Reportaż z wojennego Kijowa – „Proszę się rozgościć w tej wojnie”

0
9
Widok na Dniepr w Kijowie
Widok na Dniepr w Kijowie, fot. Bartosz Popadiak

Fragment książki Dniepr, czyli morze. Historie ukraińskie Bartosza Popadiaka. To zbiór wspomnień, historii, reportaży o przesiedleńcach z Donbasu, poetach-
żołnierzach i niepowstrzymanym biegu pewnej rzeki. Poniższa część to reportaż z wojennego Kijowa.

Jest taki mem, na którym James Franco z pętlą na szyi zwraca się w stronę drugiego skazanego na szubienicy i z zawadiackim uśmiechem pyta: Pierwszy raz?. Opowiadanie memów to prawie zawsze kiepski pomysł. Ale co zrobić jeśli to najlepszy sposób, by opisać jak patrzy na mnie recepcjonistka w kijowskim hotelu, gdy pytam ją o zasady bezpieczeństwa, schron przeciwlotniczy i tak dalej. Welcome to Kyiv. We wish you a pleasant stay.

KYIV 2077

Ostatni raz w Kijowie byłem przed pandemią i wojną, w 2019 roku, więc całą epokę temu. Metro już nie działa na zielone żetony z literą M. Wszystko teraz jest elektroniczne i cyfrowe. W restauracjach zapanowały wirtualne stoliki, do których zamawia się i za które płaci przez specjalną aplikację. Kelnerzy natomiast, wciąż z krwi i kości, stali się tak ukraińskojęzyczni jak nigdy przedtem. 

Wiaczesław z którym spotykam się w Kijowie mówi, że cyfryzacja Ukrainy to jedno z osiągnięć prezydentury Poroszenki. Już z wcześniejszych moich rozmów wiem, że na wyborach prezydenckich w 2019 roku Poroszenko był naturalnym wyborem dla ludzi z ukraińskiej – nienawidzę tego określenia pod każdą szerokością geograficzną – inteligencji. Towarzyskim samobójstwem w tych kręgach było natomiast przyznanie się do głosowania na Zełenskiego, w opinii wielu — prorosyjskiego populisty, którego popularność świadczyła o obywatelskim regresie kraju.

W czasie wojny bieżąca polityka, a więc też afery, korupcja, uległa pewnej hibernacji, ale powoli zaczyna znowu podnosić głowę. W chwili gdy piszę te słowa przez Ukrainę przetoczyły się już liczne  skandale korupcyjne, poczynając od tego związanego z Andrijem Jermakiem, któremu służby nadały pseudonim Ali Baba, przez Timura Minidcza (pseudonim Zawsze można uciec do Izraela) aż do Julii Tymoszenko, która wyszła z politycznego grobowca, żeby coś jeszcze zachachmęcić. 

Źle to świadczy o ukraińskiej klasie politycznej, ale dobrze o ukraińskim społeczeństwie obywatelskim i antykorupcyjnych instytucjach, które mimo quasi wojennej cenzury postanowiły zareagować. Pytanie tylko na ile była to prawdziwa walka z korupcją, a na ile element rozgrywek politycznych obliczonych na zmianę warty na szczytach władzy i w układach biznesowo-politycznych.

Największą jednak oznaką nowoczesności dzisiejszego Kijowa nie są technologie, gadżety, cały ten pikselowy blichtr, ale jego niekwestionowana ukraińskość. Kijów z lat 10tych w dużej części mówił po rosyjsku, co wtedy mi nie przeszkadzało, podobnie chyba jak większości jego mieszkańców. Pamiętam kiczowate teatry grające wyłącznie rosyjską klasykę typu Czechow, z tymi okropnymi afiszami, od których na kilometr waliło sowiecką stęchlizną przypudrowaną odrobiną stęchlizny carskiej.

Po Majdanie sytuacja się polepszyła, udawało mi się czasem nawet zawstydzić rodowitych rosyjskojęzycznych kijowian, pytając ich w literackim ukraińskim o drogę. Słysząc obcokrajowca mówiącego w ich państwowym języku, którego często dla zasady nie używali, na początku byli zmieszani, a potem próbowali, dość nieudolnie, przechodzić na ukraiński.

W Czerniowcach w południowej Ukrainie byłem z kolei świadkiem przeciwnego zjawiska. Starsze kobieciny zapytane o drogę przez grupę studentów z Polski popatrzyły po sobie i choć jeszcze przed chwilą rozmawiały w państwowym zdecydowały się odpowiedzieć po rosyjsku. No bo jak to tak, żeby inozemec’ po naszemu mówił, on raczej rosyjski zna, bo to światowy język, z tym ukraińskim to się tak tylko wygłupia. Wyobraźcie sobie po tym miny ludzi, którzy od kilku lat z zaangażowaniem studiowali język i kulturę tego narodu.

Albo taka historia od Nikity, mojego dobrego druha, który w 2014 roku musiał wraz z rodziną zostawić wszystko i uciekać z rodzinnego Doniecka opanowywanego przez prorosyjskich separatystów. Po wymuszonej przeprowadzce do Kijowa Nikita, z wykształcenia filolog rosyjski, imał się różnych zajęć, dzieląc trudy losu wraz z tysiącami innych wewnętrznie przemieszczonych osób, które uciekły przed wojną na Donbasie. W pewnym momencie wylądował w muzeum rzeźbiarza Kawaleridze na kultowym Andrijwskim uzwozie, ulicy łączącej górny Kijów z Podołem, jego dolną częścią położoną nad Dnieprem. Praca była nudna, źle płatna, a do muzeum mało kto przychodził. Słowem — typowa postradziecka instytucja.

I tacy też byli jej pracownicy. Lonia, nazwijmy go tak na potrzeby tego tekstu, był starszym pracownikiem muzeum, którego młodość przypadła na czasy późnego sojuza, a starość nigdy go mentalnie nie opuściła. Nikita opowiadał, że Lonia jako człowiek radziecki całe życie jak ognia unikał mówienia i pisania po ukraińsku, mimo że pracował w ukraińskiej, państwowej instytucji. Pewnego dnia jednak nie było już wyjścia i musiał wypełnić jakieś dokumenty po ukraińsku. Wyleciał z muzeum i po chwili wrócił z flaszką. Następnie przy jej pomocy zaczął egzorcyzmować tekst wypijając co kilka napisanych po ukraińsku słów kieliszek wódki. 

Takich Loniów było w Kijowie wielu. Językowa kwestia nigdy mnie jednak bardzo nie zajmowała, to nie była moja walka, chociaż rozumiałem jej znaczenie. Jako kogoś z zewnątrz zawsze pociągała mnie regionalna różnorodność Ukrainy, to że przyjeżdżając do Odessy rozmawiałem po rosyjsku, a we Lwowie przełączałem się na ukraiński. To że w Karpatach u hucułów prawie nie rozumiałem lokalnego ukraińskiego, a w centralnej Ukrainie surżyku, spontanicznej mieszkanki rosyjskiego i ukraińskiego. W porównaniu do Ukrainy Polska zawsze wydawała mi się usypiająco monotematyczna jeśli chodzi o regionalną różnorodność, choć wielu by się z tym pewnie nie zgodziło. Biorąc jednak pod uwagę doświadczenia Ukrainy być może powinniśmy błogosławić tą nudę polskiej równiny, jej relatywną jednolitość językową i tożsamościową.

Tak więc proces ukrainizacji postępował, a wojna jedynie go przyspieszyła. Na ulicy rzadko słychać rosyjski. Lekki surżyk to inna sprawa. Ten jest wszędobylski i ma swój urok. Wygląda na to, że rosyjski zszedł do podziemia, za drzwi mieszkań i domów, że w strefie publicznej po prostu nie ma dla niego miejsca, nawet w formie mówionej. Z pewnością inaczej to wygląda w takim na przykład Charkowie, czy Odessie.

Pierwsze wyjście na powierzchnię

Kijów to miasto podziemi. Nie chodzi tylko o kilka linii metra, którego przepastne stacje na początku wojny służyły za naturalny schron dla mieszkańców. Kijów jest pełen przejść podziemnych, tuneli, wyrastających znikąd schodów w dół. Jest to naturalny sposób miasta, by poradzić sobie z pompatycznym, carskim jeszcze rozplanowaniem przestrzeni: szerokimi alejami, wielkimi placami i ogólnym rozbuchaniem.

Weźmy na przykład Majdan Niezależności. Jedno z bardziej charakterystycznych miejsc Kijowa. Ten narodowy plac ma swoją drugą, niejawną wersję. Tuż pod nim znajduje się siatka podziemnych przejść pełnych sklepów z pamiątkami, budek z kawą, kantorów i naprędce zaimprowizowanych scen dla ulicznych, a właściwie podulicznych muzyków. W czasie protestów w 2014 roku podziemia te pozwalały się nieco ogrzać demonstrantom, a także znoszono do nich rannych, kiedy Januk całkiem już odpiął wrotki.

Pod Majdanem jest nawet coś w rodzaju galerii handlowej ze sklepami modowymi i supermarketem. Jeśli zaczynać zwiedzanie tam to po wyjściu na powierzchnię można doznać szoku. Zgiełk podziemi nagle zostaje ucięty i lądujemy na niemal pustym, chłostanym zimowym wiatrem placu. W jednym z jego rogów powiewa las ukraińskich flag rozmaitej wielkości – od małych proporczyków po wielkie sztandary. To miejsce upamiętniające żołnierzy, którzy zginęli w obecnej wojnie. Nie są to anonimowe flagi. Przy wielu znajdują się zdjęcia poległych z rodzinami, albo z kolegami z oddziału, w którym służyli. Często z tych oddziałów nie przetrwał już nikt. Są tam emblematy jednostek wojskowych, pluszowe misie, kiczowate serca i zupełnie niekiczowate wyznania miłości.

Przed przyjazdem, gdy pytałem Wiaczesława o sytuację w stolicy napisał mi o stacji Łukjaniwska i jej otoczeniu, że to metafora obecnej Ukrainy. Postanowiłem więc tam pojechać pierwszego dnia, zaraz po śniadaniu.

Wychodzę z hotelu i prawie od razu ląduję pod ziemią, w przejściu prowadzącym na dworcowe perony, potem na chwilę wynurzam się na powierzchnię i znowu zagłębiam pod. To już stacja metra Wokzalna, czyli Dworcowa, głęboka jakby prowadziła do samego jądra ziemi. Prując schodami ruchomymi w dół oglądam reklamy na bocznych ścianach. Premiera ukraińskiego Stalkera 2 na PS5, nowa restauracja z sushi w centrum, oferta pracy w klubie ze striptizem, oferta wstąpienia do takiego, a takiego oddziału szturmowego. Tych ostatnich reklam zobaczę w Kijowie wiele. Ta akurat apelowała do poczucia obowiązku wobec własnej rodziny, ochrony dzieci i zapewnienia im bezpiecznej przyszłości.

W końcu zjeżdżam na dół i czekam na metro z tłumem ludzi jadących do pracy. Wreszcie nadjeżdża i tu czeka na mnie niespodzianka — skądś kojarzę te nienowe, jakby z innej epoki składy. Podpowiedzią może być to, że są na nim naklejki z polską flagą skrzyżowaną z ukraińską. Wreszcie rozpoznaję w nich stare wagony warszawskiego metra, oddane Ukrainie jakoś na początku pełnoskalowej wojny.

A właśnie, świadectwem tego jak wojna osadziła się w powszednim życiu Ukraińców jest pewne niezwykłe słowo. Po ukraińsku pełnoskalowa to pownomassztabna, ale od tego słowa powstało zdrobnienie – pownomassztabka, czyli dosłownie tłumacząc pełnoskalówka. Kto to widział tak wojnę pieszczotliwie nazywać.

Ściśnięty pomiędzy ludźmi w polskim wagonie patrzę na rozpiskę stacji. Za bardzo się nie najeżdżę, wysiadam na stacji przesiadkowej Teatralna, gdzie porywa mnie rzeka ludzi i wyrzuca na stacji „Złote Wrota”, należącej już do zielonej linii metra.

Złote wrota to chyba jedna z bardziej znanych stacji Kijowa, jej najbardziej średniowieczny punkt, co w połączeniu z nowoczesnością metra daje dość niezwykły efekt. Zawdzięcza nazwę legendarnej złotej bramie, która chroniła Kijów w czasach Rusi Kijowskiej. To właśnie o nią miał wyszczerbić swój miecz Bolesław Chrobry, gdy wojował z Jarosławem Mądrym. Aż trudno uwierzyć, że te kolorowe mozaiki powstały jeszcze za sowietów. Misterna, filigranowa robota. Na stacyjnych filarach – oblicza świętych i kniaziów i bijąca od nich, surowa powaga prawosławnych ikon, brakuje tylko odurzającego zapachu kadzidła. Aż jakoś nieswojo się o nie opierać.

Wreszcie ruchome schody wypluwają mnie u góry i od razu, jeszcze w budynku stacji uświadamiam sobie, co miał na myśli Wiaczesław pisząc o prowizoryczności tego miejsca.

Sama stacja wypada dosyć szaro, szczególnie po wcześniejszych średniowiecznych ekscesach. Tu są ekscesy zupełnie innego rodzaju. Wysoki strop stacji mocno dostał, trudno powiedzieć czy bezpośrednio, czy tylko odłamkami po trafieniu gdzieś obok. Uszkodzone miejsca zostały przykryte dyktą jak jakimś amatorskim opatrunkiem. W Ukrainie zniszczone budynki są zwykle szybko remontowane – o ile pozwala na to ich stan – ale w przypadku Łukjaniwskiej uznano najwyraźniej, że nie ma to sensu, w końcu i tak znowu coś przyleci.

Po wyjściu ze stacji orientuję się, że stacja to swojego rodzaju okoliczne centrum, wokół którego skupiają się sklepy, apteki i różne usługi. Gwarno tu i tłumnie, do tego stopnia, że na dziurawych chodnikach wokół stacji trwa handel – babcie sprzedają warzywa, mięso, kwiaty, wszystko zapewne przywiezione gdzieś spod miasta.

Uliczne życie trwa tu mimo wszystko. Mieszkańcy wciąż wracają i rozpoczynają porzucone zajęcia, jakby nigdy nic. Jest to coś czego ludzie z zewnętrz, spoza wojennego świata nie są w stanie zrozumieć.

A przecież zniszczenia wokół stacji są solidne. Wybebeszone, poczerniałe od dymu budynki, których wcześniejszego przeznaczenia nie umiem odgadnąć. Poodrywane fasady, które bezwstydnie pokazują wnętrze budynku – niechciana wiwisekcja budowlana na zamówienie ordy. 

Szkło i gruzy z chodników już dawno zamieciono. Mimo to gdy patrzę na te zniszczenia to mam wrażenie, że powietrze wciąż jest gęste po wybuchach, że jeśliby mocniej wciągnąć powietrze to poczułoby się zapach spalenizny.

W Łukjaniwską wbudowany jest też Macdonald. Na miejscu nie zwrócę na to uwagi, ale potem zobaczę na rolce z Instagrama, że ściany obok niego pełne są dziur po odłamkach. Wygląda to trochę tak jakby kogoś przy nich rozstrzelano. Przed państwem najodporniejszy MacDonald świata, jak się o nim mówi. 

Jeszcze raz obchodzę stację i jej okolicę. Dopiero teraz zauważam, że jeden ze zniszczonych budynków został przesłonięty wielkim, patriotycznym plakatem. Przypomina Wolność wiodącą lud na barykady, ale z ukraińską symboliką. Idę wzdłuż szpaleru otwartych sklepów i sklepików, z których prawie wszystkie pokryte są sklejką i innymi materiałami. Rozpadający się, prowizorycznie posklejany świat, który nie chce się rozpaść i nie może.

Ulica w Irpieniu pod Kijowem na której toczyły się walki
Ulica w Irpieniu pod Kijowem na której toczyły się walki, fot. Bartosz Popadiak

Górne miasto / Dolne miasto

Kijów dzieli się na górne miasto i dolne miasto, dolne z kolei leży po dwóch stronach tego monstrum wśród rzek, czyli Dniepru. Patrząc na rzekę z górnego miasta w mroźny, mglisty dzień można w ogóle nie zauważyć drugiego brzegu. Przed nami roztacza się dziwne, przepływające wartko przez horyzont morze.

Żeby poczuć epickość Kijowa należy wsiąść do czerwonej linii metra w kierunku stacji Darnycja. Następnie usadawiamy się blisko okna wagonu, koniecznie obróceni w kierunku jazdy. Metro pędzi przez głębokie stacje w stronę skarpy górnego miasta, jakby miało się z niej rzucić wprost do Dniepru. I tak właśnie jest – przelatujemy przez stację Chreszczatyk, Arsenalną, potem jeszcze kawałek ciemności za oknami, po czym następuje rozbłysk i już jesteśmy nad rzeką, prujemy torami nad jej taflą prosto na drugą stronę, która jednak istnieje. To naziemna część kijowskiego metra, wyrastająca prosto z bebechów górnego miasta.

Kolejnego poranka kieruję się z Majdanu na inny plac, tym razem bardziej związany z dawną historią Ukrainy, niż jej współczesnością. Plac Sofijski bierze swoją nazwę od stojącego przy nim pradawnego Soboru Sofijskiego w charakterystycznych biało-zielono-złotych barwach. Na placu stoi Chmielnicki na koniu. Jak większość pomników w Ukrainie jest teraz niewidoczny zza specjalnego kokonu, który ma go chronić przed ostrzałem.

Zaraz za Chmielnickim o mało co nie wpadam na rosyjski czołg. Jest ich tam kilka, wszystkie rozbebeszone ukraińską artylerią, pordzewiałe, osmolone. Obok eksponatów znajduje się wystawa zdjęć – nazistowskie zniszczenia Warszawy zestawione ze zniszczeniami dokonanymi w Ukrainie przez Rosję. 

Schodzę z górnego miasta Andrijewskim uzwozem, ale nie sprawdzam czy Lonia jeszcze pracuje w muzeum. Coś czuję, że nie udało mu się do końca wyegzorcyzmować tej całej Ukrainy.

Gdzieś w połowie drogi między górnym, a dolnym miastem dociera do mnie, że przez cały poranek słyszę jeden i ten sam monotonny dźwięk. Jest tak dobrze wkomponowany w ogólną ścieżkę dźwiękową miasta, że prawie nierozróżnialny. Musiał chyba nastąpić ogólny glitch systemu i jego ponowne uruchomienie, skoro w ogóle dotarł do mojej świadomości.

Kijów buczy. Kijów jest jednym wielkim buczeniem. Każdy sklep, restauracja, fryzjer, sex-shop, zbór zielonoświątkowców, buda z kawą, ma swój generator na kablu, który zwykle stoi przed wejściem. I buczy. I śmierdzi. Buczy i śmierdzi benzyną. Cała ulica zastawiona generatorami, zastawiona buczeniem.

Na końcu Andrijewskiego uzwozu skręcam w złą uliczkę i zamiast na jednym z głównych placów Podołu, ląduję przy dramatycznie zakorkowanym prospekcie.

Najwyraźniej nie była to miejska anomalia. Wojskowi rekruterzy postanowili wykorzystać ten fakt i na ścianie budynku górującego nad ulicą znalazł się ogromny plakat z potężnym, wojskowym samochodem na zielonym tle. Napis na nim głosił: Za dużo czerwonych świateł? Masz dość stania w korku? Dołącz do naszego oddziału!

Drobna zmiana kursu i już przede mną roztaczał się Podół, który znałem i lubiłem. Wiadomo, solidnie zgentryfikowana, turystyczna ale jednak czarująca dzielnica. Ruszyłem ulicą Sahajdacznego, która biegnie wzdłuż Dniepru od placu Kontraktowego do Pocztowego. I tutaj wszędzie stały i buczały generatory. Zaczęło padać i po tym, jak kilka razy niemal potknąłem się o wszędobylskie kable, postanowiłem zrobić przystanek na jedzenie.

Okazało się to niełatwe, bo miejsca, które znałem, jak moja ulubiona żydowska restauracja, przestały istnieć. Powstało za to całe mnóstwo nowych i w końcu wpakowałem się do gruzińskiej knajpy. Typowy obiad samotnego podróżnika, gdyby nie to, że w pewnym momencie kelner, mówiący cudownym surżykiem, przyniósł mi do stolika lampkę na baterie i oznajmił, że teraz przez jakieś 20 minut nie będzie prądu, bo generatory muszą się naładować. Po chwili rzeczywiście zapadła ciemność. Razem z prądem zniknęła też kaukaska muzyka. Zafascynowany słuchałem jak w restauracji, przed chwilą tak gwarnej, słychać jedynie ciche rozmowy gości i brzdęk sztućców.

Tego samego wieczoru siedzimy z Wiaczesławem w restauracji z ukraińską kuchnią. Słucham jak opowiada o życiu w wojennym Kijowie. Nie spotkaliśmy się wcześniej, ale mieliśmy wspólnych znajomych związanych z filologią ukraińską w Krakowie i nawiązaliśmy kontakt. Wiaczesław pracuje w państwowej instytucji, a po godzinach jest poetą, tłumaczem, literaturoznawcą, a przede wszystkim miłośnikiem i znawcą Kijowa.

Wylewnie dziękował za moje zainteresowanie Ukrainą, za zaangażowanie, a mi było jakoś niezręcznie, bo przez cały wyjazd nie opuszczało mnie wstydliwe poczucie bycia turystą, który z ciekawością przygląda się wojnie, ale w każdej chwili może po prostu złapać plecak i wyjechać. Zdawało mi się to nieuczciwe wobec ludzi żyjących tutaj. Wiaczesław, w wieku poborowym, nie mógł opuścić kraju, nad czym ubolewał wspominając swój pobyt w ukochanym Krakowie. Nie był złamany wojenną rzeczywistością, ale z jego słów i spojrzenia przebijało zmęczenie skumulowane z ostatnich lat.

Na moje pytanie, czy ludzie schodzą jeszcze do schronów w czasie alarmów powiedział, że może i by schodzili, gdyby infrastruktura była lepiej przygotowana. On sam najbliższy schron miał nie w swoim bloku, ale w sąsiednim, co znacznie utrudniało proces ewakuacji. Z kolei ja opowiadałem mu, że to początek mojego projektu, że następny będzie Charków, potem Chersoń, że przy następnym wyjeździe chcę skupić się na rozmowach z ludźmi. Na pożegnanie uściskaliśmy się jakby to było nie nasze pierwsze, tylko któreś z kolei spotkanie.

Lwów – bonus track

Moja Ukraina zaczyna się dopiero gdzieś za obwodem lwowskim, gdy pociąg nabiera prędkości, a konduktor przynosi szklankę z herbatą w metalowym koszyczku. Więc kiedy wracam do Lwowa – a tam prawie zawsze kończy się moja podróż – mentalnie już jestem poza UKR, choć to przecież miasto, które chyba najbardziej buńczucznie manifestuje swoją ukraińskość.

Tym razem we Lwowie spotykam się z jednym wariatem, Mateuszem, który przeprowadził się tu już w czasie wojny i uczy polskiego lokalsów. Lwów to zdecydowanie jego miasto, nie tylko ze względu na korzenie, już nawet zaczął mówić z lekkim zaciągiem i używać tych lwowskich, fikuśnych słówek, których ja nie do końca rozumiem. Z wyglądu natomiast zrobił się z niego taki Eastern European Peaky Blinder, Galicia edyszyn, chociaż on by pewnie użył słowa lwowski baciar

Po prostu daję mu się prowadzić po jego mieście, które przecież sam trochę znam, ale jakby wciąż je zapominam, jego obraz po prostu nie może mi się utrwalić pod powiekami, bo zawsze jestem tu przejazdem, pomiędzy jednym, a drugim punktem. Lwów to dla mnie taki wielki pokój hotelowy z kamienicami i katedrami zamiast mebli. Bycie w nim, jak w każdym pokoju hotelowym, jest pozbawione ciężaru, trochę jakbym unosił się w stanie nieważkości i nieważności.

Łukjaniwska jeszcze raz

Na Łukjaniwską wracam jeszcze innego dnia w Kijowie, wieczorem, żeby w pełni doświadczyć atmosfery stacji. Chodnikowi sprzedawcy znikną, a typowe dla zimowego Kijowa „niedoświetlenie” miasta doda okolicy posępności.

Znacie to uczucie, gdy rzeczywistość wydaje się czasem aż za bardzo dopełniona? Gdy obrazek jest zbyt idealny, jakby filmowy? Ma za dużo o ten jeden element, który sprawia, że ciężko nam jakoś uwierzyć w całość. Coś takiego obudził we mnie Ponury Trąbkarz, który tego wieczoru przyczaił się gdzieś w okolicach Łukjaniwskiej i zawodził smutną, wręcz rozdzierającą melodię. Jak lunatyk chodziłem wokół stacji, ale nigdzie nie mogłem go namierzyć. Dźwięk zdawał się dochodzić zewsząd i znikąd. A może to nie była trąbka tylko jakiś inny instrument, albo w ogóle muzyka leciała z głośnika? Nie wiem, ale wstrząsnęło mną połączenie zbombardowanej stacji i tej melodii. I długo nie mogłem mu uwierzyć. 

Może to uczucie to domena osób, które nie potrafią do końca dać się oczarować światu. Zawsze podejrzliwych wobec rzeczywistości, która jest przecież naturalnym chaosem i nie może tworzyć zbyt idealnych kompozycji. Albo jest właśnie odwrotnie i to chaos ma tendencję do nagłych, oślepiających wybuchów harmonii, tylko po to, by zaraz znowu zapaść się w siebie, w swój rozkład, entropię.

Taki właśnie rozbłysk mam teraz pod powiekami.

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze