Medicine wzbudza kontrowersje nową kampanią

Nieważne jak mówią, ważne że mówią. Chyba z takiego właśnie wniosku wyszła marka Medicine, reklamując swoją nową kolekcję Very Alternative Medicine. Podobno firma jest zdziwiona negatywnym odbiorem, z jakim spotkała się przyjęta przez nich kreacja marketingowa. Ale czy na pewno? Naprawdę nie dało się przewidzieć, że bagatelizowanie, a nawet wyśmiewanie śmiertelnej choroby nie spotka się z zachwytem i poklaskiem?

Medicine, uśmierza ból Istnienia. Mówi sepleniąc, uśmiechnięta Dorota Masłowska, przebrana za lekarza. Co prawda, już na samym początku spotu informuje nie jestem lekarzem medycyny, jednak cała konwencja utrzymana jest w pseudomedycznym tonie.

Przychodzi Chorąży do lekarza

Zapowiedzią nowej kolekcji specjalnej Medicine, zaprojektowanej przez Dorotę Masłowską i Macieja Chorążego, był spot przypominający reklamę Ibupromu czy innego Apapu. Z tą małą różnicą, że lekiem miały być nie tabletki, a ubrania. Natomiast usuwanym przez nie bólem, nie był ból głowy tylko… istnienia! Maciej Chorąży, w roli pacjenta, żali się jak bardzo jest mu źle, bo się nudzi, ogląda seriale i wciąż szuka czegoś na smartfonie. Na to wchodzi Dorota Masłowska w białym kitlu. Opowiadając o swoich pacjentach, którzy coraz częściej przychodzą do niej leczyć choroby cywilizacyjne, wyciąga z szafki medycznej ładnie zapakowany T-shirt i podaje go Chorążemu, informując jednocześnie że na szczęście istnieje terapia. A są nią oczywiście ubrania Medicine Znacząco wpływające na zachowanie i samopoczucie. Całość uzupełniona została o post na Instagramie, o treści:

Pora zająć się prawdziwą Medycyną! Pora na alternatywną TERAPIĘ, jakiej jeszcze nie było! Pora na ubrania, które leczą!

Lekarzu, lecz się sam!

Miał być hit, wyszedł kit, a na markę posypały się gromy. Została zaatakowana przez osoby naprawdę zmagające się z depresją, a nawet te, które nie mają z nią nic wspólnego. Zarzucały one marce, że trywializuje poważny problem jakim jest depresja, wykorzystując go do sprzedawania ubrań. Padły nawet sugestie, aby zmienić marketing, póki jeszcze na to czas. Niestety, Medicine, nie skorzystało i brnęło dalej w przyjętą kreację. To jeszcze bardziej rozwścieczyło odbiorców. Określili oni działania marki, jako żenujące i społecznie szkodliwe. Jednocześnie domagali się już nie tylko zaprzestania nieudanej kampanii, ale też przeprosin.

Sorry, not sorry

Fala hejtu, która jeszcze przed premierą kolekcji przybrała rozmiar tsunami, postawiła Medicine pod ścianą. W odpowiedzi pojawiło się oświadczenie. Miało pogłaskać wszystkich po głowach, wytłumaczyć że to tylko taki żart i trzeba się śmiać. Otrzymaliśmy coś w rodzaju – Słuchajcie idioci! Nic nie zrozumieliście. My Wam teraz, w obszernym eseju wytłumaczymy o co chodzi. Jest nam przykro i przepraszamy, że nasza reklama okazała się dla Was zbyt inteligentna. Następnie opublikowano kolejne zdjęcie utrzymane w obranej stylistyce i wypuszczono kolekcję.

Jak zawinąć g**no w papierek i udawać, że cukierek

Negatywny feedback, nie wpłynął na premierę kolekcji Very Alternative Medicine. Ukazała się zgodnie z planem, wiele przy okazji wyjaśniając. Burza, która rozpętała się w okół tych ciuchów, jeszcze zanim trafiły na sklepowe wieszaki, to najlepsze, co mogło się przytrafić ich producentom. Bez tego zamieszania, prawdopodobnie długo zalegałaby w magazynach, bo jest po prostu brzydka! No w najlepszym razie nijaka. Zwykłe T-Shirty z napisem DO IT/DON’T DO THIS, maleńkimi plamkami krwi czy nazwą kolekcji. Jest też kilka pstrokatych wzorów, i chyba najbrzydsza w całej kolekcji – koszulka z nadrukiem reklamówki. Sytuacji nie ratują też „zaangażowane” teksty, umieszczone… wewnątrz koszulek. Decydując się na wypuszczenie takiej kolekcji Medicine, mogłoby się zastanowić już nie na żarty nad tym, gdzie i jak produkuje swoje ubrania.

Jestem za, a nawet przeciw

Nie ma kontrowersji, jeśli wszyscy się ze wszystkimi zgadzają. Musi być ktoś, kto tupnie nogą i powie „a ja uważam inaczej”. W przypadku Very Alternative Medicine, negatywne opinie zdają się przeważać, ale o głosach uznania też ciężko powiedzieć, że są odosobnione. Sympatycy nowej kreacji Medicine zarzucają jej przeciwnikom brak poczucia humoru i inteligencji. Padają nawet określenia „masz mniejsze IQ od konia” czy „potrzebujesz lekarstwa, ale na ból dupy”. Zdarza się, że nawet osoby z zaburzeniami lub chorobami psychicznymi twierdzą, że nie czują się obrażone, a wręcz są rozbawione.

Śmiać się czy płakać

Jeśli celem Medicine było zyskanie rozgłosu, trzeba przyznać że się udało. Ale, czy było warto? Cel uświęca środki? Choroby i zaburzenia psychiczne i tak są już dostatecznie bagatelizowane, żeby nie powiedzieć stygmatyzowane. Podobną „kreację artystyczną” stosuje się od dawna, radząc chorym żeby poszli pobiegać, znaleźli sobie hobby, lub po prostu wzięli się w garść bo przecież inni mają gorzej. Czy reklamy Medicine nie są pewną legitymizacją, tego typu zachowań? Może warto by się było zastanowić, czy gdyby bohaterami kampanii zostały osoby niepełnosprawne lub chore na raka, nadal byłoby tak śmiesznie. Kupilibyście koszulkę z napisem POWSTAŃ reklamowaną przez kogoś, kto udaje, że jeździ na wózku? To właśnie byłby „żart” na tym samym poziomie. Czy śmieszny, zdecydujcie sami.