Koncerty hip-hopowe i ich (wątpliwa) wartość artystyczna

Wiz Khalifa
fot. Marlena Henrysiak // Wiz Khalifa na Aerodrome Festival 2018

Hip-hop na dobre wszedł do mainstreamu i wpisuje się powoli w stylistykę muzyki pop. Skutki ostatnich podbojów podgatunków rapu bywają różne, jednak gdy przychodzi co do występów na żywo – zauważalny jest spadek ich jakości.

Hip-hop narodził się w latach 70. na ulicach Bronksu. Na początku była to muzyka oparta na breakach (przejściach instrumentalnych) ze słynnych kompozycji soulowych i funkowych. Przez lata rap ewoluował, ale to co przez dekady właściwie nie zmieniało się, to standardowy skład koncertowy. Mowa tutaj o raperze i DJ’u.

Instrumentalna (r)ewolucja hip-hopu

Wielu artystów już w latach 90. zauważyło potrzebę wzbogacenia składów koncertowych (np. The Roots). Dlatego muzycy soulowi a nawet jazzmani dołączali do kolektywów, które ruszały w trasę ze słynnymi raperami. Można zarzucić wielu wykonawcom, że idą na łatwiznę, nawijając do bitów “z płyty”, jednak granie z DJ’em nie zawsze oznacza słabego występu. W końcu flow i charyzma rapera porywają tłumy. Występy z “żywymi” instrumentami były pierwszym urozmaiceniem znanego układu i celebrowaniem muzyki w pełni na żywo. To był nowy rodzaj show!

Pod koniec XX wieku pojawił się trap, a jego charakterystyczne, nieco spowolnione bity i bardzo proste teksty podbiły Amerykę. Atlanta stała się najgorętszym miejscem dla hip-hopu i co chwilę nowa gwiazda wyłaniała się z największego miasta stanu Georgia.

Migos, czyli jak nie grać koncertów

W 2018 roku na festiwalu OPEN’ER wystąpiło trio Migos – prawdopodobnie najpopularniejszy zespół trapowy na świecie. Wielu fanów raperów kupowało jednodniowe bilety festiwalowe z myślą o ich koncercie w Gdyni. Co dostali w zamian? Koncert trwał niecałą godzinę, a spaleni jointami raperzy dostali pomoc w formie pół-playbacku i co parę słów dorzucali swoje wokalne trzy grosze. Właściwie był to anty-przykład tego, jak koncert powinien wyglądać. Jak zareagowali fani?

Co ciekawe większość z nich i tak odebrała koncert pozytywnie! W końcu bity wpadają w ucho, a charakterystyczne flow chłopaków z Atlanty nawet z playbacku brzmi nieźle. I w tym tkwi szkopuł – może dajmy sobie spokój z koncertami wielkich gwiazd, skoro nie są w stanie zagrać dobrego koncertu w pełni na żywo? Może rozwiązaniem są po prostu DJ’skie sety, które porwą ludzi do zabawy?

A$AP what?

A$AP Rocky wystąpił na kolejnej letniej imprezie – Kraków Live Festiwal. Oprawa była wręcz epicka – pościgi, wybuchy, pirotechnika, genialne animacje. Ile w tym zamieszaniu zostało miejsca na muzykę? Niewiele, występ rapera trwał niewiele ponad 45 minut, a “koncert” bardziej przypominał live set. Melodie i większość partii wokalnych to zasługa podkładu, a sam A$AP Rocky był właściwie swoim własnym hypemanem.

Uważam, że muzyczny kunszt pokazany na żywo to warunek konieczny do określenia koncertu jako wartościowy. Jak tu nie mieć pretensji, skoro publiczność płaci ciężkie pieniądze, a otrzymuje wyreżyserowane show w formie wielkiej dyskoteki?

Polski przypadek

Są jednak raperzy, którzy pokazują, że nawet z DJ’em można zagrać świetny koncert, modyfikować setlistę i zaskakiwać fanów. Tede podczas koncertów swoje utwory przeplata wstawkami z typowo imprezowymi kawałkami, żeby rozruszać publiczność. Zawsze występuje z dwoma DJ’ami i hypemanem, dzięki czemu pojawia się miejsce na improwizację i trochę luzu. W dalszym ciągu jednak muzyka stoi na pierwszym miejscu, a światła, gadżety dla fanów to tylko dopełnienie całości. Świetnie na koncertach radzi sobie także Quebonafide, Zeus czy Bedoes. Wzorcowym przykładem użycia prawdziwego zespołu jest Łona i Ten Typ Mes, którzy od lat koncertują ze znakomitymi muzykami.

Przykładów jest wiele, ale chciałbym tutaj po prostu zwrócić uwagę na to, jak odchodzi się od muzyki na koncertach kosztem zrobienia “rozpierdolu”. Rozumiem chęć wzbudzenia zachwytu efektami specjalnymi, światłami, ale jeśli ktoś nie potrafi obronić się muzycznymi umiejętnościami, to może oddajmy rap DJ’om, którzy sami rozkręcą imprezę? Nie mówię tu o zupełnym odejściu od formy wielkiego show czy wręcz tanecznej zabawy. Zostawmy trochę miejsca dla muzyki, dla której przychodzimy na koncerty.