Kino życia Lynne Ramsay – „Nigdy Cię tu nie było” [recenzja]

Nigdy Cię tu nie było to film Lynne Ramsay, reżyserki znanej między innymi ze stworzenia filmu Musimy porozmawiać o Kevinie, w którym zręcznie połączyła elementy horroru z psychologiczną analizą postaci.

Ramsay przedstawia nam człowieka o imieniu Joe – byłego agenta do zadań specjalnych, którego gra Joaquin Phoenix. Z jego retrospekcji przedstawionych w formie migawek możemy domyślić się, że ten najemny badass był kiedyś żołnierzem, co zostawiło ślad na jego psychice. Jednak Joe dostaje zlecenie, które zmieni całkowicie jego życie – odbicie z rąk sutenerów nieletniej córki wpływowego senatora. I tu pojawia się obraz bohatera wyciętego wprost z filmu Maczeta. Zakapturzony Joe chwyta za młotek i częstuje swoją wersją sprawiedliwości wszystkich odpowiedzialnych za krzywdę dziewczynki. Między bohaterami wywiązuję się dziwna, specyficzna relacja, przypominająca do złudzenia relację Leona i Matyldy z filmu Leon Zawodowiec. Mała Nina staje się katalizatorem wewnętrznych zmian w mężczyźnie. Joe zaczyna rozprawiać się z własnymi demonami oraz fizycznym zagrożeniem jakie stanową oprawcy Niny. Nigdy Cię tu nie było jest swego rodzaju kobiecym hołdem dla Taksówkarza Martina Scorsese. Nie jest to film tylko i wyłącznie o zewnętrznej zemście czy brutalności głównego bohatera. Znajdziemy tu proces wewnętrznego odkupienia win, oparty o jakże ludzkie i dotyczące każdego z nas problemy z przeszłości.

Kobiecym okiem

Lynne Ramsay jest mistrzynią ukazywania retrospekcji swoich bohaterów. Stworzone przez nią obrazy z życia codziennego Joego w bardzo kontrastowy sposób przeplatają się z brutalnymi scenami. Migawki wplatają w fabułę element tajemniczości i sprawiają, że bohater staje się nam, widzom, bliższy. Jednocześnie zatracamy faktyczne poczucie czasu w filmie, ponieważ teraźniejszość i przeszłość mocno się w przedstawionych scenach splatają. Mimo tego, że Ramsay w filmie Nigdy Cię tu nie było opowiada historię sadystycznego człowieka, który powinien być nieczuły, to jednak decyduje się przedstawić nam jego inną stronę. Po jednym ze zleceń mężczyzna obnaża przed kamerą swoje siniaki i blizny, przedstawiając to wszystko, co dzieje się między typowymi dla tego gatunku filmów scenami bójek. Reżyserka swoim kobiecym okiem spogląda na wykreowaną przez siebie postać – jego fizyczność, słabości i mocne strony. Pełne delikatności sceny, gdy pobite i zranione ciało Joego jest pokazywane na ekranie sprawia, że zaczynamy czuć do tego brutala pewny rodzaj współczucia, a możne nawet zaczynamy go akceptować. Nigdy Cię tu nie było przygląda się brutalnemu facetowi z całkiem innej perspektywy. Być może stara się odpowiedzieć na pytanie dlaczego zabija? Co wzbudza w nim agresję i jakie są jej konsekwencje?

Nigdy Cię tu nie było Joe…

Reżyserka pozostawia nas z wrażeniem, że to nie gatunek filmowy jest ważny, a już na pewno nie kategoryzacja. Ramsay znów ukazuje nam zadziwiający portret psychologiczny, który wzrusza i niepokoi. Joe jest tak naprawdę kopią swoich dziecięcych retrospekcji, wciąż obciążoną przeżyciami z przeszłości. Nie może się uwolnić od męczących go wspomnień przemocy domowej czy późniejszych, związanych ze służbą wojskową. Od początku igra z własnym życiem, ale pytanie czy jest świadomy, jaką ma właściwie wartość? Jedyną chwilą szczęścia jest spędzony czas z matką, z którą ma świetny kontakt i którą darzy ogromnym uczuciem. Jej strata całkowicie rujnuje bohatera. Możemy to odczytać z pięknej symbolicznej sceny nad jeziorem. Zdruzgotany Joe odprawia własnej matce pogrzeb, próbując utonąć razem z jej martwym ciałem.

Lynne Ramsay i jej operator Thomas Towend stworzyli po raz kolejny magnetyzujący i piękny obraz, który między scenami z typowego kina gatunkowego – opowiada te prawdziwe.

Film obejrzany dzięki: