.WAVS – morze, sól i porter bałtycki

.WAVS
fot. oficjalny FB zespołu

Solidne, gitarowe riffy, chwytliwe, acz nienachalne melodie i ciekawe wokalizy zamknięte w zwartych, niezbyt rozbudowanych formach. To brzmi jak przepis na hita? Możliwe. Pewne jest to, że debiutancki album .WAVS wypełniony jest tym po brzegi. Czy to się sprawdziło? Przekonajcie się!

Pięcioosobowy skład pochodzący z Krakowa zawiązał się początkiem 2019 roku i niemalże od razu zabrał się za robienie muzyki. Pierwszy singiel pojawił się bodajże w lutym bądź marcu. Miesiąc później wyszedł kolejny, z informacją dotyczącą płyty. Co?!? Czerwiec? Ok, pewnie 2020, no to sobie poczekam… a kawałki nie chciały wypaść z głowy. Na szczęście .WAVS wyszedł w tym roku, a ja z uśmiechem na japie od kilku miesięcy w nim się zasłuchuję. Dlaczego więc dopiero w listopadzie zabrałem się za spisanie moich wrażeń? Jak zawsze, gdy tylko otwierałem laptopa i zabierałem się za tekst, coś ważniejszego musiało wyskakiwać, a płytka spokojnie czekała w odtwarzaczu. Ale nareszcie mogę wypluć na klawiaturę to, co od czerwca siedziało mi w głowie!

Niesamowite jest to, że zespół, który nie istnieje nawet rok, nagrał album tak spójny, doskonale brzmiący, skomponowany i zaaranżowany. Osiem utworów, niewiele ponad pół godziny materiału, ale podanego w tak przyjemny i wciągający sposób, że ciężko skupić uwagę na czymś innym, gdy się go słucha. A niby to tylko zbiór kilku krótkich piosenek. Tak, jestem fanem rozbudowanych form i kawałków trwających kilkanaście minut. Dzięki temu tym bardziej potrafię docenić piękno nieskomplikowanych kompozycji, a przynajmniej tak mi się wydaje. A na .WAVS jest na czym zawiesić ucho. I zapętlać to przez dłuższy czas.

Debiutanci czy weterani?

Domyślam się, że krakowska ekipa to nie nowicjusze i w niejednym projekcie maczali swoje paluchy. Na zdjęciu w pudełeczku widać twarze jakby znajome, ale nie do końca jestem pewien. Dam sobie natomiast ściąć brodę jeśli się mylę, bo nie sądzę, że tak zgrabnie i perfekcyjnie zagrałyby małolaty. Bardzo rzadko przypierdalam się do warsztatowych niedociągnięć, zwłaszcza jeśli album, o którym piszę, jest w jakiś sposób porywający. Wiadomo, nikt nie urodził się z gitarą w ręku i osiągnięcie wysokiego poziomu, to długa droga.

.WAVS
fot. oficjalny FB zespołu

Jednak u .WAVS słychać nie tylko fenomenalne wręcz zgranie, ale również bardzo dobre przygotowanie i potężny kunszt. To tak, jakby ktoś od małego ćwiczył rysunek, jednak poszedł pracować przy wycince drzew. Nigdy nie przestawał rysować, był w tym naprawdę dobry i pewnego dnia wydał swoje prace w formie książki czy tam jakiejś wystawy. No, niby faktycznie debiutant, ale jednak osiągnął już taki poziom, o jakim niektórzy zawodowcy mogą sobie pomarzyć.

I mam gdzieś bardzo z tyłu głowy takie wrażenie, że zmęczeni codziennością muzycy, którzy są kolegami, zbierają się do kupy, robią burzę mózgów i wydają coś takiego. To nie może się nie udać. I żeby ktoś z Was nie pomyślał sobie, że zarzucam ekipie robienie ludzi w chuja. Absolutnie nie! To debiutanci, a przeszłość jest nieważna, bo i tak będziecie słuchać tego z rozdziawioną gębą, a ślina będzie cieknąć z kącików ust. Bo jest tam wszystko, czego potrzebuje płyta, by stać się naprawdę wartościowym kąskiem w kolekcji, czy to w streamingach, czy na półce.

Muzyka jak piwo?

Hołd składany muzyce lat dziewięćdziesiątych, to nie nowość. Ale .WAVS wprowadzili czerpanie z zamierzchłych czasów na zupełnie inny poziom. Nie od dziś wiadomo, że nie da się wymyślić pewnych rzeczy na nowo, nie przeszkadza to na szczęście w ciągłych poszukiwaniach, odświeżaniu i udoskonalaniu pomysłów. To trochę jak z beczkami po mocnych alkoholach czy winie. Niby stare i przesiąknięte starymi destylatami, to raczej na opał. Jednak piwowarzy biorą takie baczki, leją tam portera, który tam sobie leżakuje i po jakimś czasie piwo zyskuje zupełnie inny smak i aromat.

Da się? No proste. I mam nadzieję, że się nie obrażą, bo w końcu całą promocję albumu oparli na soli, morzu i falach, a ja tu sobie ich do browarników porównuję. Usprawiedliwię się następująco: leżakowany porter bałtycki, to hajlevel wśród piw. I tak sobie myślę, że to taka trochę odwrotna metafora (o ile istnieje coś takiego), bo w sumie to oni nie postarzają muzyki, a sprawiają że staje się świeża. Dobra, dość tych piwnych skojarzeń, bo upijecie się nim dolecimy do końca.

Muzyka niczym morze!

Co więc grają .WAVS? Wrzucenie ich do worka z muzyką grunge może być nieco mylące, jednak nie sposób odmówić im tego, że grunge wysuwa się tu stanowczo na pierwszy plan. Już pierwszy numer, Do It Right, wskazuje na mocne zaciąganie się Alice In Chains. Swoją drogą, świetna taktyka – co wrzucamy na otwarcie płyty? Najlepiej coś niezbyt mocnego, nie chcemy przecież wystraszyć słuchacza. Ok. I wrzucają jeden z najmocniejszych kawałków, który zaczyna się od ciosu z główki w nos. W tym wypadku sprawdziło się to wyśmienicie, zwłaszcza że zaraz po nim mamy singlowe I Know Someone, który błyskawicznie wyciszają, zwłaszcza w pierwszej części, początkowego kopniaka. Kolejna dygresja, pierwszy singiel jest zarazem najdłuższym kawałkiem. I tu właśnie muzyka z Seattle usuwa się nieco w cień, dając miejsce post rockowej przestrzeni. Takiej spokojniejszej, z pięknym, gitarowym intro.

Właściwie każdy kawałek, to trochę inne klimaty. Z jednej strony słychać tu Mudhoney, Alice In Chains czy nawet Pearl Jam. Z drugiej jednak fani Faith No More też mogą szczerzyć się w uśmiechu, bo tego co dzieje się na .WAVS nie powstydziłby się Patton z ekipą. A i słuchacze stonera nie odrzucą tego krążka bo luz tej kapeli bije nawet z okładki płyty, no i cięższy riff też się znajdzie. Tylko ten stoner jest tu taki bardziej w stronę Queens Of The Stone Age niż Kyuss, taki bardziej alternatywny. A to wszystko pochowane w genialnych kompozycjach, które pozornie nie odkrywają nic nowego. Tylko pozornie, bo album jest stylowy, elegancki i brzmi światowo.

Elegancko, stylowo i na luzie!

Styl i elegancja tego wydawnictwa, to również okładka, której autorem jest Mikołaj Szatko. Szata graficzna pięknie zgrywa się z tym, co ukryte jest na nośniku. Pasuje zarówno do muzyki stworzonej przez .WAVS, jak i do inspiracji. Wybaczcie, ale jak dla mnie to trochę wariacja (nie wiem czy zamierzona) na temat Nevermind Nirvany. Tylko ten dzieciak w wodzie wydaje się być już dorosły.

Ach, jeszcze dwa słowa na temat promocji. Wspominał o tym również kolega z innej redakcji, którego pozdrawiam. Morze, fale, człowiek w wodzie, nazwa kapeli, sól. Wszystko spójne i zaplanowane od samego początku. Tu również widać wyraźnie doświadczenie tej ekipy. Bo wiele jest kapel, które grają spoko, a zdecydowanie mniej takich, które oprócz tego, że grają, potrafią być kompletni wizerunkowo. Znów wrócę do piwa – oczywiście, że najważniejsze są walory smakowe, jednak szybciej z półki zniknie piwo opakowane w elegancką buteleczkę, stosowną etykietkę oraz fajny kartonik, niż takie, które wygląda, hmm… jak niedopracowane?

Poczułem tę sól czyli podsumowanie

Wylałem z siebie, jak mówiłem wyżej, wszystko co chciałem i dotarłem do podsumowania, które właściwie przypadkiem napisałem kilka akapitów wyżej. Cytuję więc siebie: będziecie słuchać tego z rozdziawioną gębą, a ślina będzie cieknąć z kącików ust. Bo jest tam wszystko, czego potrzebuje płyta, by stać się naprawdę wartościowym kąskiem w kolekcji. Ja czuję tę sól Panowie. I czekam na kolejne rzeczy!

Maciek Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o