“Aktor potrzebuje różnych pól i wyzwań, na których może się rozwijać”- rozmowa z Agnieszką Więdłochą

Z Panią Agnieszką miałam przyjemność spotkać się przy okazji koncertu muzyki z serialu “Czas Honoru” zorganizowanego przez Operę i Filharmonię Podlaską 11.11.2016. Gorąco zapraszam do lektury rozmowy!

2
fot.M.Heller

Spotykamy się przy okazji koncertu związanego z serialem „Czas Honoru”. Tęskni Pani za Leną?

Bardzo! Grałam ją przez siedem lat. Była mi bardzo bliska – to pierwsza postać, którą stworzyłam. Czuję się z nią bardzo emocjonalnie związana, bo dałam jej wiele od siebie.

Co skłoniło Panią do zaangażowania się w produkcję?

Świetny scenariusz i pomysł na to wszystko. Byłam wtedy w szkole, więc to była dla mnie ogromna szansa, że Michał Kwieciński chciał we mnie zainwestować i powierzyć mi jedną z głównych kobiecych ról, jak i ogromne wyzwanie, ale z łatwością się zgodziłam. Trochę martwiło mnie granie w serialu, wcześniej dostałam już kilka propozycji, na które się nie zdecydowałam. Mówiłam sobie, że grać można tylko w teatrze i po prostu – być spełnionym. Później, z czasem, to się zmienia. Aktor potrzebuje różnych wyzwań i pól, na których może się rozwijać. Decyzja odnośnie serialu w mojej szkole nie była oczywista, nawet trochę kontrowersyjna. Będąc na studiach, nie mogliśmy grać w żadnych produkcjach. Musieliśmy po prostu być na zajęciach, by się edukować. Na szczęście dostałam zgodę dziekana. Chciałam grać w „Czasie Honoru”. To była bardzo mądra produkcja.

Jak to jest grać rolę usytuowaną w tak ciężkich czasach? Jak wygląda przygotowanie do tego?

Można to sobie tylko naszkicować: problem postaci, jej cechy i wkład w projekt. Wyobrazić sobie, jak było w tamtych czasach, nie sposób. Nieważne, ile książek na ten temat się przeczyta, czy ile obejrzy filmów – to są tylko nasze wyobrażenia. Na szczęście nie było mi dane przeżyć wojny. Przygotowując się wiele czytałam i oglądałam. Przede wszystkim skupiłam się jednak na mocy mojej postaci. Musiałam ją sama pokolorować oprócz tego, co dostałam w scenariuszu. Myślę, że nieważne ile filmów się zobaczy czy książek przeczyta, emocje danej postaci kreuje konkretny aktor i to właśnie on ją tworzy. Doświadczenia, które zbieramy, pozwalają nam jednak na stworzenie bohatera, ponieważ mamy z czego czerpać wiedzę.

Była Pani jedną z twarzy projektu „BohaterON”. Wielu z warszawskich powstańców idąc do walki miało niespełna 20 lat i nie wahało się oddać życia w obronie wyznawanych wartości. Co dzisiaj, po 72 latach, w Pani opinii kryje się pod terminem „patriotyzm”?

Przeczytałam ostatnio wspaniałą książkę Karoliny Lanckorońskiej „Wspomnienia Wojenne”. Ten tytuł zrobił na mnie wrażenie, które nie sposób do końca opisać – trzeba ją po prostu przeczytać. Na pytanie, czym dla niej jest patriotyzm, odpowiadała, że patriotyzmu nie można zdefiniować – każdy ma go w sobie i u każdego może wyglądać inaczej. Opisywanie swojego patriotyzmu wkracza w wolność i przestrzeń drugiego człowieka, który może mieć na to zupełnie inne spojrzenie. Dla mnie to po prostu coś, z czym się rodzimy, bo przynależymy do danego miejsca i tradycji.

Przejdźmy do patriotyzmu lokalnego. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że mimo przeprowadzki do Warszawy, serce zostało w Łodzi. Co jest najpiękniejszego w tym mieście?

Wszystko! Przede wszystkim ludzie i miejsca. Łódź jest trudnym miastem, ale niezwykle ciekawym. Odkrywanie jej jest absolutnie fascynujące, szczególnie teraz, kiedy się rozwija i powstają fantastyczne miejsca. To po prostu świetna przestrzeń do życia i staje się coraz lepsza, co mnie bardzo cieszy. Można tu pysznie zjeść, czy napić się dobrej kawy, iść do świetnego kina „Charlie” czy Teatru Jaracza (śmiech). Jest tego trochę.

Co daje Pani Łódź czego nie ma Warszawa i co daje Pani Warszawa, czego nie ma Łódź?

Łódź daje mi spokój i bezpieczeństwo, czego nie mam w Warszawie. Pojawiając się gdzieś w Warszawie, nigdy nie wiem, czy za rogiem nie czają się paparazzi, by zrobić mi zdjęcie w całkiem zwyczajnej sytuacji i dopisać do tego wiele emocjonujących historii, sama nie wiem jakich. W Łodzi nie muszę się o to martwić i to jest wspaniałe. Mam tutaj również rodzinę i przyjaciół, więc czuję się u siebie. Z kolei Warszawa daje mi dynamikę – w tym mieście można się rozwijać. Jest wiele przeróżnych inicjatyw, wystaw czy koncertów. To jest przywilej stolicy, do czego Łódź aktualnie pretenduje.

Jak narodziła się  Pani miłość do grania?

To się w sobie ma – nie da się tego wyszkolić ani wyrobić. Wrażliwość odziedziczona po mamie na pewno była swego rodzaju ułatwieniem do wykonywania mojego zawodu, chociaż nie jest niezbędna.

Wróćmy więc do czasów batalii między aktorstwem a stomatologią. Jak wiemy, zwyciężyło aktorstwo. Jak wspomina Pani PWSFTViT?

Świetnie wspominam pierwszy rok. Był wyjątkowy – zżywaliśmy się wtedy z sobą i chcieliśmy być razem. Później trzeba było w większości rozwijać się indywidualnie. Jednak te początki, kiedy zaczynaliśmy się dopiero bawić aktorstwem i uczęszczaliśmy na zajęcia, na których nie wiedzieliśmy jeszcze, co konkretnie robić, były czasem swego rodzaju fascynacji. Bardzo lubiłam egzaminy – przygotowywaliśmy się do tego pół roku. Wytwarzała się wtedy niezwykła atmosfera, która towarzyszy teatralnym spektaklom. Bardzo to lubię.

Ma Pani za sobą wiele ról teatralnych, jak i filmowych. Co jest przyjemniejsze – gra przed kamerą czy na teatralnych deskach?

Nie da się tego określić, czy dokonać selekcji. To dwa różne światy, które się dopełniają.

Z którą z dotychczasowo zagranych postaci najtrudniej było się rozstać?
Nie chcę kłamać, że ze wszystkimi, bo kilka razy zdarzyło się, że z pewnych względów nie było to trudne – na przykład kiedy nie czułam jedności z kreacją w spektaklu, więc nieszczególnie lubiłam to grać. Jednak z większością było ciężko.

Z tego, co wiem, marzy Pani o graniu u Smarzowskiego. Co urzeka Panią w filmach pana Wojciecha?

Naturalizm. W bardzo konkretny i mocny sposób dotyka trudnych problemów i nie ucieka się do kompromisów. To ciężkie kino. Zagrać kobietę u Smarzowskiego jest ogromnym wyzwaniem dla każdej aktorki i to jest fascynujące.

A skąd wzięła się fascynacja południowokoreańskim kinem?

Obejrzałam „Memories of Murder” Bong Joon Ho,  a później „Mother” tego samego reżysera. Po prostu – zakochałam się – w sposobie grania, myślenia czy prowadzenia postaci, scenariusza. Tak się zaczęło.

Porozmawiajmy o szkole muzycznej –  marzyło się Pani zostanie Chopinem w spódnicy?

Nie, dlatego moja przygoda ze szkołą muzyczną była krótka – to była tylko szkoła I stopnia. Zrobiłam to w dużej części dla siebie. Byłam mała, ale rozumiałam już, że jakakolwiek umiejętność czegokolwiek w życiu jest przydatna (śmiech). To było ciekawe doświadczenie, natomiast pianino z pewnością nie było moją pasją

Mówi Pani o sobie: „prawdziwa rockowa dziewczyna”. Cieszy mnie, że w końcu  mogę porozmawiać z kimś, kto ceni COMĘ tak, jak ja. Zdarza się Pani chodzić jeszcze na koncerty Roguckiego z Zespołem? Słyszała Pani nową płytę, jak wrażenia?

Niestety nie, chociaż jestem na nie często zapraszana. Teraz mam możliwość wejścia na scenę czy do garderoby, by po prostu z nimi porozmawiać. To niezwykle przyjemny przywilej, który zyskałam dzięki swojej pracy. Zabawne, że przeszłam taką drogę i teraz mogę z nimi normalnie pogadać i mówić im o tym, jak ich podziwiam. Jednak od dawna nie miałam okazji z tego skorzystać, bo grają zawsze wtedy, kiedy nie mogę! (śmiech)

Wiele portali pisze o Pani jako o polskiej Audrey Hepburn i wychwala hollywoodzką urodę. Zdania artystów co do tego, czy wygląd pomaga, czy nie, są podzielone. A jak jest u Pani? Czuje się Pani szczęściarą?

Wydaje mi się, że to bardzo względne, jeśli chodzi o wygląd – ilu ludzi, tyle gustów. Nie ma jednej ikony piękna, dla każdego oznacza to coś innego. Mówi się, że aktorkom pomaga tzw. klasyczna uroda – nie wiem. Z tego, co widzę, bardziej poszukiwana jest charakterystyczność.

 Jakie są Pani plany zawodowe na najbliższe miesiące?

Zaczęłam pracę nad nowym spektaklem w Łodzi – „Czarownice z Salem” w reż. Mariusza Grzegorzka. To będzie niezwykła podróż. Gram Abigail, która jest fascynującą postacią na granicy szaleństwa i zła. Bliżej wakacji zaczynam film, później szykuje się kolejny . Są plany na następną część „Planety Singli”. O nudzie na ten czas nie mogę mówić. A ja bardzo lubię swoja pracę.

17. Na koniec sprawa chyba równie ważna w Pani życiu co aktorstwo, prawda? Mianowicie działalność charytatywna. Ambasadorowanie „Kolorowemu Światu”, udział w biegach i meczach charytatywnych… Ma Pani poczucie misji propagowania pomocy związane ze swoją pozycją i rozpoznawalnością?

MISJA TO TAKIE DUŻE, MOCNE SŁOWO. BOJĘ SIĘ GO UŻYĆ. ALE JEST potrzeba oddania dobra, które się cały czas dostaje od świata i ludzi, albo dojrzewa się do tego później. Myślę, że każdy z nas ma coś takiego w pewnym okresie. Nie wiem kiedy i dlaczego to się zaczęło, ale to na pewno ważna część mojego życia. Mam poczucie, że jeśli mogę coś zrobić dzięki mojej rozpoznawalności i zaufaniu, które wzbudzam, by zachęcić ludzi do wsparcia fundacji, której pomagam, to to jest ogromna wartość. Zaskoczyła mnie wypowiedź Rachel Weisz, kiedy stwierdziła, że nie jest pomocą charytatywną, a  wciąż czuje się przede wszystkim aktorką. Trochę mnie to zdziwiło, ale z drugiej strony dało mi to poczucie, że każdy z nas ma swoją drogę i to cudowne, że ludzie nie robią czegoś na siłę, bo tak wypada.

____

Rozmowa : Zuzanna Iwanowska

Zdjęcia : M. Heller