Brexit na tapecie | Not Tonight [recenzja]

Nazwisko. Miejsce urodzenia. Imiona rodziców. Miejsce urodzenia rodziców. Witaj, osobo europejskiego pochodzenia #112. Postbrexitowa rzeczywistość w Not Tonight bywa całkiem znajoma.

Co do tego, że brexit wstrząsnął Europą, nie ma żadnych wątpliwości. Po raz pierwszy kraj zrzeszony w Unii Europejskiej, a do tego jeden z jej założycieli, postanowił się od niej odciąć. Wielu Brytyjczyków przyjęło to z niepokojem, a nawet strachem. Wszyscy pytali: co będzie dalej? Panic Barn, małe studio z Londynu, postanowiło poszukać na to pytanie odpowiedzi i udzielić jej w formie dystopijnego Not Tonight.

Klub Ice and Fire w Not Tonight

I trzeba przyznać, że robi to z wyjątkowym wdziękiem. Choć może to słowo nie pasuje do okoliczności, to sama gra już wydaje się nim emanować. Od kunsztownej pixel artowej grafiki, przez angażujące mechaniki „gig economy”, po skrupulatnie dobraną muzykę, ambientowe dźwięki miasta i wymruczane głosy bohaterów. Not Tonight to gra pod kątem rzemiosła doskonale przemyślana, co niestety czasem zderza się z mrocznym fabularnym konceptem. Wdzięk w końcu z dystopią niewiele ma wspólnego.

Witaj na świcie #112

Początek gry bazuje na prostym, choć mrożącym krew w żyłach koncepcie. Wielką Brytanię po brexicie ogarnia chaos, którego następstwem jest przejęcie władzy przez skrajnie prawicowe ugrupowanie. Wszystkie osoby niepochodzące z „Albionu” z „dziada pradziada” zostają obdarte z obywatelskich praw i relokowane do odpowiednich ośrodków; przypisane zostają im również konkretne społeczne role. To właśnie spotyka #112 – osobę, której losem przyjdzie nam pokierować. Przenosi się ona do obskurnej kawalerki i musi wykonywać niezbyt chlubną pracę wykidajły.

Musi stać na bramkach klubów, pubów, koncertów a nawet urzędów imigracyjnych. A jednorazowe zlecenia dostaje za pomocą aplikacji w telefonie – tak jak kierowcy Ubera. Jej status społeczny, finanse, a także udogodnienia w pracy zależą od tego, jak dobrze wykona swoje zadania. W Not Tonight oceniana jest więc nasza szybkość, skuteczność, a także to, czy bierzemy łapówki i dorabiamy na boku jako diler. A uwierzcie, wcale nie jest tak łatwo pozostać „czystym”. Państwo nie ma zamiaru  „trzymać na siłę” Eurasów i na dzień dobry każe nam zapłacić ponad 2 tys. funtów. A potem narzuca horrendalne opłaty mieszkaniowe. I może chętnie rzucilibyśmy to w cholerę, ale dokąd pójść?

Irlandczykom, Francuzom i Włochom mówimy Not Tonight

I tak praktycznie codziennie – za każdy dzień odpoczynku tracimy społeczne zaufanie – wykonujemy te same nudne czynności. W tym aspekcie Not Tonight czerpie garściami z Papers, Please. Nie tylko sprawdzamy dowody czy bilety, ale także narodowość; a z czasem dochodzi coraz więcej obowiązków, jak ogarnianie dodatkowej listy gości. Wszystkie zlecenie trwają po cztery minuty, a naszym celem jest wpuszczenie określonej liczby osób. Jeśli za finansową gratyfikację pozwolimy wejść nieodpowiedniemu gościowi lub pomylimy się, dostajemy nagany, a nawet kary pieniężne. Kolorowo nie jest.

Przed klubem Neo w Not Tonight

Ale hej, nie martwcie się. Możecie kupić sobie plakat, nowe ciuchy, a nawet kaloryfer czy lodówkę. To przecież nie rok 1984, tylko 2018. Komunizm Wielkiej Brytanii nie zagraża, ale szarżujący kapitalizm już tak. I Not Tonight mimochodem także o tym opowiada. Eurasi muszą się przydać. Tylko już nie w kopalniach, ale w sektorze usług, których obywatele niechętnie się podejmują. Sprzątaczka, kierowca, wykidajło. Nawet nie trzeba podpisywać umów, wystarczy apka na smartfonie. Nieważne, że z pękniętą szybką. W zamian za wykonywanie pracy, której nienawidzi, Euras może pozwolić sobie na zakupienie określonych przedmiotów ułatwiających mu życie, a nawet awansować. Ludzie liczą się przecież z posiadaczami dywanika w kształcie tygrysa.

Mieszkanie w grze Not Tonight

Cóż jednak z tego, jeśli przy okazji nie możemy głosować, ani zmienić pracy. I tak życie 112 przeistacza się wegetację urozmaicaną nowymi przedmiotami. Nie prowadzi ona jednak do niczego. To, co kupujemy ułatwia nam życie – musimy jeść, gdzieś spać, a kofeinowy kop pomaga w pracy. Niemniej pytanie „po co to robimy” pozostaje bez odpowiedzi.

Wdzięczna łyżka dziegciu

Sens przynosi pojawienie się ruchu oporu. W stylu Monty’ego Pythona wchodzi on od toalety, a jego głową jest heroiczna Ginewra. Wkręcają oni 112 w spisek, sieją zamęt i wreszcie nadają jego życiu sens. Aczkolwiek to właśnie w tym momencie Not Tonight się potyka. Historia zamienia się we wdzięczną historyjkę. Zabawną opowiastkę, która niepotrzebnie rozluźnia atmosferę i tępi komentarz społeczny gry. I nie byłoby w tym nic nieodpowiedniego, gdyby od początku w produkcji panował ten ton, ale tak nie jest. Czujemy się więc jak Alicja w Krainie Czarów, która z monochromatycznego Kansas przeszła do kolorowej krainy.

Po 708 słowach przyszedł czas na podsumowanie

Nie można jednak nie polecić Not Tonight. To porządnie napisany kawałek kodu, który z odwagą porusza kwestie polityczne, społeczne i ekonomiczne. Nie tylko w swojej fabularnej warstwie, ale także za pomocą zaimplementowanych mechanik. Pokazuje, że takie słowa jak uchodźca, imigrant czy Euras mogą być wytrychami służącymi do zinstytucjalizowanego wyzysku, a władza to często zbiorowisko dorobkiewiczów i aparatczyków. I zanim zapiejecie z oburzenia, że w Waszych grach nie powinno być polityki, to najpierw zagrajcie – a potem pogadamy.

Grę do recenzji udostępnił GOG.com. Znajdziecie ją tutaj.

Piękne podsumowanie – The Banner Saga 3 [recenzja]

Piękne podsumowanie – The Banner Saga 3 [recenzja]

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o