Katowickie Święto Metalu, czyli Metalmania 2018 [RELACJA #2]

Po udanej zeszłorocznej edycji Metalmania po raz kolejny powróciła do katowickiego “Spodka”, by zebrać w nim całą metalową Polskę. Co na festiwalu robiła Magda Gessler? Jaka kapela powróciła na Metalmanię po 20 latach?  I w końcu, czy wszyscy artyści trzymali równy poziom? Na wszystkie te pytania odpowiedź znajdziecie w poniższej relacji, zatem zapraszam do lektury!

Mocny początek z Minetaurem

Razem z redaktorem Piotrem przybyliśmy na teren imprezy w okolicach godziny 13 i od razu przywitani zostaliśmy przez solidne, metalowe dźwięki. Swoje pierwsze kroki poczyniliśmy w kierunku małej sceny, gdzie występ rozpoczynała warszawska kapela o jakże osobliwej nazwie, Minetaur. (W tym momencie wszyscy chyba powinniśmy docenić nasz ojczysty język. Piękna to bowiem rzecz, że jedna litera potrafi zmienić aż tyle w wydźwięku wyrazu!) Po Minetaurze spodziewaliśmy się mocnego uderzenia, który wprowadzi nas w metalmaniowy klimat i nie rozczarowaliśmy się. Kapela zagrała około 30-minutowe show, po którym (już rozgrzani) udaliśmy się pod główną scenę. Tam sprzęt rozkładał już Xentrix, czyli brytyjski thrash metalowy kwartet. W muzyce kapeli z łatwością usłyszeć można było nawiązania do utworów Megadeth i Slayera (wokalista z daleka wyglądał nawet w pewnych momentach trochę jak Tom Araya), ale nie przeszkadzało to za bardzo publiczności, która co raz ludniej zapełniała Spodek. Kolejną kapelą na naszej liście “must see” było wrocławskie trio Shodan wykonujące death metal we wszelakiej postaci. Podczas koncertu zespół dodał do swojej muzyki trochę ambientu, co sprawiło, że występu słuchało się jeszcze lepiej.  Ponadto, pochwalić trzeba tutaj basistę kapeli, który swoją prezencją podniósł o kilka poziomów wizualność show, a swoim krzyczącym wokalem idealnie wpasowywał się w tonację głównego wokalisty.

Kapela Shodan podczas swojego występuSobowtór Magdy Gessler

Przyznać muszę, że po wcześniej wspomnianych występach byliśmy już przekonani, że w tym roku poprzeczka postawiona została wysoko. Nie sądziliśmy jednak, że jedna z następnych kapel do przeskoczenia jej użyje nawet… sobowtóra Magdy Gessler! Jakże wielkie było zatem nasze pierwsze zdziwienie, gdy nagle na scenie pojawił się zespół Skyclad z pewną krępą blondynką o lokowanych włosach i znajomej twarzy! Już witaliśmy się z gąską, już chcieliśmy podbiec po autograf legendy “Kuchennych Rewolucji”, jednak wokalista kapeli rozwiał nasze marzenia podczas przedstawiania zespołu. Naszą Magdą okazała się bowiem grającą na skrzypcach Georgina Biddle… Sam zespół natomiast przedstawił publiczności dobre folkowo-metalowe show. Usłyszeć mogliśmy zatem zarówno mocne gitary, jak i solówki na gitarze akustycznej, bądź skrzypcach. Następnie na scenie zaprezentowało się greckie Dead Congregation, które skupiło się głównie na utworach ze swojej ostatniej płyty “Promulgation of the Fall“. Usłyszeliśmy zatem między innymi “Only Ashes Remain” i potężne “Quintessence Maligned”. Po krótkiej przerwie spędzonej na obejściu stoisk merchowych (koszulki, płyty, książki) oraz obejrzeniu wystawy Christopha Szpajdla (wybitny twórca log muzycznych) powróciliśmy pod główną scenę Spodka, gdzie rozgrzewała się już kapela Deströyer 666. Po jakże metalowej nazwie i porządnej renomie  spodziewałem się dość mocnego widowiska i niestety, ale zaliczyłem tutaj pierwsze rozczarowanie. Kapela brzmiała jak typowy, przeciętny band będący połączeniem  Testamentu i Exodusu. Dorzućmy do tego jeszcze kilkukrotne błędy w komunikacji między członkami, które prowadziły do gubienia rytmu i klapa gwarantowana. Trafiłem jednak na głosy mówiące, że zespół radzi sobie lepiej na płytach,więc prawdopodobnie Deströyer otrzyma ode mnie jeszcze jedną szansę. Może tym razem wykorzysta ją lepiej.

Wokalista Dead Congregation, Anastasis ValtsanisPolskie legendy

Napięcie koncertowe rosło coraz bardziej, ponieważ zaraz po występie Deströyera na obu scenach wystąpić miały legendy polskiego metalu. Najpierw na małej scenie zaprezentował się Alastor, band który już ponad 30 lat temu rozpoczął w Polsce modę na granie thrashu. Kapela zaprezentowała publiczności swoje największe hity, ale sięgnęła też po nowe utwory, które zapowiadają ich nadchodzącą płytę. Warto też wspomnieć, że zgodnie ze słowami wokalisty, Alastor wrócił na Metalmanię po 20 latach. Cóż, lepiej późno niż wcale, ponieważ całe show stało na bardzo wysokim poziomie. Na zachwyty pokoncertowe nie było jednak zbyt dużo czasu, ponieważ na głównej scenie montowała się już ekipa KATA. Romka Kostrzewskiego i jego zespołu przedstawiać za bardzo nie trzeba, zatem stwierdzę tylko tak: KAT to dalej czołówka polskiego metalu. Zespół zaprezentował między innymi takie hity jak “Wyrocznia” i “Głos z ciemności”, a publiczność głośno wspierała Kostrzewskiego swoimi głosami. KAT po godzinie skończył swój set, a Spodek wrzał od braw i krzyków sympatyków metalu. A najlepsze dopiero na nas czekało…

Publiczność podczas koncertu KATAMocne zakończenie

Tuż po występie KATA zaczęliśmy się powoli zbliżać do zakończenia festiwalu. Do końca pozostały jednak jeszcze cztery kapele z najwyższej metalowej półki. Jako pierwsi zaprezentowali się deathmetalowcy z holenderskiego Asphyx. Kapela sama zapowiedziała się słowami: “We will play you some good, old death metal” i przyznać muszę, że wzorowo wywiązała z tej obietnicy. Warto także wspomnieć o szybkiej lekcji języka polskiego, którą pobrał od publiczności wokalista kapeli, Martin van Drunen. Muzyk w try miga nauczył się dobrze wymawiać “na zdrowie” przy popijaniu piwa, a już po kilku dodatkowych minutach przyswoił sobie także znane wszystkim polakom słowo rozpoczynające się na “K”, a kończące na “A”. Kolejne potwierdzenie, że metal uczy i bawi jednocześnie! Następnie na głównej scenie zaprezentowała się gwiazda wieczoru, czyli norweski Emperor. Ihsahn wraz z kolegami idealnie wpasował się w rolę headlinera imprezy i podczas swojego prawie półtoragodzinnego show nie rozczarował choćby na minutę. Kapela podczas podstawowego seta zaprezentowała na żywo cały album “Anthems to the Welkin at Dusk”, a następnie dorzuciła kolejnych kilka piosenek podczas bisów. Zaraz po Emperorze na scenie zaprezentował się grindcorowy Napalm Death, który przy pomocy donośnych riffów i mocnego wokalu ponownie rozbudził pogo w Spodku, a całość festiwalu zakończył występ black metalowego Blaze of Perdition.

Imperator Ihsahn Podsumowując…

Tegoroczna Metalmania po raz kolejny nie rozczarowała. Na stoiskach znaleźć można było interesujący merch, kapele prezentowały dobry poziom, a organizator stanął na wysokości zadania. Jeśli chodzi natomiast o minusy imprezy, to wspomnieć trzeba tutaj o dość słabej ochronie (niektórzy ludzie na bramkach nie sprawdzali nawet biletów/opasek…) oraz o frekwencji, która w pewnych momentach nie była zbyt zadowalająca. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, bawiłem się niesamowicie dobrze i domyślam się, że wszyscy uczestnicy festiwalu także nie narzekali na brak rozrywki. A kto nie był, niech żałuje! No i niech czeka na przyszłoroczną edycję,  gwarantuję, że będzie tak samo fajnie i tak samo metalowo!

Zachęcam także do zapoznania się z galerią zdjęć zrobionych przez Piotra!