Waglewski Fisz Emade w Teatrze VARIETE [relacja]

Waglewski Fisz Emade w Krakowie
fot. Łukasz Popielarczyk/Teatr VARIETE

To była z całą pewnością męska muzyka i męski rym. W środę, 18 marca w Krakowskim Teatrze VARIETE wystąpiło trio doskonałe, czyli Waglewski Fisz Emade.

Trudno uwierzyć, że od premiery płyty Matka, Syn, Bóg minęło już prawie pięć lat. Drugi wspólny projekt ojca i synów zdobył ogromne uznanie nie tylko wśród zagorzałych wielbicieli Panów Waglewskich. Pokryty platyną krążek z utworami takimi jak OjciecCzłowiek Ćma czy Trupek podbił na dobre i moje serce, zwłaszcza że każdy z nich można na tysiąc sposobów interpretować, rozwodzić się nad aranżem i doskonałym konceptem. Nic dziwnego, że występ zespołu (a jakże!) Waglewski Fisz Emade w Krakowskim Teatrze VARIETE cieszył się przeogromną popularnością.

fot. Łukasz Popielarczyk/Teatr VARIETE

Środowy Kraków okazał się tak ciepły, że nawet Fisz pojawił się bez kapelusza ani czapki. A zaczęło się dość niepozornie – na scenę wkroczył Wojciech Waglewski, człowiek którego barwa głosu i urok nigdy nie przeminą. Pan Wojciech wykonał w raczej ascetycznej wersji Dziób Pingwina, czyli pierwszy kawałek jeszcze z Męskiej Muzykii poinformował, że zespół zaprezentuje dziś kilka “wesołych piosenek o śmierci”.

Tego wieczoru byliśmy świadkiem naprawdę dobrego grania. Pojawiło się mnóstwo znanych z obu płyt utworów w ciekawych i miejscami rozbrajających aranżacjach. Ogromna w tym zasługa między innymi Mariusza Obijalskiego. To znany z Tworzywa utalentowany i wszechstronny pianista oraz posiadacz absolutnie doskonałych, wzorzystych, czerwonych skarpet. Ogromną satysfakcję sprawia słuchanie kogoś, kto z taką fantazją, a jednocześnie niesamowitą gracją porusza się po klawiaturze pianina.

Na scenie pojawiła się również Anna Prokopczuk, altowiolistka ze wspaniałym wokalem, doskonale uzupełniającym chropowate barwy obu panów, a także niezastąpiony Marcin Pendowski na basie i instrumentach perkusyjnych.

fot. Łukasz Popielarczyk/Teatr VARIETE

Waglewscy jak zwykle pokazali klasę i po prostu świetnie zagrali. Jest jakaś magia towarzysząca oglądaniu (choć przede wszystkim słuchaniu) tych trzech postaci obok siebie na jednej scenie. Sama płyta Matka, Syn, Bóg to dzieło niebywale kompletne, które stawia mnóstwo pytań, choć niewiele daje odpowiedzi. I może właśnie to jest w niej najpiękniejsze? Bo przecież męska muzyka raczej rzadko zawodzi.