Wrocławska Giselle – klasyka, aktorstwo i wiolonczelista

Wrocławska Giselle
Fot. Materiały Prasowe

Z końcem października ukazała się zapowiedź wrocławskiej premiery Giselle, która miała miejsce 27 października. Mieliśmy okazję obejrzeć przedstawienie, które było niestety ostatnim już wystawieniem dzieła w tym sezonie.

Zastanawiać może tytuł jaki wybrałam dla tego artykułu. Są to bowiem w mojej opinii trzy największe atuty minionego wieczoru. Oczywiście, każda recenzja jest kwestią bardzo subiektywną, stąd zdania mogą być podzielone. Niemniej w każdym przedstawieniu odnajdujemy zawsze jakieś aspekty, które przykuwają naszą uwagę.

Klasyka

Piszę tutaj o klasyce w aspekcie tradycji wykonania i wydźwięku choreografii, nie zaś bynajmniej jako o dziele okresu klasycyzmu. Giselle jest to bowiem jedna z perełek typowo romantycznego baletu. To właśnie ten balet, obok Sylfid stał się prototypem i największym wzorem dla późniejszych baletów romantycznych takich jak choćby Jezioro Łabędzie.

Ujął mnie już sam pomysł wystawienia Giselle przez Operę Wrocławską w wersji jak najbardziej zbliżonej do oryginału, a więc choreografii Jeana Corallego i Julesa Perrot’a. Dlatego wyczekiwałam w niecierpliwości aby zobaczyć balet. Muszę powiedzieć, że w tym aspekcie nie zawiodłam się na pewno. Całość przedstawienia była osadzona w bardzo romantycznej atmosferze i pięknej, tradycyjnej choreografii. Wszystko to za sprawą  dwóch wybitnych tancerek, które podjęły się opracowania i realizacji całej choreografii – Ewy Głowackiej i Zofii Rudnickiej. Układy były bardzo ciekawe, pełne uroku i wdzięku. Wprowadziły widza w magiczny świat romantycznej opowieści o nieszczęśliwej miłości.

Piękno tradycyjnej choreografii

Co jest moim zdaniem największym atutem tradycyjnych choreografii, to ich niewymuszony charakter, pewna naturalność i delikatność. Nie znajdziemy tam bowiem przesadnego nacisku na aspekt techniczny czy wręcz akrobatyczny. W miejsce tego, napotkamy piękne, malownicze „obrazy” baletowe. Moim zdaniem to jest właśnie istota stylu tańca klasycznego.

Wielkie moje zainteresowanie wzbudził ludowy taniec młodzian w I akcie. Pełen był energii i radości tańca. Wspaniała była także scena „pochłonięcia” przez Willidy leśniczego Hillariona, która miała miejsce w II akcie. Dynamizm, bardzo szybkie zwroty i pas podkreślały dramatyzm całej sceny.

Znacznie mniej podobała mi się cała dynamika I aktu, który ożył jakby dopiero przy końcu. Tak samo rozczarowały mnie trochę Willidy. Wszystko zatańczone było równo, dobrze technicznie – lecz pozbawione niejako pewnej magii, specyficznej energii, tego czegoś, co nie da ująć się słowami. Trzeba jednak podkreślić bardzo dobre wykonanie trudnego i niewdzięcznego elementu jakim są tzw. „czołgi” Willid – jak nazywają je między sobą tancerze klasyczni.

Scenografia

Zdziwienie mogła wzbudzać także sama scenografia – bardzo skromna i dość nietypowa dla klasycznych wystawień tego dzieła. Plusem jest to , że nie rozpraszała ona widzów i dawała jakby pierwszeństwo dla tancerzy. Jednakże szczególnie w II akcie, w moim odczuciu nie oddawała ona mrocznej atmosfery miejsca akcji. Zamiast sceny leśnej nad jeziorem, zobaczyliśmy jedynie trzy krzyże symbolizujące nagrobki oraz bramę prowadzącą na cmentarz. Także kształty drzew namalowane na scenografii były dość mało baśniowe.

Całość scenografii była jednakże spójna. Może po prostu nie wzbudziła we mnie oczekiwanego zachwytu i emocji…

Aktorstwo

Giselle nie jest dziełem pełnym jedynie pięknego tańca. Przepełniona jest akcją dramatyczną. Wymaga więc od tancerzy – w szczególności solistów, dużych umiejętności aktorskich oraz wczuwania się w rolę. Bez tego elementu balet jest pusty i pozbawiony swojej istoty.

Wczorajszego wieczoru w partii Giselle mogliśmy zobaczyć Natsuki Katayama. Tancerka bardzo dobrze poradziła sobie z tym zadaniem. Jej kreacja była wyrazista,naturalna, nie przerysowana. W szczególności mój podziw wzbudziła finalna scena I aktu, gdzie bohaterka traci zmysły i popełnia samobójstwo. Scena ta jest wyjątkowo trudna, gdyż wymaga od tancerza grania nie tylko ciałem ale także mimiką. Taniec solistki był lekki, wdzięczny i stylowy. Trudne elementy techniczne nie przeszkodziły jej w utrzymaniu miękkości i płynności ruchu. Moją uwagę zwrócił również nośny skok tancerki.

Także przyjaciółki Giselle poradziły sobie całkiem nieźle z elementami aktorskimi. Natomiast postać Mirty tańczona tego wieczoru przez Hannah Cho, była moim zdaniem ciut przerysowana. Mirta powinna być “mroźna”,władcza, lecz tancerka zrobiła na mnie wrażenie wręcz pozbawionej uczuć. Postać księcia Alberta w wykonaniu Łukasza Ożgi była natomiast za mało barwna i mało naturalna.Trzeba jednak przyznać,że element aktorski tego przedstawienia jest jego kolejną silną stroną.

Wiolonczelista

Na koniec zaś słów kilka o postaci pewnego członka orkiestry. Zacznę może od tego,że już sam fakt wykonania dzieła baletowego z towarzyszeniem “żywej” orkiestry wzbudził moje zadowolenie. Ostatnimi czasy bowiem większość,a właściwie prawie wszystkie balety w Operze Wrocławskiej wystawiane były do muzyki z płyt CD, co jest moim zdaniem niedopuszczalne w przypadku jednej z większych scen operowych w Polsce.

Jenak sama orkiestra nie wzbudziła mojego zachwytu. Muzycy wystąpili pod batutą Rafała Karczmarczyka. Brzmienie szczególnie w I akcie było zbyt matowe, mało wyraziste. Wejścia tutti były mało precyzyjne i niespójne. Mojego zachwytu nie wzbudziła także bądź co bądź bardzo trudna partia popisowa altówki w II akcie, która wyraźnie nie zagrała się z trudną partią solową Giselle. Podobała mi się natomiast energia kilku fragmentów tutti II aktu. W tej części mogliśmy usłyszeć także pięknie wykonane solo obojowe. Wielkie gratulacje dla artystki!

Pomimo ogólnego niezbyt pozytywnego wrażenia dotyczącego orkiestry, sytuację w moich oczach uratował pewien wiolonczelista. Akurat miałam możliwość obserwowania całej orkiestry z góry. Ów muzyk był tak zaangażowany podczas wykonywania prawie każdej swojej partii, tak cieszył się tym co robi,że wzbudził od razu uśmiech na mojej twarzy. Emanowała z niego wspaniała, pozytywna energia.

Bardzo bym chciała,aby w naszych orkiestrach było coraz więcej takich muzyków. Często się bowiem widzi artystów mało zaangażowanych, którzy sprawiają wrażenie kompletnie niezainteresowanych tym co aktualnie wykonują,nie mówiąc już o jakichkolwiek emocjach. Wspólne granie powinno być natomiast wielką radością i przyjemnością. Tworzymy wówczas wokół siebie zupełnie inną energię, która emanuje na publiczność. Miejmy nadzieję, że optymizm stanie się zaraźliwy!

Podsumowując cały spektakl, bardzo cieszy mnie fakt powrotu do klasycznej wersji jego wystawienia. Uważam, że wielką szkodą byłoby całkowite zaprzestanie realizacji baletów klasycznych w tradycyjnych choreografiach, bez dodawania elementów współczesnych, „ulepszających” spektakle. Balet jest na tyle piękny sam w sobie, że nie potrzebuje innowacji. Czasem może wydaje nam się, że dziś już nikogo nie interesuje typowy balet. Myślę, że nasze obawy są bezpodstawne, o czym świadczy wspaniała frekwencja na wszystkich przedstawieniach Giselle w Operze Wrocławskiej.

Jednak ludzie wciąż doceniają tradycyjność i klasę baletu w oryginalnej jego postaci, pomimo tego , że zewsząd jesteśmy wręcz „bombardowani” kulturą masową. Jest tutaj swego rodzaju magia, która przenosi nas całkowicie w inny wymiar i świat. Od spektaklu oczekiwałam na pewno więcej wyrazistości i emocjonalności, jaką spotkać możemy na wielu archiwalnych nagraniach baletowych. Może dziś świat wygląda już trochę inaczej i minione nigdy nie powróci? Kto to wie. Zobaczymy…Mam nadzieję, że sięganie przez choreografów do tradycyjnych wystawień i kultywowanie piękna klasycznego tańca będzie kontynuowane…

Grzegorz Niemczuk na Festiwalu Polskie Kręgi Sztuki

Grzegorz Niemczuk na Festiwalu Polskie Kręgi Sztuki