„Bohemian Rhapsody” [recenzja filmu]

Freddie Mercury to człowiek, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Historia charyzmatycznego wokalisty, który jeszcze za życia stał się legendą, jest gotowym materiałem na film. Jednocześnie sięganie po życiorys postaci tak kultowej nieodłącznie wiąże się z ogromnymi oczekiwaniami.

W przypadku filmów biograficznych zazwyczaj najwięcej emocji wzbudza dobór aktorów. Trzeba przyznać, że specjaliści od castingu Bohemian Rhapsody spisali się na medal. Momentami można zapomnieć, że nie obserwujemy muzyków, tylko wcielających się w nich aktorów. Znany z głównej roli w serialu Mr Robot Rami Malek zaliczył kolejny wspaniały występ w karierze. Lider grupy Queen w jego wykonaniu błyszczy i w każdej scenie ściąga całą uwagę na siebie, tak jak zresztą miał w zwyczaju. Od doskonałej strony pokazał się też Gwilym Lee, który, podobnie jak Brian May, rzetelnie wykonuje swoją pracę, pozostając stale w cieniu Mercury’ego. Z jego oczu bije pasja tworzenia muzyki zmieszana z ciągłym niedowierzaniem w sukces, jaki stał się udziałem jego zespołu. Wyróżnia się również Lucy Boynton w roli Mary Austin – miłości życia Freddiego. Mimo niewielkiej ilości czasu ekranowego w pamięci pozostaje grany przez Mike’a Myersa szef wytwórni płytowej niechętny odważnym pomysłom muzyków Queen.

Bohemian Rhapsody nie byłoby tym samym filmem bez kolejnych utworów towarzyszących akcji. We Will Rock You, Another One Bites the Dust, Love of My Life to tylko niektóre z doskonale znanych wszystkim przebojów. Prawdziwą atrakcją są też sceny niezwykłych koncertów z rewelacyjną rekonstrukcją Live Aid na czele. Kamera wprowadza widzów za kulisy i pokazuje im część życia prywatnego legendarnych muzyków. Choć na te epizody lepiej patrzeć nieco sceptycznie, ze świadomością niemałego wpływu, jaki May i Taylor mieli na realizację filmu. Z tego względu m.in. przedstawione relacje między członkami grupy bezpieczniej postrzegać raczej jako jedną z wersji niż jedyną prawdziwą.

Bohemian Rhapsody

The Show Must Go On 

Ogólnie rzecz biorąc, Bohemian Rhapsody spełnia swoje funkcje – przybliża życie i karierę Freddiego Mercury’ego, dostarczając przy tym rozrywki i wzruszeń. Nie brakuje licznych momentów komediowych, w których zdecydowanie dominuje Roger, pewny siebie perkusista-kobieciarz. Mimo wszystko seans należy do przyjemnych, choć bynajmniej nie jest pozbawiony wad.

Przede wszystkim ograniczona długość seansu sprawiła, że na wiele zdarzeń (takich jak przełomowy teledysk do Bohemian Rhapsody) zwyczajnie zabrakło czasu. Niektóre zaś nie zostały dostatecznie rozwinięte, a zaledwie zasygnalizowane (np. solowa kariera i ostatnie lata Mercury’ego). Z tego samego powodu mamy do czynienia z częstymi przeskokami czasowymi.

Do tego dochodzi może nie tyle obiektywna wada, co mój osobisty zarzut, jakim jest brak konkretnego konceptu narracyjnego. Fabuła poprowadzona jest linearnie: od momentu spotkania Freddiego z Brianem i Rogerem do historycznego koncertu Live Aid. Takie rozwiązanie rozczarowało, ponieważ usłyszawszy zapowiedź powstania Bohemian Rhapsody, liczyłam, że struktura filmu będzie w pewnej mierze odzwierciedleniem tytułowej kompozycji. Duże pole do popisu dają też inne utwory Queenu, które aż się proszą o szersze zaznaczenie, np. w rytmie montażu. Zabrakło widocznej w trailerze iskry – poza pojedynczymi zabiegami produkcja nie czaruje formą.

Zaryzykuję stwierdzeniem, że twórcy filmu powtórzyli błąd, który sami wyśmiali w scenie rozmowy członków zespołu z przedstawicielem wytwórni muzycznej. Mieli szansę stworzyć coś większego, na miarę Bohemian Rhapsody czy Innuendo. Tymczasem zamiast tego wyszedł mieszczący się w standardach radiowych singiel – wpadający w ucho, lecz pozbawiony szans na przejście do historii.