Od smutasa do badassa | Altered Carbon – serial kontra książka

Altered Carbon serial vs książka

“Najambitniejszy projekt Netfliksa” i kultowa powieść cyberpunkowa. W praktyce dwa niemal odrębne tytuły, dwóch różnych Takeshich Kovacsów i dwa różne spojrzenia na świat przedstawiony. 

Uwaga, przestrzegam – znajdziecie tu kluczowe dla fabuły serialu spoilery. Tekst przeznaczony dla tych, którzy z Altered Carbon albo już skończyli, albo nie zależy im na dreszczyku niepewności związanym z rozwojem fabuły.

Na wstępie chciałbym także uprzedzić, że nie zabraknie tu wielu subiektywnych wtrąceń, ponieważ znalazłem się, i mówię to bez cienia wątpliwości, w gronie tych osób, które Altered Carbon kupiły nieomal “od pierwszego wejrzenia”.

“Dlaczego?” – możecie krytycznie spytać. Otóż jako osoba uchowana na zamiłowaniu do fantastyki, od dziecka faszerująca się Ghost In The Shell czy Deus Exem, która stosunkowo niedawno dopiero odkryła na nowo magię starego Blade Runnera, nie mogę nie uśmiechnąć się, gdy ponownie wsiąkam w kolejne cyberpunkowe uniwersum. Stąd też z perspektywy recenzenckiej jestem w stanie wybaczyć różne uchybienia, czy momenty drewnianego aktorstwa, a to wszystko właśnie za sprawą świetnego klimatu uderzającego gwałtownie w moje receptory nostalgii.

W dziesięciu odcinkach dostajemy mieszankę brudnego thrillera, staroszkolnej fantastyki i przerysowanych scen walki, które zdają się puszczać oczko do fanów klasyków anime o podobnej tematyce. Jeśli jednak dostaliście do ręki książkę, będącą pierwowzorem dla Altered Carbon, wiecie, że w niej bynajmniej nie dostajemy tego samego. Otrzymujemy historię, która na pierwszy rzut oka różni się drobiazgami. Ale gdy spojrzeć na nią ponownie, odkrywamy, że za fasadą drobnych zmian kryje się jeszcze więcej – i to drastycznych. Jakich? Zacznijmy od tej najbardziej paradoksalnej.

Narracja

No tak – obraz to obraz, tekst to tekst. Narracja tworzona pod miliony (i za miliony) odbiorców na całym świecie a ta kreowana przez prywatny, intymny język pisarza to dwa światy. Ale chodzi mi konkretniej o pewne szczegóły, które tak mocno odpychają pierwowzór od ekranizacji.

Serial nie potrafi nam tak dogłębnie przedstawić świata wrażeń, jakie serwowane są Kovacsowi na każdej uliczce Bay City. Owszem, widzimy, jak naszprycowany przeróżnymi narkotykami odpływa on do krainy snu na jawie i równie jawnego erotyzmu, ale w książce ten świat odczuć jest zarysowany bardzo wyraźnie.

Przykładowo w trakcie pewnej sceny tortur w rzeczywistości wirtualnej serialowy Takeshi pozostaje w tej samej powłoce, w której znajduje się w “świecie zewnętrznym”. Gra go ten sam aktor. Tymczasem nie dość, że “wirtual” książkowy częstokroć ukazuje “domyślne” oblicze jego użytkownika, to szybko odkrywamy, że Kovacs trafił weń do ciała kobiety. Za tą sprawą odbiera zadane mu cierpienia mocniej, a przez wyższy próg bólu jest w stanie znieść ich więcej. W serialu tego nie ma. Czy to przez niejasność, jakiej doznałby w tym momencie widz, oglądający nagle jakąś obcą aktorkę, czy to problem z wykreowaniem wtedy skutecznego wizerunku “badassa” – nie mnie osądzać.

Mamy także momenty, które przedstawiają akcję dotyczącą innych bohaterów. Pamiętna walka Ortegi z klonami, końcowa infiltracja wyspy rozkoszy – takich chwil jest wiele. Niemożliwych do osiągnięcia dla książki, która zachowuje narrację pierwszoosobową. Bo ta skupia się właśnie na głównym bohaterze, na świecie jego odczuć, a serial stara się to rozgraniczyć pomiędzy nim, światem przedstawionym a pozostałymi postaciami. Istotnie zmieniony jest…

Protagonista

Na ekranie kopacz tyłków, rebeliant i – choć może tego się wypierać – bawidamek. W książce – wyrachowany, wyzuty z ludzkich odruchów kalkulator. Im bliżej końca, tym wyraźniej można się o tym przekonać. W serialu staje się on w pewnym stopniu empatyczny, “zmiękczony” przez postać siostry, czy Ortegi. W książce z naturą Emisariusza nie staje w szranki. Naprawdę ma problem z okazywaniem ludzkich odruchów (po części) i nie próbuje tego zmieniać, gdzie w serialu sili się czasem na bycie “dupkiem o złotym sercu”. W obu przypadkach jest to człowiek zmanipulowany przez różne jednostki (z naciskiem na Matów), jednak z życiem wewnętrznym dającym odbiorcy zupełnie inne wrażenie.
Są też drobne szczegóły – kolor włosów (blondyn/czarnowłosy), ubiór, który na kartach powieści zmieniany jest stanowczo częściej niż płaszcz filmowego Kovacsa. Zgadzają się za to postura czy fizyczna siła.
Z bliżej niejasnych przyczyn odbiorcy kochają postaci, które powierzchownie są jak kupa błota, gotowa zawsze zmieszać ze sobą wszystko wokół a potem je rozstrzelać, ale gdzieś tam pod powierzchnią czai się złote serce i szczere intencje. Na taką osobę kreowany jest Takeshi serialowy, spluwający na świat, cierpiący za innych rebel, a nie, jak w oryginale, osobnik prawdziwie wybrakowany.

Emisariusze

W książce ich ugrupowanie może i nie ma się dobrze, ale nie jest wymazane z powierzchni Ziem… międzyplanetarnej. Co ważniejsze, nie są oni grupką ukrywających się w lesie rebeliantów gotowych oddać swoje życie za ideę. Przeciwnie – akcja, którą przeprowadziła serialowa Quell to coś, do czego “prawdziwi” Emisariusze nigdy nie pozwoliliby dopuścić. Ponadto żyła ona na długi czas przed głównym bohaterem. Żadnego łzawego romansu. Ale, przyznajmy – wątek ten jest łatwiejszy w zrozumieniu na płaszczyźnie dziesięciu odcinków w takiej formie niźli oryginalnej. Rozciągnięcie na kilka sezonów mogłoby pomóc, ale jak bardzo ucierpiałoby na tym już i tak nieidealne tempo całości? Faktyczna postać nauczycielki, Virginii Viadury, została połączona z powyższą bojowniczką.

Nevermore

Żadnej siostry. Kontrowersyjnie? Wszak jej postać to jeden z napędów serialu. Wielopoziomowa intryga i obsesyjna miłość do utraconego dawno brata; samego Kovacsa pozwoliły grupie odpowiedzialnej za serial tchnąć w oryginalny wątek trochę “wyciskaczy łez”. Tam, gdzie faktyczna “zła” była po prostu kolejnym Matem, kolejnym stosem do wypalenia – tutaj to ktoś mający “powody”. A przy okazji dobry pretekst, by ponownie wyciągnąć z Kovacsa trochę “dobrego gościa”.

Inności

Hotel Raven znany z serialu to również całkiem inna (gotycka) bajka w porównaniu do swojego literackiego pierwowzoru. W książce serwowany nam jest Hendrix Hotel, oscylujący tematyką i wystrojem wokół muzyka. Laeta Kalogridis, odpowiedzialna za całokształt serialu wytłumaczyła, iż tak drastyczna zmiana motywu spowodowana była przede wszystkim tym, jak bardzo ceni sobie Poego oraz jak bardzo pasuje on do motywu mrocznego śledztwa. Nie wiem jak Wy, ale mam w stosunku do tej zmiany bardzo ambiwalentne odczucia – ni to niestandardowy motyw, ni to nietrafione rozwiązanie. Kwestia gustu. A co Wy sądzicie?

Przemoc rodzi przemoc

Ta biedna, młoda dziewczyna urosła w końcowych sekwencjach serialu do postaci równie brutalnej i dającej się zarazem lubić co sam Kovacs. Ofiara przemocy Bancrofta w książce pozostaje właśnie ofiarą – motyw ten zresztą jest tam dużo bardziej jednoznaczny i pesymistyczny. Raz po raz jesteśmy uświadamiani jak wiele dziewczyny skrzywdzone przez Mata przecierpiały i jak bardzo są w obliczu tej sytuacji bezsilne, czy też zniszczone. Serial daje nam jednak jedno wielkie “revenge story” z mordem rozpętanym przez młodą Lizzie w roli osoby groźnej i istotnej. Mord ten zresztą w obu wersjach AC nie różni się zbytnio – krew leje się równie gęsto, co często (brr, scena w klinice!).

War, war never changes

Tak oto okazuje się, że powieść o wybrakowaniu ludzi w futurystycznym świecie, o uleganiu własnym demonom, na ekranie zmienia się w historię o niezłomnej wierze. Bohaterów łatwiej polubić, akcja ciągnie nas za kołnierz i widoki jakby ładniejsze , ale i jakby z innego świata, w porównaniu do tego z książki.

Nie tak dawno moją uwagę przykuło znalezione w sieci stwierdzenie, że silna ingerencja w zawartość książki, jaka została poczyniona, to swoiste “świętokradztwo” klasycznego oryginału. Z prywatnej perspektywy uważam, iż tak skrajny wniosek nie pasuje do tego konkretnego tytułu. Jak dowiedzieliście się z niniejszego artykułu, zmian jest wiele – i to na przeróżnych płaszczyznach. Jednak czy zamysłem przyświecającym powstaniu serialu było odzwierciedlenie w skali 1:1 zawartych na stronicach książki wydarzeń? W moim odczuciu modyfikacje scenariusza są bardziej korzystne, niż niekorzystne dla jego przyswajalności. Absurdalny przykład? Sceny seksu. Uwierzcie, gdyby zostały “rozwleczone” tak, jak to ma miejsce w książce, mielibyście nie lada zagwozdkę jak pewne momenty serialu przełknąć. Utrata dynamiki akcji, natłok postaci pobocznych – to też dałoby się we znaki i tworzyło ryzyko zrujnowania immersji.
Zamordujmy kilka z nich nim jeszcze pojawią się na ekranie, tak będzie lepiej dla ludzkości.

A najlepiej po prostu wstrzymać się z oceną na zasadzie “lepsze” i “gorsze”. To po prostu dwie zupełnie odrębne od strony wrażeń opowieści.

Jak świadomość skopiowana do dwóch skrajnie odmiennych powłok.


Zdjęcie wyróżniające: Netflix (Joel Kinnaman w roli Takeshiego Kovacsa)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o