Umarł król? Recenzja Undying Light

Undying Light

Wszystko albo nic – mówili muzycy Fallujah tuż przed premierą Undying Light. W ostatnich latach zespół zyskał miano kultowego w środowisku progresywnego death metalu. Wszystko to za sprawą eksperymentów brzmieniowych, których dokonał na przestrzeni płyt The Flesh Prevails i Dreamless.

To nie były zwykłe, death metalowe płyty. Ogromną dbałość przyłożono do atmosfery. Do osiągnięcia idealnego balansu pomiędzy tym, co relatywnie można by nazwać pięknym, a diabelnie brutalnymi i wyrachowanymi zagrywkami. Kiedy więc po dwóch latach ciszy w sieci ukazał się pierwszy singiel promujący nową płytę, wśród fanów zawrzało. Złośliwcy powiadali, że Ultraviolet brzmi jak coś od The Devil Wears Prada. Głębokie growle zostały zastąpione przez skrzeczący, hardcore’owy wokal Antonio Palermo, a praca gitar była sztampowa i przewidywalna. Przyznam – tuż po jego premierze byłem bardzo rozczarowany. Coście zrobili z jednym z moich ulubionych zespołów? Kolejny singiel brzmiał już lepiej, ale nadal nie nastrajał optymistycznie. Kiedy więc Undying Light wreszcie się ukazało się 15 marca, rzuciłem się do odsłuchu bez pozytywnych rokowań.

Choć inaczej, to wcale nie gorzej

I trzeba przyznać że byłem w błędzie, podobnie jak inni malkontenci. Otwierające płytę Glass House może i jest prostym kawałkiem, ale błyskawicznie buduje swoją własną, odmienną od wszystkich dokonań zespołu atmosferę. Rozszalałe gitarowe walce przewijają się gdzieś w tle. Wokal Palermo w swojej wysokiej skali jest równie monotonny co niskie skale poprzedniego krzykacza, ale w ogólnym rozrachunku wychodzi Undying Light na dobre, bo nadaje mu unikalnego brzmienia.

Fundamentalny fakt na temat Undying Light uświadomiłem sobie gdzieś w połowie albumu, w trakcie odsłuchu utworu The Ocean Above. To już nie ta sama, nieprzewidywalna i szaleńcza muzyka co w przypadku albumów The Flesh Prevails, czy Dreamless. To raczej wyważony post-metal z domieszką technicznych wtrętów tu czy tam. Osoby, które stały się fanami zespołu właśnie ze względu na jego zaskakującą co i rusz formułę, mogą się tu zawieść (do grona których się zresztą zaliczam).

Jako nagrodę pocieszenia dostajemy równie gęsty klimat co na poprzednich płytach.

O ile tylko nie będziemy porównywać Undying Light do nich, a potraktujemy jako całkowicie odrębną produkcję. I właśnie z tego zdałem sobie sprawę przy okazji tego centralnego utworu. Ma on jasny, prosty motyw przewodni, obudowany przejmującymi, jęczącymi gitarami i bardzo oszczędnym ambientem. Przy jego okazji coś przeskakuje na właściwe miejsce. Okładka wreszcie nabiera zasłużonej epickości, wokal faktycznie zaczyna mieć emocjonalny wpływ, a uproszczona struktura utworu wywołuje uzależniający efekt zamiast odpychającego.

Gdzie gitary chłoną, tam kwitnie atmosfera

No i właśnie tak to jest z tym Undying Light: wielu fanów z pewnością opluje płytę za treść nieprzeładowaną skomplikowanymi partiami gitarowymi. Innym osobom może spodobać się właśnie ze względu na swoją prostotę, w której więcej oddechu zyskują pozostałe instrumenty. Płyta to świadomy twór wszystkich muzyków, gdzie każdy ma coś do powiedzenia – nie tylko gitarzyści. Bas i perkusja od zawsze miały prześwietne momenty na płytach Fallujah, ale dopiero na Undying Light mają przestrzeń do wygospodarowania, w której mogą zawłaszczyć chociaż trochę uwagi słuchacza. Jest tak na drugim w kolejce Last Light, wyżej wymienionym hipnotycznym The Ocean Above, czy Eyes Like The Sun.

Gitarzyści potrafią wciąż pokazać pazur, chociażby na przyjemnie (choć dosyć standardowo) skomponowanym Sanctuary. Mam wrażenie, że płyta cierpi na syndrom zbyt wysoko postawionej samej sobie poprzeczki. Czuć w niej, że muzycy chcieli spróbować czegoś innego od dotychczasowych dokonań i mocno im się za to obrywa, choć longplay jest interesujący nawet dla wieloletniego, zaprawionego słuchacza.

Z innych kwestii, cieszy okładka przygotowana tym razem specjalnie pod płytę. Okładki poprzednich dwóch, przygotowane kolejno przez Tomasza Alena Koperę (nasz rodak robi piękne rzeczy!) i Petera Mohrbachera były odrębnymi obrazami, które istniały jeszcze przed powstaniem albumów. Praca zdobiąca Undying Light została zadedykowana muzyce, przez co nadaje spójności. Smuci natomiast brak damskiego wokalu, który tu i ówdzie potrafił dodać prawdziwie niebiańskich kontrastów do brutanych partii gitarowych.

Werdykt

Przed odsłuchem Undying Light obawiałem się, że zmieszam album z błotem. Teoretycznie miałbym powody – miks jest płaski, a wyżej wspominana przestrzeń dla perkusji i basu została przygotowana kosztem czystości gitar, a wokal Palermo potrafi być irytujący. Po przesłuchaniu płyty doszedłem jednak do wniosku, że te kilka mankamentów i jej odmienna forma wcale nie czynią jej mniej imponującym krążkiem. Drzemie w nim mnóstwo emocji, świadomych decyzji artystycznych i pamiętnych momentów – trzeba się z nim tylko oswoić, polubić i nie oczekiwać powtórki z rozrywki.

Miażdżące riffy i ezoteryczni ninja, czyli Immersion

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o