7 kwietnia w warszawskim klubie Progresja zagrali 156/Silence, Acres, Memphis May Fire oraz Fit For A King. Czy było warto przyjść?
Na pierwszy support nie zdążyłam, ale na Acres – już tak. Brytyjczycy zagrali takie kawałki, jak Take My Last Breath, My Everything i finałowe Lost. Natomiast ich występ mnie nie porwał. O ile wiem, że publiczności się podobało, o tyle mnie nie bardzo. Pomijając lekkie problemy z nagłośnieniem, band nie kupił mnie niczym. Nie mieli tego “czegoś”, po którym chciałabym słuchać ich w serwisach streamingowych i wyczekiwać ich kolejnego giga. Zabrakło mi charyzmy i kontaktu z publiką. Dla mnie stanowili poprawny support i nic ponad to.
Mój faworyt – Memphis May Fire
Memphis May Fire byli z kolei powodem, dla którego poszłam wówczas do Progresji. Wyczekiwałam ich koncertu w Polsce i bardzo się cieszę, że w końcu mogłam ich zobaczyć i usłyszeć na żywo! Zagrali sporo kawałków z mojej ulubionej płyty – Remade in Misery, czyli: Misery, Bleed Me Dry, Somebody, Make Believe oraz finałowe Blood&Water. Z nowości pojawiły się m.in. Paralyzed, Overdose i Chaotic. Dawno się tak dobrze nie bawiłam na koncercie metalcore’owym! Największą robotę robił oczywiście lider zespołu, czyli Matty Mullins. Nawiązywał kontakt z publiką już od pierwszych dźwięków. Przeprosił także, że tak długo zajęło im, aby dać koncert w Polsce i zapowiedział, że szybko wrócą. Pomijając kwestie wokalu i tego, że ten typ daje ognia jako wokalista, to ma dużo charyzmy i prowadzi koncert na pełnej od początku do końca!
Mam nadzieję, że MMF spełnią obietnicę i niedługo ponownie będziemy mogli ich podziwiać na scenie w Polsce!
Gwiazda wieczoru – Fit For A King
Fit For A King widziałam już wcześniej – w styczniu 2025 roku, kiedy byli gośćmi Motionless In White w EXPO w Warszawie. Zarówno wtedy, jak i teraz bardzo mi się podobało! Cały zespół dawał z siebie wszystko. Urocze było to, że przez całego seta Ryan Kirby (wokalista) pokazywał serduszko z palców do publiczności. Podkreślał również, jak bardzo Fit For A King doceniają support, jaki otrzymują od fanów i to, że dzięki nim mogą robić to, co robią.
Co do setlisty, zdominował ją najnowszy album zespołu, czyli Lonely God, który został zagrany niemalże w całości. Poza nim, chłopaki zagrali na przykład Backbreaker, Engraved lub When Everything Means Nothing. Cały gig to była czysta, nieprzerwana fala energii, która powodowała wśród publiki istne szaleństwo. Przysłowiowy wpierdol od początku do końca.
Zdecydowanie warto było iść! Głównie ze względu na Memphis May Fire, ale również z uwagi na gwiazdę wieczoru!


