WEEKEND W BAŚNIOWEJ PYRLANDII. PYRKON 2017

Pyrkon 2017

Pyrkon. Konwent miłośników świata fantastyki. Jedna z największych tego typu imprez w Europie. Od lat marzyłem, żeby móc się na niej pojawić. Jednak albo brakowało mi czasu albo pieniędzy lub znajdował się inny powód. W tym roku postanowiłem, że będzie inaczej! Składam wniosek o przyznanie akredytacji prasowej. Pytam przyjaciółki z redakcji o możliwość noclegu. Na tydzień przed imprezą otrzymuję z biura prasowego konwentu informację, że została mi przyznana akredytacja! A więc jadę do Poznania. Przyjeżdżam już w czwartek 26 IV, aby móc od samego rana zorientować się w przestrzeni imprezy – wszak to mój pierwszy raz.

Nazajutrz docieram na Międzynarodowe Targi. Udaję się do odpowiedniego wejścia, gdzie przyznany mi zostanie pakiet dla przedstawiciela prasy. Zaraz za wejściem północnym znajduje się Pawilon 5, gdzie umieszczono Krainę Wystawców. 

Kraina Wystawców

Najpotężniejsza hala na Pyrkonie. Kraina Wystawców. Miejsce, gdzie wydawcy gier planszowych, książek, filmów, twórcy komiksów, artyści, rzemieślnicy, a nawet organizatorzy wycieczek tematycznych pokazują pyrkonowiczom swoje towary… Najbardziej interesująca dla mnie jest Strefa Mini Aleja Artystów. Jednym z tych artystów jest Jaroński. Twórcy tacy jak on sprzedają swoje dzieła, opatrują autografami, rozmawiają z fanami. I ja postanowiłem porozmawiać z człowiekiem, którego fanpage na facebooku śledzę już od dłuższego czasu.

W sobotę też sobie siedzimy.

Publiée par Jaroński sur Samedi 29 avril 2017

Czym jest twoja sztuka?

– Ja na to mówię gry słowne. Czasami moje dzieła mają formę komiksu, ale przeważnie ta forma jest jedynie pretekstem do stworzenia przeze mnie gry słownej. Najogólniej powiedziałbym, że są to ilustracje od strony plastycznej, od strony treści – to są gry słowne.

A skąd wziął się pomysł na tego typu twórczość?

– Ja nie jestem jedynym, który robi tego typu rzeczy. Nawet w Polsce, na przykład autor Wilq’a stosuje podobne gry słowne. Poza tym na zachodzie mówi się na to kalambur – pun. Jest to forma gry słownej polegająca na dostrzeganiu podobieństw pomiędzy poszczególnymi wyrażeniami. Nie mylmy tego z kalamburami – grą towarzyską. Tak na marginesie dużo osób wysyła mi propozycje, których sami nie potrafiliby narysować. Co prawda nie korzystam z tych pomysłów, ponieważ chcę, żeby była to całkowicie moja twórczość, aczkolwiek to świadczy, że nie jestem w tym  pomyśle sam.

– Czy masz jakieś plany na przyszłość związane z Twoimi ilustracjami? Czy to, co tworzysz, może się jeszcze jakoś rozwinąć?

– Z czasem, kiedy tworzę, powstają pewne autorskie postacie. Na przykład Coś, jest Pies, są goście, których nie nazwałem jeszcze, ale też co chwilę się pojawiają. Być może zaczną powstawać jakieś fabuły oparte na tych postaciach.

Poza tym nie mam jeszcze w głowie żadnej fabuły dla dzieci, ale faktycznie, gdybym miał coś do opowiedzenia w tym temacie, to chętnie podjąłbym się tego zadania. Przy czym to, co tworzę, to rzeczy dosyć ulotne, a najmłodszym trzeba opowiedzieć jakieś fajne historie.

– To, co tworzysz, to dosyć  krótkie formy …

– Tak. Ponieważ moja sztuka nie polega na przekazaniu czegoś widzowi. Chodzi tylko o to, żeby zobaczył moją ilustrację, rozgryzł kalambur i tym się cieszył. Za ich pomocą nie mam nic do powiedzenia. Przede wszystkim to jest zabawa słowem. Może czasami pewne rysunki mają coś związanego z rocznicami historycznymi.

– Przy okazji zapowiedzi akcji crowfoundingowej na Patronite, mówiłeś coś o animacjach. Czy ten pomysł cały czas jest aktualny?

– Co do Patronite, to faktycznie nie zainwestowałem dosyć uwagi w to przedsięwzięcie. Zatem Patronite i animacje raczej nie wyjdzie. A animacje w ogóle? Możliwe. Aczkolwiek w tej chwili o tym nie myślę. Teraz przede wszystkim skupiam się na jakichś paskach, które byłyby osobną twórczością, nie byłyby to rzeczy, w których ukrywałbym historyjki. Być może absurdalne, ale niezwiązane z grami słownymi.

– Czy cały czas chcesz funkcjonować tylko w internecie, czy myślisz o pojawieniu się w innych mediach, np. prasie?

– Czasami mam zlecenia stworzenia ilustracji, gdzie mogę wykazać się jako rysownik. Ale raczej staram się nie narzucać innym mediom.

– Rozumiem. Dzięki za miłą rozmowę.

Na pamiątkę tego miłego spotkania postanawiam wybrać sobie jeden z plakatów. Mój ulubiony. Jego zagadkę spróbujcie rozgryźć sami 🙂

https://www.facebook.com/panjaron/photos/a.433411493494825.1073741828.433254330177208/776055195897118/?type=3

Hala Gier Elektronicznych

Miejsce, w którym chyba najbardziej cieszyłem się z posiadania akredytacji prasowej na Pyrkon. Zostaję zaproszony przez jednego z wystawców do jego stoiska.  Podaje mi swoją wizytówkę – ma na imię Rafał i jest przedstawicielem firmy Fat Dog Games. Widząc, że jestem przedstawicielem mediów pyta, czy może nie piszemy czegoś o grach. Ja mówię, że owszem, co prawda nie jestem z redakcji gier, ale chętnie wezmę wizytówki i ulotki dla moich kolegów. On opowiada mi o swojej grze. Jest to przygodówka utrzymana w konwencji horroru.

Siadam przed komputerem, zakładam słuchawki i klikam nowa gra. Na ekranie pojawia się dziwne pomieszczenie. Moja postać znajduje się w jakiejś ruderze. Rozglądam się dookoła.  Ze ścian wystają jakby fragmenty obelisków. Tuż pod sufitem lewitują beczki, niektóre walają się po podłodze. Po mojej lewej stronie znajduje się wejście do innego pomieszczenia, z którego mogę przejść jeszcze dalej, spotykam jednak pewną przeszkodę, w postaci dwóch ułożonych na sobie poziomo obelisków. Chwytam jedną z beczek, stawiam tuż pod nimi. Wskakuję na beczkę, z beczki na obeliski i już jestem po drugiej stronie. Każde kolejne pomieszczenie to coraz trudniejsza zagadka. Cały czas nie wiem, gdzie znajduje się moja postać. Poruszam się po odrapanych, ciemnych korytarzach, wspinam po schodach z lewitujących mebli. Wciąż szukam kolejnych przejść, cały czas ze świadomością, że za chwilę…! Cóż… Sprawdźcie  sami 🙂 Gra nazywa się Inner Voices, a jej producentem jest Fat Dog Games.

Uf, uf, uf! Nowe zdjęcia i każde opisane!Czytać, podziwiać i czekać – bo pewnie jeszcze przylecą nowe =)https://www.facebook.com/media/set/?set=a.287080265072348.1073741831.277902699323438&type=1&l=c16b04ba40

Publiée par Fat Dog Games sur Dimanche 30 avril 2017

Podobnych spotkań z producentami gier, zwłaszcza tych niezależnych, miałem naprawdę mnóstwo. To wszystko w małym skrawku potężnej hali poświęconej grom elektronicznym.

Podchodzę do jednego z większych stoisk w pawilonie – Asus Republic of Gamers. Tutaj gracze mają okazję zmierzyć swoje umiejętności w różnego rodzaju strzelankach i zręcznościówkach. Moją uwagę przykuwa stanowisko z headsetem wirtualnej rzeczywistości. Jeden z graczy ma na głowie okulary VR i słuchawki. W dłoniach dzierży kontrolery. Na ekranie nieopodal wyświetlane jest to, co on widzi swoimi oczyma. Ustawiam się w kolejce, żeby samemu spróbować gry. W końcu przychodzi kolej na mnie. Asystent z Asus pomaga mi założyć okulary i słuchawki, wręcza kontrolery do rąk. Kilka kliknięć jednym z nich i uruchamia się gra.

Stoję na klifie. W dłoniach trzymam coś w stylu dwóch futurystycznych paletek tenisowych. Jedna jest niebieska, druga pomarańczowa. Patrzę przed siebie. Od razu dobrze wiem, do czego są mi potrzebne te paletki. W moją stronę zmierza mnóstwo pomarańczowych i niebieskich kul farby. Widzę je już z oddali, tuż nad horyzontem, nieubłaganie się do mnie zbliżają. Moim zadaniem jest odbijać kule odpowiednimi paletkami. Bardzo prosta idea. Wykonanie już nie. Bańki nadlatują z różnych stron. Jestem zmuszony krzyżować ręce, to znowu je rozprostowywać, cały czas obserwowując, z której strony pojawi się najbliższa kula farby. Walczę przez kilka dobrych minut, dopóki kilka razy nie obrywam. To było moje pierwsze doświadczenie z VR.

Myślę, że ta technologia wciąż jest w fazie testów i eksperymentów, zwłaszcza jeżeli chodzi o propozycje dla graczy. W każdym razie jestem pod wrażeniem tej nowoczesnej formy zabawy.

Blok Gier bez Prądu

Wchodzę do ogromnej hali. Przede mną szeregi stolików, przy których siedzi masa ludzi w różnym wieku. Na tych stolikach feeria barw – porozkładane zestawy gier w najróżniejszych kształtach i rozmiarach. Niektóre są bardzo proste, składają się wyłącznie z zestawu kart. Inne posiadają rozbudowane plansze: mnóstwo kolorowych pionków i figurek, które prezentują się tak pięknie, że z powodzeniem stanowiłyby element małej wystawy na półce swojego posiadacza. Znajdziemy w nich kostki – i to nie tylko standardowe, sześcienne, ale i cztero-, ośmio-, dziesięcio-, dwunasto- i  dwudziestościenne – jak i żetony służące do podliczania punków.  Siedzący przy nich gracze dyskutują ze sobą, bądź skupieni są na grze.

Przechodzę między stolikami i kieruję się pod stoisko wypożyczalni znajdującej się pod przeciwległą w stosunku do wejścia ścianą. Najpierw muszę się zarejestrować. Ustawiam się w kolejce prowadzącej do stolika, przy którym siedzi dziewczyna w pomarańczowej koszulce wolontariusza imprezy. Podaję swój identyfikator: dokument ze zdjeciem. Szybki skan numeru mojego identyfikatora i już mogę przechodzić do jednej z kolejek do odbioru gier. Są dwie. Wiem, co chcę wypożyczyć  Nie wiem, co chcę wypożyczyć. Ponieważ nie jestem zaprawionym graczem, wybieram tę drugą. Opowiadam wolontariuszowi, w jakie gry dotychczas grałem i które z nich mi się spodobały. Proszę o coś podobnego. Dostaję pudełko z Patchworkiem. Jako że przyszedłem sam i nie mam z kim grać, biorę także pomarańczowy balonik z helem – znak, że szukam partnera do gry.

Znajduję wolny stolik, rozsiadam się, rozkładam pudełko, zaglądam do instrukcji. Liczę, że osoba, która się do mnie dosiądzie, będzie potrafiła wyjaśnić mi zawiłości tej gry, ponieważ ja szybciej uczyłem się w trakcie grania niż z instrukcji. Bardzo szybko podchodzą do mnie dwie dziewczyny. Pytają, co wziąłem, czy mogą się dosiąść. Zgadzam się, ale okazuje się, że Patchwork  jest dwuosobowy, więc musimy wybrać coś innego. W tym czasie, ponieważ nie oddałem swojego balonika, przychodzi do nas jeszcze jeden gracz, tym razem chłopak. Szybko naradzamy się, co chcemy wybrać. Jedna z dziewcząt proponuje karciankę Red7. Wszyscy są otwarci na propozycję, więc ona udaje się po grę, ja wracam do punktu zwrotów oddać balonik – żeby nikt więcej już nie podchodził do naszego stolika.

Red7 okazuje się prostą grą, ale jak zwykle muszę się oswoić z zasadami rozgrywki. Dostaję zestaw kart na rękę. Mają wartości numeryczne od jednego do siedmiu. Różnią się kolejnymi barwami tęczy. Czerwone mają większą wartość niż pomarańczowe, pomarańczowe większą niż żółte itd. W kolejnych turach wykładamy swoje karty w taki sposób, żeby cały czas wygrywać. Zasada, według której wygrywa się turę, zmienia się dynamicznie, w zależności od kart wyłożonych na specjalny stosik pośrodku. Przez pierwsze kilka tur proszę innych graczy o pomoc, wyjaśnienie niezrozumiałych dla mnie zasad, ale w pewnym momencie coś we mnie zaczyna stykać i zaczynam grać już sprawnie. Dzieje się tak prawie za każdym razem, kiedy poznaję nową planszówkę lub karciankę. Zawsze lubię ten moment.

W czasie rozgrywki rozmawiamy. Opowiadamy o tym, co robimy na co dzień. Mówimy o swoich studiach, miastach, z których pochodzimy, zainteresowaniach. Z całej grupy jestem jedyną osobą, która po raz pierwszy przybyła na Pyrkon.  Pytam, jak długo przyjeżdżają, co najbardziej ich interesuje, co ciekawego powinienem tutaj zobaczyć. Rozgrywamy kilka tur, nawet udaje mi się wygrać jedną z nich. Po jakimś czasie rozchodzimy się, każdy w swoją stronę. To było miłe spotkanie.

Fantasium Creatium

Pyrkon to nie tylko spotkanie twórców z fanami. To również okazja dla fanów, do wykazania się swoją twórczością. Stąd w ramach Pawilonu 8 przestrzeń Fantasium Creatium. Jak sama nazwa wskazuje, jest to miejsce, gdzie swoje wystawy i projekty prezentują twórcy – fani fantastycznych światów. Ja skupiłem się na ostatnio najbliższym mi uniwersum Odległej Galaktyki.

Szlakiem Gwiezdnych Wojen

Stoję przed wrakiem TIE-fightera Najwyższego Porządku. Para jego sześciobocznych skrzydeł jest zmiażdżona, prawdopodobnie od silnego uderzenia w fragment pustyni, na którym spoczywa. Jest to model wykonany przez zespół NoCrew. Jak mówi jeden z jego twórców, pan Dariusz Radek, budowa repliki, w której brało udział około dziesięciorga osób (w większości dzieci i młodzież w wieku gimnazjalnym), trwała ponad miesiąc. Specjalnie na Pyrkon myśliwiec przywieziono ciężarówką. Muszę przyznać, że prezentował się niesamowicie.

Przechodzę do Strefy Fantastycznych Inicjatyw. Cały czas pozostajemy w klimacie Star Wars, ponieważ na Pyrkon przyjechało kilka grup fanów Odległej Galaktyki. Jedno ze stoisk przypomina wojskowe obozowisko. To Manda’Yaim – Polska Społeczność Mandalorian. Grupa udziela się na konwentach w Polsce i nie tylko. Polscy Mandalorianie własnoręcznie wykonują pancerze takie same jak te, które nosili rodacy Bobba Fett. Ponadto prowadzą stronę internetową, na której  można znaleźć podręczny słowniczek języka mandalorskiego, informacje o konwentach fantasy, w których biorą udział, recenzje komiksów i książek oraz zapowiedzi wydarzeń, które w większym, bądź mniejszym stopniu wiążą się z ich ulubionym uniwersum.

Tuż obok stoisko ma grupka przebranych w ciemne szaty wojowników. To Brotherhood of the Sith – miłośnicy Gwiezdnych Wojen skupieni wokół najmroczniejszego ugrupowania w historii universum. Podobnie jak Mandalorianie, spotykają się głównie za pośrednictwem Sieci, tak samo nie stronią od cosplay’ów tudzież stylizowanych przebrań w konwencji zakonu Sithów. Ponadto pojawiają się na szeregu konwentów bądź organizowanych przez nich samych zjazdów. Na stronie internetowej www.sith.pl można przeczytać o filozofii, historii i poszczególnych przedstawicielach tej organizacji.

Zarówno Mandalorianie, jak i Sithowie, to przede wszystkim fani sagi o Odległej Galaktyce. Do serii filmów, książek, komiksów i innych dzieł podchodzą z przymrużeniem oka – jak do okazji do świetnej zabawy i poznania nowych przyjaciół o wspólnych zainteresowań.  Do jednej z tych organizacji zamierzam wstąpić. Do której? Być może dowiecie się wkrótce…

Potwierdzamy, że faktycznie Brotherhood of the Sith jako nasz wasal jest twardym negocjatorem. 😉

Publiée par Manda`Yaim sur Dimanche 30 avril 2017

Pawilon 15

Pawilon 15, czyli przestrzeń, gdzie rozmaici prelegenci – pisarze, aktorzy, rysownicy, reżyserzy – wygłaszają swoje prelekcje dla uczestników Pyrkonu. I chociaż wybór jest naprawdę szeroki, to kolejki na poszczególne wykłady są ogromne. Uczestnicy, niektórzy przebrani w cosplaye, czekają nawet pod salami, w których już odbywają się wykłady, mając nadzieję, że choć jedna osoba zwolni miejsce. Mnie udało się wejść na jedną z tych prelekcji.

Fantastyka a przyszłość: trafienia i pudła

Wybrałem ten wykład, ze względu na interesujący temat. Nie miałem pojęcia, kto go wygłosi. Prelegentem okazał się Krzysztof Piskorski, autor książek i laureat nagrody im. Zajdla z 2013 roku za powieść Cienioryt.

– 10 IV 2017 roku zgodnie z fabułą filmu Replikant powinien pojawić się na świecie klon człowieka – rozpoczyna swój monolog młody mężczyzna stojący na katedrze – wedle naszej najlepszej wiedzy wciąż jeszcze nie sklonowano człowieka.

Na podwieszonym na ścianie ekranie pojawia się słynny mem. Zdjęcie czytnika e-booków, na którym wyświetla się cytat ze Stanisława Lema o książkach przyszłości – kryształkach z utrwaloną treścią, które miałyby być odczytywane za pomocą specjalnych czytników, których opis łudząco przypomina współczesne nam Kindle. 

Następny slajd. Tym razem okładka książki Juliusza Verne’a Paryż XX wieku.

– Wydawca odradził Juliuszowi Verne wydawanie tej książki, ponieważ jej przygnębiający ton i wyobrażenie świata, w którym liczy się tylko nauka, nie zachęciłyby czytelników do jej zakupu – mówi Piskorski – Verne nakreślił świat, w którym księgarnie przepełnione są podręcznikami, świat, w którym nie ma miejsca na sztukę. Tu się mylił. Ale jednocześnie udało mu się przewidzieć tramwaje, coś w stylu telewizji czy muzyki elektronicznej.

Nasz prelegent prezentuje kolejne zdjęcia okładek, plakatów, ilustracji i fotosów filmowych. Wraz ze swoimi słuchaczami zastanawia się, gdzie udało się autorom science fiction przewidzieć przyszłość.

Wniosek z wykładu okazał się bardzo interesujący. Futurolodzy trafiali wtedy, kiedy starali się przewidzieć ludzkie potrzeby – np. nowoczesne formy transportu czy komunikacji. Za to próba przewidzenia obyczajów – np. odrzucenia sztuki kosztem całkowitego skupienia się kultury na nauce – okazały się błędne.

Oprócz wykładów i prelekcji, Pawilon 15 gościł wystawę modeli i strojów rodem ze Star Wars, których galerię prezentuję poniżej:

Pyrkon 2018

Pyrkon to, nie boję się użyć tego słowa, POTĘŻNA impreza. Przez niemal trzy dni doznawałem takiego mnóstwa atrakcji i wrażeń, że nie jestem w stanie ich wszystkich opisać. A ponieważ pojechałem tam sam, to mogę wam opisać naprawdę małą część tego, co się podczas niej dzieje. Dlatego za rok udamy się tam, jako redaktorzy Kulturalnych Mediów, w większej ekipie. Mamy nadzieję, że następny Pyrkon będzie równie – jeżeli nie bardziej – pasjonujący.

http://pyrkon.pl/2017/

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o