Co ten stoner? Stonerror Ci powie!

stonerror
fot. oficjalny FB zespołu/Jarosław Daniel, Justyna Verdavaine

Stoner rock jaki jest, każdy widzi. A przynajmniej tak się może wydawać. Gatunek, który zjadł już swój ogon kilka razy. Ale czy na pewno nie da się stworzyć w jego ramach czegoś ciekawego? A może jest tak, że to malkontenci krzyczą najgłośniej, a stoner wciąż potrafi zaskakiwać? Co na to Stonerror? I czy na Widow In Black znajdziemy jeszcze echa kalifornijskiej pustyni?

Uwaga! Wjeżdża kolejna recenzja albumu muzycznego sygnowanego Stonowanym Znakiem jakości. Tym razem w głośnikach zagościł drugi krążek krakowskiego Stonerror – Widow In Black. Album, ciekawy nie tylko pod kątem muzycznym. Niejeden raz wspominałem, że wydawnictwo, to dla mnie, oprócz materiału do słuchania, również wizualna otoczka. Grafiki, okładka, wygląd płyty czy książeczki. W dobie odchodzenia od fizycznych nośników zauważam tendencję, do traktowania tych elementów nieco po macoszemu. Wszechobecne digipaki, tekturkowe wydania czy wkładki (w formatach typu jewel case) posiadające jedną stronę, to właściwie codzienność.

Dlatego właśnie od tego elementu zacznę ten tekst. Wiem, nie ocenia się książki po okładce, jednak dotarło do mnie, że Widow In Black będzie naprawdę dobry już w momencie zerknięcia na niemuzyczną zawartość. Oczywiście najpierw wyjąłem płytę i położyłem na tacce, ale przed wciśnięciem play zaglądnąłem w drugą komorę i w dłoni wylądował niemały plik karteczek. Odtwarzanie włączone, Ships On Fire startuje, a ja zdziwiony patrzę na znalezisko. Grafiki, fotografie zespołu, wszelkiej maści zdjęcia, jak się okazuje, fajnie pasujące do muzyki. Kilkanaście kolorowych widokówek z tekstami utworów i creditsami. Do tego świetny szkic kapeli ukazujący się po otwarciu pudełka. Niezbyt często mam przyjemność oglądać takie kąski. A w formacie winylowym, takim już sporym, dopiero musi robić wrażenie to nie tak bardzo miniaturowe dzieło.

I iść do przodu, nie oglądając się na tych, którzy stoją w miejscu?

Więc, jak widać, Stonerror zaskoczył mnie już w przedbiegach. Zanim przejdę do muzyki, zdań kilka o grupie. Pochodzą z Krakowa i przed wydaniem debiutanckiego krążka wywołali ogromne poruszenie w tzw. środowisku. Otóż, pieniądze na nagranie materiału, opłacenie studia i inne rzeczy potrzebne do tego, by płyta mogła ukazać się na sklepowych półkach, postanowili pozyskać w sposób, jak wówczas się okazało zaskakujący dla wielu. Założyli konto na jednym z portali crowdfundingowych i rozpoczęli zbiórkę. Przyznam, że ja również dowiedziałem się o chłopakach właśnie dzięki temu, jakim echem odbiła się cała akcja. Wielkie oburzenie sceny wydało mi się śmieszne, „aaaa, dorosłe ludzie, pracujo, a o piniądz żebrajo!!! łolaboga”.

Mam wrażenie, że nie specjalnie przejęli się dziwaczną krytyką i po prostu nagrali fajny debiut. Niestety, nie posiadam jeszcze, więc nie pisałem, ale możliwe, że nadarzy się okazja na jakiś dłuższy materiał dotyczący kapeli w bliżej nieokreślonej przyszłości. Materiał z płyty zatytułowanej Stonerror miałem natomiast okazję sprawdzić na żywo. I w tym miejscu odeślę Was do tekstów relacjonujących te gigi. A ja zajmę się zawartością muzyczną, która na Widow In Black zdaje się nie dostrzegać konkretnych granic gatunkowych.

Psychodelic stonerpunk band! Dobra zabawa z basenem w tle

Niby wrzucono ich do stonerowego worka. Niby stoner mają w nazwie, ale jednak jest tam również error. I tu powinno zapalić się czerwone światełko ostrzegawcze, bo w tym stonerze stonera jest stosunkowo niewiele. Zwłaszcza patrząc przez pryzmat mnogości inspiracji, które pojawiają się jak zjawy. Bo w sumie, to czuć zachód Ameryki, bezkresną pustynię, wyschnięte baseny i bezlistne krzaki. Ale ukrywa się to sprytnie pod wielkim parasolem zamontowanym na pakę ogromnego pikapa, który wrzeszczy i dymi tak, że Greta od samej myśli na temat tego auta dostaje wysypkę. I przy okazji zapierdala (wspomniany pikap, nie sympatyczna Szwedka) przez wydmy goniąc zachodzące słońce nad brzegiem oceanu.

Obok obłąkanego i zagubionego stonera pojawia się tu, na pierwszym planie punk. Klasycznie amerykański, energetyczny i słoneczny. Taki, przy którym deska sama pcha się pod rozwalone vansy. I nie chodzi tu o konkretne kapele, którymi Stonerror mógł się inspirować. Jest to raczej rodzaj pewnego vibe’u przepysznie wyczuwalnego w absolutnie przebojowych piosenkach. Piosenkach, które jednak nie zagoszczą w stacjach radiowych, a na plajce skejtowej domówki. Ewentualnie w małym, ciemnym, zadymionym klubie. Chociaż takie miejscówki, to z reguły wylęgarnia fajnej muzyki. Dobrym przykładem obrazującym o co mi chodzi niech będzie Revelation i utwór rozpoczynający album, wspomniany na samym początku Ships On Fire.

Pola asteroidów i 12 taktów? A może kolejka?

Chłopakom nie jest obcy również blues, a raczej jakiś hard blues czy blues rock. Ten totalny luz, te zwariowane riffy, proste solówki i świetnie taktująca sekcja rytmiczna pasują do siebie jak zmrożony kieliszek do jagera. Echa hard rocka – oczywiście. Niekoniecznie wywalone na pierwszy plan, ale swoista melodyjność kompozycji nie pozwala zapomnieć o przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. O czasach gdzie koks był praktycznie legalny, a zimna wódka leciała z kranu w każdym, pięciogwiazdkowym hotelu. Mimo że brak tu długich, wijących się kawałków, z którymi można dryfować w gwiazdach, nie brak odpowiedniej dozy psychodelicznych zabaw z dźwiękiem. Z resztą tytuł Asteroid Fields w sposób fenomenalny pokazuje, jak Stonerror bawi się z słuchaczem.

stonerror
fot. One Man Foto/oficjalny FB zespołu

Widow In Black, to nie tylko świetne kompozycje, nieszablonowe podejście do tworzenia hitów, które dla człowieka obdarzonego totalnym brakiem dystansu mogą brzmieć ciężkostrawnie czy świetna okładka. To również genialne brzmienie, za które odpowiada Maciek Cieślak z jednej z ważniejszych, polskich kapel alternatywnych, Ścianka. I o ile wiem, że Stonerror, to zespół świadomy i już naprawdę dobrze rozwinięty, to jestem pewien, że producent maczał swoje niecne palce i zapewne podpowiedział co nieco. W sumie, to wziął udział w sesji nie tylko jako pan od stołu i kompa, ale również jako muzyk, wiem o tym, bo tak układają się literki na ostatniej stronie pudełeczka.

Odpalam to kolejny raz – podsumowanie

I w tym miejscu przejdę do podsumowania, w którym mam nadzieję zaskoczę niektórych. Podczas pierwszego odsłuchu pomyślałem sobie, że to może być takie polskie Queens Of The Stone Age. Owszem, nieco zasugerowałem się tracklistą i utworem Kings Of The Stone Age. Jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem wpadały mi coraz to inne rzeczy do głowy. Bo znalazłem tutaj nawiązania do Free, Green River, momentami do np. Bad Company czy z drugiej strony NOFX. Usłyszałem tu Elvis Deluxe i Palm Desert, a finalnie stwierdziłem, że to może być jednak QOTSA, w końcu Homme też nie patyczkował się pisząc utwory dla tej kapeli. One też były pełne odniesień do przeszłości (gdzie tych nie ma?). Tylko, że Stonerror to nie jest ich kalka! To jest nasza odpowiedź na nieśmiertelną i legendarną ekipę zza oceanu. Na najwyższym poziomie zajebistości.

PS. Odpowiadając na pytania zadane w pierwszym akapicie. Tak, malkontenci krzyczą najgłośniej, bo są leniami, brak im dystansu i chcąc znać się na wszystkim, nie znają się na niczym, a wyjście do sklepu po piwo, to największy objaw ich kreatywności. Tak, stoner zaskakuje i nie sądzę, że kiedyś przestanie. Warunkiem jest jednak szersze spojrzenie na to zjawisko, albo regularne palenie trawki. Pytanie o zdanie Stonerrora oraz o echa pustyni znajdują się powyżej.

Maciek Juraszek