesamowity talent, Michała Wróblewskiego. Oprócz tego śpiewa także Patrycja Zarychta. Moi muzycy, z którymi współpracuję, gdy ją usłyszeli, zapytali zdziwieni, czy w Polsce też robimy neo soul. W zespole najważniejsza jest sekcja rytmiczna, czyli perkusja i bas. Moje powiedzenie brzmi : Masz perkusistę to masz zespół.

Czy jazzu w Polsce nie próbuje się zaszufladkować?

Szuka się dziury w całym. Ludzie na słowo jazz, ubierają garnitur, białą koszulę krawat. Idą i zastanawiają się nad elegancją. Prawdziwy jazz nie jest elegancki, to jest muzyka w pewien sposób brudna. Ale jej siła polega na tym, że jest prawdziwa, uczciwa, rzeczywista. Są oczywiście pomyłki, ale dzięki temu pobudza się kreatywność w muzyce. Straszna frajda jest wtedy, gdy muzyk zagra dziwną nutę i potrafi z tego wyjść, albo potrafi sprowokować innych, by zagrać wokół tej nuty i ją ograć. To piękny stan: być wolnym na estradzie. Jest tylko dwanaście nut, a kombinacji zagrania niezliczona ilość. Każdy człowiek tą samą nutę zagra zupełnie inaczej.

Ale chyba nie każdy muzyk ma tą miłość do muzyki, która powoduje takie a nie inne efekty?

Ja grywam z takimi, którzy to mają. Widzę wielu młodych, którzy to mają i dlatego nadal grają. Nie jest to lukratywny zawód, to jest pasja. To pasja, z której nie można wyjść. Nie trzeba mieć dyplomu. Teraz jest trend, by skończyć szkołę. Oczywiście warsztat się poprawia, talentowi szkoła nie zaszkodzi. Ale zaszkodzi tym, którzy chodzą do szkoły muzycznej, uczą się jazzu, ale nie mają talentu. Następnie męczą się przez całe życie, będąc bardzo sprawnym, ale nie umiejąc przekonać do siebie ludzi. Ale to nie jest moja sprawa, ja czuję talent i dostrzegam ludzi z pasją i tylko z takimi grywam.