„Narodziny gwiazdy” [recenzja]

Od samego początku było głośno o filmie Narodziny gwiazdy, na który polskim widzom przyszło czekać rekordowo długo. Kolejne informacje z planu, zagraniczne recenzje i w końcu udostępniona ścieżka dźwiękowa dodatkowo podkręcały napięcie. Czy debiutujący na stołku reżyserskim Bradley Cooper podołał zadaniu?

Film Narodziny gwiazdy opiera się na ogranej już na wszystkie strony fabule. W tym wypadku wyzwanie nie polega na oryginalności, a na wyciśnięciu ze schematów nowych emocji i przeżyć. On – znany, charyzmatyczny, ale powoli przebrzmiewający rockman z problemami. Ona – wybitnie utalentowana, lecz niedoceniana zarówno przez ekspertów muzycznych, jak i przez samą siebie. Pewnej nocy ich ścieżki (jego przemierzana najczęściej chwiejnym krokiem) się przecinają. Przypadkowe spotkanie okaże się punktem zwrotnym w życiu obojga bohaterów, a eksplozja wielkiego uczucia czai się tuż za rogiem.

Bradley Cooper wypada bardzo wiarygodnie jako – swoją aparycją przypominający nieco Eddiego Veddera – Jackson Maine. Specjalnie na potrzeby tej roli Cooper pobierał lekcje śpiewu i gry na gitarze. Trzeba przyznać, że spisuje się wyjątkowo dobrze pod względem muzycznym, jednak show kradnie (nie po raz pierwszy) Lady Gaga.

Nie jest to ekranowy debiut gwiazdy pop, która ma już nawet na koncie Złotego Globa za występ w American Horror Story. Postać Ally jest jednak jej debiutem w roli pierwszoplanowej, w której mogła się popisać nie tylko umiejętnościami aktorskimi. Gaga czaruje potężnym głosem, który podczas jej kariery zwykle pozostawał przygnieciony warstwą całej otoczki scenicznego widowiska. Od samej muzyki zaś głośniejsze okazywały się kolejne skandale i kontrowersyjne stroje. Paradoksalnie piosenkarka dopiero w filmie Coopera mogła pokazać swój talent w pełnej okazałości. A finałowy utwór I’ll Never Love Again w jej wykonaniu od razu przywodzi na myśl samą Whitney Houston w Bodyguardzie.

Narodziny gwiazdy są w zasadzie popisem duetu Cooper&Gaga. Na ich tle wyróżnia się burczący głębokim basem Sam Elliot, natomiast fani musicalu Hamilton wyłapią na drugim planie ucieszoną buźkę Anthony’ego Ramosa. Szkoda tylko, że aktor Broadwayu nie dostał szansy, by wykazać się wokalnie.

Narodziny gwiazdy
© 2018 WARNER BROS. ENTERTAINMENT INC. AND METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC. ALL RIGHTS RESERVED
Narodziny gwiazdy = koniec artysty?

Poza wątkiem miłosnym w filmie poruszone jest zagadnienie szczerości w sztuce. Ukazane są bezlitosne zasady funkcjonowania w branży muzycznej, w której bardziej liczy się marketing niż wartości artystyczne. Skojarzenie z początkami kariery samej Lady Gagi nasuwa się automatycznie.

Przy takiej historii nieodłącznym bohaterem i zarazem największym atutem jest muzyka. Piosenki komentują przedstawiane wydarzenia oraz zostają z widzem na długo po zakończeniu seansu. Niemały procent czasu ekranowego stanowią różnego rodzaju występy. Kamera Matthew Libatique’a – znanego głównie z pracy przy dziełach Darrena Aronofsky’ego (oraz niedawnego incydentu w Bydgoszczy) – przenosi widza prosto na scenę tuż obok Ally i Jacksona. Dzięki niemu i specjalistom od dźwięku koncerty robią ogromne wrażenie. Już sam ten aspekt jest wystarczającym powodem, by obejrzeć Narodziny gwiazdy w dobrze nagłośnionej sali kinowej.

Niestety nie udało się uniknąć potknięć scenariuszowych. Film potrafi się dłużyć, mimo że jednocześnie pojawia się dużo przeskoków fabularnych. Między scenami często brakuje płynności, skutkiem czego relacja między głównymi bohaterami (choć aktorsko bez zarzutu) traci na jasności i wiarygodności.

Czy Narodziny gwiazdy powtórzą sukces La La Land sprzed 2 lat? Utworowi City of stars wywróżyłam już Oscara, tego samego życzę piosence Shallow, która już przez całe miesiące nie potrafi opuścić głowy i wcale nie zapowiada się na zmianę.