Katharsis, nie reakcja – czyli o pewnych spektaklach The Best OFF

Całe życie w dresach, fot. P. Bedliński

W miniony weekend, 11-13 maja, w Poznaniu można było zobaczyć spektakle (Come True, Całe życie w dresach, Nie mów nikomu) wystawiane w ramach konkursu The Best OFF. Ów konkurs dopiero rozpoczyna swą karierę, trwa bowiem jego pierwsza edycja, lecz już można mówić o jego sukcesie – nadesłano nań ponad 200 zgłoszeń z całej Polski!

Z tych ponad 200 zgłoszeńna The Best OFF wybrano 21 dzieł, które dopuszczono do finału, by pomiędzy marcem a czerwcem 2018 grano je na najróżniejszych polskich scenach. Z tych 21 pozycji wyłoniona ma zostać najlepsza.

Trzy z nich, jak już wspomniano, zagrano w Poznaniu. Wszystkie one w jakiś sposób dotyczyły fikcji. Piątkowe Come True odcinało się od teatralnego udawania, by stać się “true”. Sobotnie Całe… klasyfikuje się jako spektakl non-fiction. Tak samo też jest z Nie mów… Ziajskiego. Można by nawet powiedzieć, że wspomniane trzy z nich z ową fikcją walczą – Come True w celu stworzenia prawdy na deskach teatru, Całe… w celu terapeutycznym, Nie mów… zaś w celu poprawienia sytuacji głuchych w Polsce.

Reakcja zaczyna się

Uderzające mogą się wydawać słowa zapowiedzi Come True. Aktorzy udają, by widzowie poczuli autentyczne emocje. Udają. Tymczasem wielu odbiorców teatru decyduje się rozwijać to zainteresowanie właśnie w poszukiwaniu prawdy. Tego, co starożytni Grecy zwali katharsis, oczyszczenie. Słowa zapowiadające piątkową inscenizację w bardzo ciekawy sposób reagują z przedstawieniami z soboty i niedzieli.

Choć, jak już powiedzieliśmy, te dwa spektakle, wystawiane w ramach The Best OFF, mają ze sobą coś wspólnego (mają nawet więcej, niż powiedzieliśmy!), to zdają się reprezentować różne podejścia do teatru non-fiction. Non-fiction, czyli bez fikcji, a więc bez udawania.

Nie mów nikomu, źródło: scenarobocza.pl

Reakcja rozwija się

Właśnie tak jest w wypadku Nie mów…. W tym dziele nikt nie udaje – Ziajski to człowiek próbujący skontaktować się z głuchymi, a głusi są naprawdę głusi. Opowiadają swoje prawdziwe historie, ulegając prawdziwym emocjom – widać je w ich ruchach, w mimice. Niejednokrotnie są pełni złości, że nie mogą zupełnie normalnie funkcjonować w społeczeństwie – bo ono traktuje ich jak głuchoniemych, bo ani na uczelniach, ani w aptekach nikt nie przejmuje się językiem migowym.

Jednak nieco inaczej sprawy rysują się w Całym…. Wchodząc na salę, byłem świadom powagi tematu. Obawiałem się, że przygniecie on swoim ciężarem wszelkie próby artystycznego wyrazu. Ogromnym było moje zdziwienie, kiedy zdałem sobie sprawę, iż przez cały monodram Justyny Tomczak-Boczko nie przewinęła się ani jedna scena mogąca zostać uznaną za brutalną w swym psychologicznym aspekcie. Aktorka nie stworzyła dzieła, by atakować kogoś swym życiem, by wykrzyczeć, jak jej ciężko – jej dzieło to walka i droga do szczęścia. Droga pełna zwiewności, humoru i dobrze akcentowanych środkami scenicznymi myśli. Droga potrafiąca dotkliwie ukłuć nawet sceptyka.

Zastanawia, dlaczego na mnie Całe… podziałało znacznie mocniej, niż Nie mów…. Czyżby Justyna lepiej udawała?