Wróg, którego nie ma

Wróg, którego nie ma.
fot. włodi/flickr

Lubię przeglądać strony z informacjami o muzyce. Zwłaszcza komentarze, jakie pojawiają się pod postami na Facebooku. I tak często pod kolejną informacją na cięższym fanpage’u, niepochodzącą z obozu rockowo-metalowego, widzę niepochlebne opinie. Kim jest ten człowiek i co robi na stronie poświęconej rockowi? Musimy pokonać wroga, wpychającego się w nasze tereny. Wroga, którego nie ma.

To ta wojna, którą musimy wygrać

Walka ta trwa nieprzerwanie od wielu lat. Przypomina trochę okopy podczas I Wojny Światowej. Jest ich jednak więcej niż dwa, a każda osoba znajdująca się w jednym z nich pruje do wszystkich innych. Takie battle royale melomanów. Z jednej strony karabiny ładowane są słowami, że rap to nie muzyka. Po drugiej stronie opinie, że metal to tylko darcie mordy, zło i szatan. Z jeszcze jednego okopu mamy krzyki, że dzisiejszy pop jest nie do zniesienia, a muzyka skończyła się na Beatlesach. Ciężko zabić kogoś opiniami, mimo tego każda z grup jest nastawiona na anihilację przeciwników.

Wiele lat sam się z tym zmagałem. Tak jak ci ludzie z komentarzy pod newsami wspomnieni wyżej siedziałem w metalowym okopie. Prułem do popowców, że to nie sztuka. Do hiphopowców, że ich muzyka polega na powtarzaniu jednego słowa w kółko w dziwacznym rytmie. Walczyłem dzielnie, ale za jaką cenę?

Syndrom sztokholmski

Moim narkotykiem z wyboru był Skillet. Pierwszy zespół, którego tak naprawdę słuchałem. Potem poszło z górki – Muse, Green Day, Billy Talent. Zaczęły się cięższe brzmienia – wielka czwórka, Motorhead, Iron Maiden. W moim mniemaniu to była prawdziwa muzyka. Bo przecież gdyby taki Beethoven, czy Mozart żyli, tworzyliby metal, nie? Tak mi powiedziały filmy na YouTube. A w komentarzach wszyscy zachwyceni i potwierdzają, że to właśnie ciężka muzyka jest najlepsza.

Nikt mi nie zabraniał słuchać innych rodzajów muzyki. To ja sam tego nie chciałem siedząc w swoim własnym błocie. Tak bardzo uwielbiałem tę mentalność, która ograniczała mnie, tak bardzo lubiłem swój karabin, z którego strzelałem do ludzi słuchających czegoś innego. W pewnym momencie jednak to właśnie moje przeświadczenie o słuszności moich poglądów mnie zgubiło. Przypadkowo wyszedłem z okopu, w końcu zobaczyłem świat z innej perspektywy.

Pierwsze wyjście z mroku

Otwierając się na inne gatunki muzyki, jedynie zyskałem. Zaczęło się od potajemnego słuchania Eminema. Zapisałem piosenki na specjalnej playliście. Nie dodam ich do ulubionych. Przecież to rap, a ja jestem metalem. Mam słuchać jednego rodzaju muzyki. Przełom przyszedł wraz z zainteresowaniem progowymi grupami nie grającymi rocka czy metalu – co chwilę pojawiały się pytania. Jest może progresywny pop? Progresywny rap? A może progresywny punk? Tak trafiłem na Death Grips, grupę mieszającą tyle gatunków, że ciężko mi określić co grają. Na pewno mają element hiphopowy w postaci MC Ride’a i jego rapu.

Potem zobaczyłem, że ludzie szaleją za nową piosenką Kendricka Lamara. Słyszałem o człowieku, ale nie słuchałem jego muzyki. Kilk, klik, odtwórz. Do tej pory znam HUMBLE. na pamięć. Było to trochę jak wyjście z jaskini Platona, gdzie obserwowałem cienie muzyki, jakim jest ograniczanie się do jednego gatunku. Wychodząc z tego mentalnego okopu zrozumiałem, jak głupie jest siedzenie w nim.

Rozejm bożonarodzeniowy

Pierwsza wojna światowa miała potrwać kilka miesięcy. Gdy nadeszła gwiazdka 1914 żołnierze z obu stron walczący pod Ypres zawiązali rozejm. Na kilka dni zawiesili broń, pozostawili okopy za sobą. Razem śpiewali, życzyli sobie szczęścia, charatnęli nawet w gałę. Przenieśmy ten rozejm na pole bitewne muzyki.

Tego wroga, z którym zacięcie walczy człowiek skupiony na swoim wybranym gatunku tak naprawdę nie ma. Bo po drugiej stronie siedzi taki sam człowiek z krwi i kości, tak samo cieszący się ze swojej ulubionej muzyki.

To, że serwis okołorockowy napisze czasem o popowym artyści, albo hiphopowcy napiszą o metalu, świadczy jedynie o tym, że można się dogadywać i godzić różne brzmienia. Serwis nie schodzi na psy poszerzając swoje horyzonty. Nie słyszałem nigdy o człowieku, który zeszmaciłby się od nadmiaru wiedzy. Dlaczego więc nie można szanować się na wzajem? Zaczyna się to powoli dziać. YouTube pęka w szwach od hiphopowców słuchających metalu i vice versa. Potrafią nawet wypowiadać się pozytywnie o innych gatunkach! Ludzie zaczynają wreszcie wychodzić z tych mentalnych okopów. Liczę na taki rozejm bożonarodzeniowy, z nadzieją, że potrwa dłużej niż dwa dni. O wiele, wiele dłużej.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o