Wywiad z Jankiem Traczykiem

O musicalach, marzeniach i nowych wyzwaniach opowiedział mi Jan Traczyk – aktor musicalowy, wokalista, kompozytor, autor tekstów. Odtwórca głównych ról w musicalach – Notre Dame de Paris (Teatr Muzyczny w Gdyni) i Piloci (Teatr Muzyczny Roma).

Bardzo dziękuję, że znalazłeś jeszcze siłę i czas na to, żeby się ze mną spotkać i odpowiedzieć na pytania (Janek tego dnia nagrywał program Twoja twarz brzmi znajomo, następnie dał koncert w Centrum Kultury w Wilanowie i spotkał się z fanami – przyp. red.).

Podobno chciałeś śpiewać rock & rolla i nie od razu zapałałeś miłością do musicali? Więc jak doszło do tego, że zacząłeś grać właśnie w nich?

Tak, rzeczywiście kiedyś fascynował mnie Elvis Presley, Red Hot Chili Peppers – tego typu artyści. Pamiętam, że jedna z pierwszych moich nauczycielek, Pani Małgorzata Kustosz-Piątosa, która przygotowywała mnie na Bednarską, na wydział Piosenki, powiedziała mi żebym spróbował swoich sił na castingu do Tańca wampirów w Romie. Wtedy odpowiedziałem: Nie, nie, ja nie lubię musicali i nie poszedłem na casting. A potem je polubiłem. Nie wiem właściwie dlaczego. Już na lekcjach na Bednarskiej oglądaliśmy musicale na wideo i chyba właśnie wtedy zaczęły mi się tak pomału podobać. Później były pierwsze castingi – do Nędzników i Upiora w Operze. To wtedy zacząłem je tak naprawdę lubić, a z czasem wręcz zapałałem do nich miłością.

Mówiłeś, że zawsze Twoją największą miłością było komponowanie piosenek z własnymi tekstami, w których upatrywałeś największą dla twórcy możliwość wyrażenia siebie samego, odtworzenia i zachowania przeżytych emocji. Czy pamiętasz swój pierwszy utwór i w jakich okolicznościach doszło do jego napisania?

Nie pamiętam. Miałem dużo takich piosenek, prawie, że dziecinnych. Na przykład jedna była o mrocznym czarodzieju, inna o moim psie, który odszedł. Dużo było takich młodzieńczych piosenek, których nigdzie nie grałem. Natomiast pierwsza, o której mówiłem, że była oficjalnie pierwsza, to była piosenka Languages. Napisałem ją, gdy miałem około 18 lat, z miłości do pewnej Szwedki i jest gdzieś na YouTube i na mojej płycie Nastrojowe piosenki.

Wiosną 2017 roku rozpocząłeś nagrywanie swojej pierwszej autorskiej płyty. Czy może zdradzić jakieś szczegóły, a zwłaszcza ujawnić, kiedy płyta pojawi się w sklepach?

Jesteśmy w trakcie nagrywania. Mam nagrane dwa utwory. Dwa kolejne są już prawie nagrane. Wszystkich razem będzie około 12. Może niektóre będą po polsku i po angielsku. Chciałbym żeby udało się wydać płytę na jesieni tego roku. Czy się to uda? Nie wiem, ale zrobię dużo, żeby się to udało tym razem.

Czytałam, że chcesz wystawić swój autorski musical i masz już napisany jeden, jako pracę magisterską na kompozycji. Czy możesz ujawnić jak idzie realizacja tego marzenia?

Aktualnie mam nagrane demo muzyczne tego musicalu. Skończyłem scenariusz i całą muzykę. Natomiast teraz się tym nie zajmę z powodu wypełnionego grafiku. Na wystawienie swoich musicali mam jeszcze czas. Przypuszczam, że byłby to przyszły sezon. Ale to jest i czeka na swój czas i w pewnym momencie wyskoczy z pudełka.

Jaka rola w Twojej dotychczasowej karierze stanowiła największe wyzwanie?

Twoja twarz brzmi znajomo (śmiech). Nie wiem. Tak naprawdę to każda rola to wyzwanie. Staram się do każdej roli podchodzić z respektem. Żeby dobrze zagrać, to trzeba naprawdę poświęcić dużo pracy i czasu. Na pewno rola Jana w Metrze była bardzo wymagająca, ponieważ to była pierwsza taka moja główna rola. Pamiętam, że dowiedziałem się, że mam ją grać dwa dni przed spektaklem. Miałem jedną próbę następnego dnia i potem jeszcze przed spektaklem, czyli tak naprawdę były to dwie krótkie próby, żeby wejść w tę rolę. Samo to było ogromnym wyzwaniem.

Natomiast, jeśli chodzi o wokalną stronę, to jednak rola Gringoire’a w Notre Dame de Paris. To było największe wyzwanie, które spowodowało u mnie prawie utratę głosu przez okres sześciu tygodni ćwiczenia tego materiału. Zaliczyłem wtedy chorobę i spadek formy. Okazało się, że jest to bardzo wymagające i mój głos po prostu musi się przyzwyczaić do tego. W tej chwili udział w Notre Dame de Paris jest właśnie dla mnie jednym z najbardziej satysfakcjonujących scenicznych przeżyć.

To niezwykły zbieg okoliczności, że często grasz swojego imiennika – Jan z musicalu Metro czy Jan z Pilotów. Czy oprócz imienia masz jeszcze jakieś cechy wspólne z którymś z tych bohaterów? Czy postąpiłbyś może podobnie jak któryś z nich?

Tak. Z Janem z Metra mam dużo wspólnych cech i z Janem z Pilotów też. Jan z Pilotów jest kochliwy, pełen poczucia humoru, energiczny, żywiołowy. Natomiast Jan z Metra jest z kolei introwertykiem. Jest zamknięty w sobie, ma swój świat. Samotnik, tworzy muzykę. Z jednej strony, ja jestem właśnie taki, że cenię sobie samotność, spokój, ciszę, pianino, czyli tylko ja, dźwięki i słowa. Z drugiej strony, czasami jestem showmanem, czego właśnie dowiedziałem się od Pań (w rozmowie po koncercie – przyp. red.). Więc takie dwie skrajności. Showman to właśnie trochę taki Gringoire z Notre Dame de Paris.

Czy możesz zdradzić jak długo zwykle przygotowujesz się do roli? Bo my widzimy tylko efekt końcowy, a jestem ciekawa ile trwały np. próby do Pilotów?

Próby do Pilotów trwały około pół roku. Dużo z tych prób to było takie ustawienie sytuacji – co masz gdzie zrobić, jaką emocję zagrać i tak naprawdę rola zaczęła powstawać dużo później. Takie mam odczucia. Ja mam taki charakter i system pracy, że lubię mieć najpierw szkielet tego, co mam zrobić i wiedzieć, że ma być z grubsza tak, a dopiero potem mogę tchnąć w to życie. Jest mi ciężko tak od razu się otworzyć i od razu kreować jakąś rolę. Lubię mieć właśnie świadomość tego, że główne punkty są spełnione i że potem mogę na tym budować. Myślę, że ten proces tak naprawdę trwał krócej niż te pół roku. Raczej trzy miesiące, dwa, może jeden – ciężko jest mi dokładnie określić. Taka praca nad rolą, szczegółami, jakąś głębią, często zaczyna się albo trwa dalej po premierze, jak już te wszystkie uwagi reżyserskie są spełnione i wtedy w tym wszystkim można odnaleźć siebie. To jest dla mnie bardzo ciekawy proces, bardzo fajny czas. To właściwie trwa przez cały okres grania spektaklu, ponieważ uważam, że dobry artysta po prostu cały czas pracuje nad rolą, stara się być coraz lepszym.

Czy masz może ulubioną scenę czy ulubiony utwór z Pilotów?

Nie obiecuj nic – scena i utwór. To jest chyba moja ulubiona scena. I scena końcowa, której nie zdradzę. Ja ją bardzo lubię. Czyli początek i koniec. W środku też jest dużo dobrej zabawy, ale ja lubię takie poruszające sceny, gdzie się można emocjonalnie wyszaleć.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze studiem Accantus?

Prosto. Wziąłem jakieś swoje nagrania, wysłałem do Bartka Kozielskiego i powiedziałem: słuchajcie ja bardzo doceniam, że w Polsce propagujecie musical i uważam, że moje miejsce jest z Wami. Uważam podobnie jak Wy, że musical w Polsce jest zbyt mało znany, też go kocham i zajmuję się tym. Po jakimś czasie się odezwali, przyjechałem na nagrania próbne i już zostałem.

Co czujesz, gdy wychodzisz na scenę? Czy miewasz jeszcze tremę?

Tak, zawsze. Chyba, że jest to spektakl, który gram kilka dni z rzędu. Przed Notre Dame de Paris zawsze mam stres. To jest duża odpowiedzialność, więc odczuwam ją przed każdym wyjściem na Czas Katedr, na I akt. Pilotów już tyle razy zagrałem, gram czasami po kilka spektakli z rzędu, więc zdarzają się spektakle, że już praktycznie nie czuję tego stresu i wtedy gram już totalnie na luzie. Jak czuję, że wszystko się zgadza, mam formę wokalną i tak dalej, to rzeczywiście się zdarza, że nie ma stresu. A jak wychodzę na taki koncert jak dziś (wywiad był przeprowadzony po koncercie Janka w Centrum Kultury Wilanów w Warszawie w dniu 18 lutego 2018 roku – przyp. red.) to zawsze mam stres, bo to jest nowa sytuacja, zwykle nowe miejsce, nowi ludzie. Chociaż dzisiaj byłem tak zaaferowany tym, że musiałem tu przyjechać z programu (Twoja twarz brzmi znajomo – przyp. red.) i pędziłem na złamanie karku, że było naprawdę luźno. Już się bardziej stresowałem dojazdem tutaj niż samym koncertem.

Jak podobają Ci się musicale wystawiane w polskich teatrach? Czy poleciłbyś jakiś musical do obejrzenia z bieżącego repertuaru? Oczywiście oprócz Pilotów i Notre Dame de Paris.

Zawsze polecam musical Metro. Mam do niego sentyment i uważam, że to jest bardzo polski, świetny musical. Byłem na Doktorze Żywago w Białymstoku i Wiedźminie w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Bardzo podobały mi się te musicale. A tak to już dawno niczego nie widziałem, bo po prostu nie mam na to czasu. Jest dużo świetnych rzeczy. Podobno Chicago w Krakowie jest świetne, Les Miserables w Łodzi, Jesus Christ Superstar jest teraz grany w Polsce w trzech miejscach. To też jest hitowy musical, więc myślę, że warto go zobaczyć.

Czy masz swój ulubiony musical?

Nie. Mam kilka ulubionych – Nędznicy, Upiór w operze, Metro, Notre Dame de Paris, Hamilton i oczywiście Piloci. Hamiltona nie widziałem, ale znam muzykę i urywki widziałem. To jest dla mnie naprawdę sztos.

Czy pamiętasz pierwszy musical, który widziałeś na żywo?

Koty w Teatrze Muzycznym Roma. Wtedy chyba jeszcze nie chodziłem nawet do szkoły wokalnej, nie śmiałem przypuszczać nawet, że tam kiedyś będę grał główną rolę. Siedziałem w pierwszym rzędzie i byłem oczarowany takim nierealnym realizmem tego świata. W takim sensie, że jest to taka bajka, ale ten magiczny świat wydawał mi się tak prawdziwy, że zupełnie przepadłem. Przykładowo, Koty podchodziły do nas, dźgały nas włóczniami i zabierały torebki, a ja byłem totalnie oczarowany. Przez dwa tygodnie po spektaklu nie mogłem się otrząsnąć.

Masz świetny kontakt z fanami, którzy Cię wspierają. Organizują koncerty, plakaty, promocję, przypominają o ważnych sprawach, a nawet szukają miejsca do nagrania teledysku. Jak do tego doszło?

Tak, rzeczywiście bywały takie sytuacje. Wydaje mi się, że działa to na takiej zasadzie, że jeśli dana osoba wykazuje dobrą wolę i ta druga strona oddaje tę dobrą wolę. Jak okazujesz drugiej osobie pozytywne emocje, to potem wracają one do Ciebie i to się tak napędza. Na przykład, komuś odpiszę na wiadomość, potem po koncercie zamienimy dwa słowa, a potem nagle ta osoba pyta się czy mi nie pomóc w czymś. Dochodziło do tego, że ktoś był dla mnie początkowo obcą, później stawał się tzw. fanem i następnie przeradzało się to w znajomość. Bardzo doceniam takie osoby. Nie wchodząc w szczegóły, to naprawdę wiele osób pomogło mi w wielu rzeczach. Miałem mnóstwo takich sytuacji. Warto ludziom oddawać dobro.

O jakiej roli teraz marzysz?

Sprzed nosa umknęła mi rola Mariusa w Les Miserables. Byłem na castingach i udało się. Niestety musiałem z niej zrezygnować na rzecz Pilotów. Kolejną wymarzoną rolą jest Raoul w Upiór w operze. Patrzę realistycznie na to, w jakim momencie jestem, jak wyglądam. Raczej nie zagram Jean Valjean’a czy Upiora, bo to jeszcze nie ten wiek czy doświadczenie. A może kiedyś zagrałbym Hamiltona (śmiech)? Mam nadzieję, że kiedyś w Polsce wystawią ten musical.

Czy zdarzają Ci się wpadki na scenie? Jeśli tak to czy pamiętasz najzabawniejszą z nich?

No, co Ty! Jestem maszyną… Jasne, że się zdarzają! Na przykład śpiewałem Czas Katedr w Notre Dame de Paris – otwarcie spektaklu, które powinno być jak u Hitchcocka, że najpierw jest mocne uderzenie, a potem napięcie musi rosnąć. Miała być dramaturgia. Wyszedłem i stwierdziłem, że zapomniałem tekstu. Za kulisami wszyscy myśleli, że ja zmyśliłem cały tekst natomiast okazało się, że do głowy przyszło mi stare tłumaczenie, które śpiewałem dziesięć lat wcześniej. Zgrabnie zaśpiewałem całą zwrotkę z kompletnie innym tekstem. Wszyscy tancerze się prawie wysypali, bo oni na konkretne słowa mają wykonać ściśle określony układ, a oni kompletnie nie wiedzieli, co ja śpiewam. Aktor, który gra Clopina już prawie padł ze śmiechu, że ja szyję coś zupełnie innego. Wtedy chyba grał Łukasz Zagrobelny. Ogólnie była śmieszna sytuacja.

Przypomina mi się jeszcze taka sytuacja. Kiedyś w studio Buffo śpiewałem piosenkę 10 w skali Beauforta, na ogromnej drewnianej łódce. Jak zaczęła się muzyka to wbiegłem na scenę, skoczyłem, w locie złapałem się masztu – by dodać dramaturgii chciałem wykonać ambitny skok Tarzana – i wykorzystując siłę odśrodkową, owinąć się wokół masztu i znaleźć się na łódce. Maszt złamał się w pół i razem polecieliśmy w dół… Piosenkę oczywiście dokończyłem jak gdyby nigdy nic. Zrobiłem niezłe show na spektaklu. Koledzy do tej pory mają ze mnie ubaw. Jak chcieli, żebym ściągnął na siebie gniew dyrektora to mówili, żeby znowu coś złamał, ale nie pokusiłem się o to nigdy więcej (śmiech).

Jesteś uczestnikiem IX edycji programu Twoja twarz brzmi znajomo. Domyślam się, że nie możesz zdradzić żadnych szczegółów, ale powiedz proszę, czym jest dla Ciebie udział w nim – przygodą, wyzwaniem?

Przygodą i wyzwaniem. Możliwością nauczenia się czegoś nowego. Jest to również szansa na poznanie ciekawych, zdolnych ludzi oraz okazją do pokazania się większej liczbie osób, co jest potrzebne w naszym zawodzie. Jest też dobrą zabawą.

Czy możesz zdradzić, jakie masz plany zawodowe na ten rok?

To, o czym już mówiłem – płyta, musical, program Twoja twarz brzmi znajomo i dużo koncertów, bo to jest dla mnie bardzo ważne. Chciałem grać dla dużej publiczności, najlepiej z zespołem, swój autorski materiał. To jest taki mój największy cel.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie autorstwa Piotra Orycha.