10 grzechów głównych „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”

Ja, Tonya

Miesiąc po polskiej premierze produkcji Craiga Gillespie Jestem najlepsza. Ja, Tonya, w głowie niektórych widzów wciąż kołacze się pytanie: czy film ten zasłużył na tak wiele wyróżnień?

Vanity project Margot Robbie

„Bądźmy szczerzy – Margot Robbie nie jest znana dlatego, że jest dobrą aktorką” – przeczytałam kiedyś. Trudno się nie zgodzić – aktorskie emploi Australijki ogranicza się do ról seks-kociaków, które niewiele ciekawego mają do powiedzenia. Niemal wszystkie kreacje bazują wyłącznie na fizycznych warunkach postaci. Kariera budowana na podobnym fundamencie nie daje zbyt wiele możliwości – wystarczy przypomnieć choćby przypadek Sharon Stone czy Kim Basinger.

Robbie jest producentką Ja, Tonya, odpowiada więc za każdy kadr, który znajduje się w finalnym produkcie. Co więcej, to ona wybierała m.in. reżysera i aktorów. Nie od dziś wiadomo, że nic nie zmienia perspektywy Akademii Filmowej tak jak wcielenie się w postać autentyczną, najlepiej całkowicie fizycznie odbiegającą od wizerunku aktora (patrz: Charlize Theron jako Aileen Wuornos). Akademicy wprost uwielbiają historie biograficzne. Polowanie na Oscara? Jak najbardziej! W celu zapewnienia maksimum koncentracji uwagi na głównej bohaterce, rolę męża otrzymał mniej znany Sebastian Stan, a w Nancy Kerrigan wcieliła się kompletnie nieznana aktorka. Robbie nie przewidziała jednego – że zostanie kompletnie przyćmiona przez Alison Janney, która sezon nagród zakończyła z Oscarem w dłoniach. Fanów Robbie uspakajamy: będzie miała szansę już wkrótce zakasować konkurencję dzięki roli Elżbiety I – tym razem jeszcze mniej urodziwej postaci.

I, Tonya

Margot Robbie jako Tonya

Tonya Harding była ucieleśnieniem „starej” Ameryki: kraju farmerów, dzielnych i silnych obywateli, wprowadzających w życie mit self-made mana, a zatem ludzi zbudowanych od podstaw, dzięki własnej determinacji i talentowi. Nie pasowała do wizerunku subtelnego, elitarnego sportu, jakim jest łyżwiarstwo figurowe. Pomimo niemodnych fryzur, niekorzystnego makijażu i charakteryzacji dodającej kilogramów, Margot Robbie w roli „brzydkiego kaczątka” łyżwiarstwa po prostu nie wypada wiarygodnie. Fizyczne podobieństwo do Harding jest znikome, a po ogłoszeniu castingu wiele osób podniosło głos, że wolałoby w tej roli widzieć bardziej przypominającą łyżwiarkę Amy Adams. Ani przez moment na ekranie nie widzimy prawdziwej twarzy Tonyi, to zawsze zaledwie Margot Robbie grająca rolę Tonyi Harding.

Akcent

Tonya Harding nie miała wyrazistego akcentu południa Stanów Zjednoczonych, który usłyszymy w filmie. Pasuje on do wizji bohaterki, którą próbuje się nam sprzedać na ekranie, jednak sęk w tym, że nie jest zgodny z prawdą. Akcent postaci Harding na przemian pojawia się i znika w ustach aktorki – to coś, co można było zaobserwować już w Legionie samobójców, w którym kultowa postać Harley Quinn powinna mówić z brooklyńskim akcentem.

Robbie i Stan… w roli piętnastolatków

Tego absurdu chyba nie trzeba komentować. Nie wspominając o wąsie Sebastiana Stana, całość charakteryzacji Margot Robbie jako piętnastolatki opiera się na peruce z krótkich włosów i minimalnie zmienionym makijażu.

I, Tonya

Zdjęcia

Praca kamery to jeden z technicznych majstersztyków Ja, Tonya. Obfitość ujęć z ręki i obiektyw śledzący każdy ruch na lodzie, poniekąd ślizgający się za łyżwiarką, silnie dynamizuje obraz. Niestety, ponieważ film jest bardzo stylizowany (kolorystyka, muzyka, praca operatora), wytwarza dystans między widzem a prezentowaną historią. Trudno odczuć więź z dramatem bohaterki, kiedy każdy aspekt techniczny zdradza, że jesteśmy częścią fikcji filmowej.

Brak Kerrigan

Sprowadzenie kluczowej postaci Nancy Kerrigan do roli pionka to pierwsze z wielkich moralnych oszustw filmu. Opozycja między rywalizującymi łyżwiarkami nie wynikała tylko z fizycznych różnic i kwestii pochodzenia. Harding nie poświęcała na rzecz sportu tak wiele, jak inni zawodowcy: paliła, nie dbała o dietę i nonszalancko podchodziła do treningów. Zwycięstwo Kerrigan (2. miejsce na Olimpiadzie w Lillehammer vs. 8. miejsce Harding) jest przede wszystkim konsekwencją prawdziwej dedykacji i większego talentu.

Sympathy for the Devil

Dowody zebrane przez FBI i Amerykański Związek Łyżwiarstwa Figurowego jednoznacznie wskazywały, że Harding musiała wiedzieć o ataku. O ile można zaakceptować fakt, że film przyjmuje perspektywę Tonyi, która do dziś nie przyznaje się do zaplanowania przestępstwa, o tyle dziwaczna próba usprawiedliwienia chorobliwej determinacji łyżwiarki przez wyjątkowo trudne dzieciństwo wydaje się już po prostu nieczystym zagraniem moralnym w stosunku do widzów.

I, Tonya

CGI

Mówi się, że dobre efekty specjalne to te, których nie widać. Niestety, nie możemy tego powiedzieć o CGI w Ja, Tonya – z powodu braku tekstur i głębi cieniowania zastąpienie głowy dublerki twarzą Margot Robbie jest aż nazbyt widoczne. Szkoda to tym większa, że sekwencje popisów na lodzie sfilmowano bardzo pomysłowo.

Muzyka

Na ścieżce dźwiękowej filmu znalazły się klasyki lat 70., m.in. rozpoznawalny na całym świecie „The Chain” Fleetwood Mac. Co może być złego w kolekcji przebojów ZZ Top, Foreigner czy w klasyku „Spirit in the Sky” Normana Greenbauma? Piosenek jest za dużo, przez co Peter Nashel, tworzący muzykę do filmu, nie może w pełni rozwinąć skrzydeł, a całość przybiera formę karykaturalnego teledysku (również z powodu poszatkowanej narracji). Trudno oprzeć się wrażeniu, że trafność wyboru utworów do konkretnych scen filmu jest próbą zastąpienia autentycznego przedstawienia emocji przez dopowiadanie głębi przeżyć bohaterów za pomocą muzyki (bo po co pokazywać rodzące się uczucie, skoro można odtworzyć „Romeo and Juliet” Dire Straits?).

Formuła mockumentary

Ktoś już zrobił to lepiej – Gus van Sant przy pomocy Nicole Kidman w prowokującym i inteligentnym Za wszelką cenę. Pokazanie sprzecznych perspektyw oglądu sytuacji przez gadające głowy oraz przełamywanie czwartej ściany i tym samym puszczanie oka do widza, na dłuższą metę stają się męczące. Błyskawicznie rozumiemy intencję – każdy ma swoją wersję prawdy (hasło promocyjne filmu). Szkoda, że za tym banałem nie kryje się coś więcej.

fot. materiały dystrybutora