Łyżka miodu w słoju dziegciu, czyli TesseracT – Sonder [recenzja]

Sonder recenzja

Sonder, nowa płyta progresywnego TesseracTu, to dzieło wywołujące mnóstwo sprzecznych odczuć tak w umyśle fana, jak i recenzenta. A oto jej recenzja. Giganci powrócili z równie potężnym brzmieniem, co zwykle… ale nie prowadzą nas o krok dalej, jak to zwykli mieć w zwyczaju. Posłuchajcie sami. Połamania karku!

Jak chlust wrzącą kawą w twarz o poranku

Dla niewtajemniczonych – TesseracT w swej muzyce stara się łączyć niebiańsko kojące melodie z ciężarem tankowca zrzuconego na kark trzyletniego dziecka; co więcej, robi to piekielnie dobrze. Wraz z nowym wydawnictwem nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ale…

Trzydzieści pięć minut materiału to niewiele w stosunku do tego, co zaserwowały nam pięćdziesięciominutowe Altered State czy prawie godzinne One. I nie byłoby w tym absolutnie nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że po dwóch pierwszych utworach z nowego krążka wpadamy do oceanu ambientu. Tak głębokiego, że przyzwyczajony do ostrego polirytmowania fan gatunku zaczyna się, mimo wszystko, nudzić. Brakuje elementu zaskoczenia.

Najlepsze momenty? Całe “Juno” i “Beneath My Skin – Mirror Image”, trwające sumarycznie tyle, co połowa płyty. Brzmieniem najbliższe One (z lekką nutą AS), bardzo chwytliwe i “eteryczne” w takim stopniu, w jakim – moim zdaniem – kupował mnie i innych słuchaczy Ashe na Altered State. Gdyby z podobnych utworów złożyć nową płytę, to śmiem podejrzewać, że mielibyśmy murowany hit. Ponadto singlowe “Luminary” (rozbieżność basu względem wokalu i ich subtelne łączenie się – coś pięknego) i “Smile” wciągają sobą w prawdziwe muzyczne wiry.

I nie, nie jest to “popowa płyta TesseracTu”, jak to mówią niektórzy niespecjalnie z niej zadowoleni. Wciąż uderza, gdzie trzeba, tylko nie wprowadza do tego muzycznego pakietu żadnego nowego elementu, którego już byśmy od zespołu nie dostali.

Pardon, to nie kawa. To nieskończony ocean

Pomimo kręcenia nosem z powyższych względów, nie należy na Sonder jedynie wieszać kilku psów, a potem po prostu odejść od płyty i porzucić ją w ciemnym rogu, niczym jakąś… wenerycznie niedoskonałą damę negocjowalnego afektu, czy coś w ten deseń.

Bądź co bądź produkcja płyty jest – jak zwykle w przypadku TesseracTu – przestrzenna i pełna głębi, a Tompkins, choć tym razem bez szaleństw w skali swego głosu, potrafi ponieść w nowych utworach. Sonder ma w sobie coś medytacyjnego.

Równie szybko się kończy, co ponownie pojawia na playliście, bo chce się poznać wszystkie jego zakamarki. Tych jest jakby mniej, a konstrukcja utworów jakby “prostsza” i czystsza zarazem. Ot, zupełnie, jakby ktoś wklepał w linię komend (na przykład – skomplikowanego software’u generującego muzykę) linki do dotychczasowych wydawnictw zespołu i wygenerował na ich podstawie coś (nie)nowego. Niepopularna opinia – King (powyżej), w którego bardzo ciekawy i dopracowany klip włożono wiele pracy, to zarazem najnudniejszy utwór spośród wszystkich na płycie, choć teledysk świetnie łączy obraz z muzyką.

IT DJENTS (ale czy to coś zmienia?)

Sądzę, że Sonder spotkałoby się z cieplejszym przyjęciem, gdyby było albo debiutem tego bądź co bądź znanego już zespołu, albo było mniej jednostajne. Czyżby Danowi i ekipie kończyły się pomysły? Jeśli tak, to miejmy nadzieję, że nie na dobre. Nowy TesseracT mógłby być równie dobrze starym – i niestety tym razem nie jest to stwierdzenie pozytywne. Na mieszane uczucia społeczności fanów na pewno wpływa też fakt, iż djent się zestarzał i coraz trudniej o świeżość w tym “podgatunku” muzyki metalowej. Się przyzwyczailiśmy. Przyzwyczajony audiofil to marudny audiofil.

Z innej perspektywy – osoba, która nie zna dokonań zespołu, z całą pewnością będzie płytą zachwycona. A to wzorcowo złamanymi rytmami, a to ambientową głębią, pięknymi melodiami i lekkością ustępującą okazyjnie miażdżącemu ciężarowi. Słowem podsumowania – nic nowego, a to w przypadku TesseracTu niedobrze. Jako album sam w sobie, Sonder broni się jakością wykonania, choć bliżej mu do EPki, niźli longplay’a. Zresztą kto z fanów się nie uśmiechnął, słysząc pierwszy raz dysonanse “Smile”? Ot, życzę nowym słuchaczom, by mocno zaangażowali się w twórczość zespołu. A to warto uczynić, by poznać chociażby (subiektywnie) najciekawsze w całej dyskografii Altered State.


Lepiej posłuchajcie nowego krążka od Atmospheres. Ich nowa płyta to idealne połączenie ciężaru z futurystycznymi melodiami i czystym śpiewem, niepozwalające przy tym usnąć naszym mózgom.