Soulstone Gathering Festival 2019 – Sto Lat!

Soulstone Gathering Festival 2019
fot. Marcin Pawłowski/rockmetal.pl/Lonker See na scenie

Piąta edycja Soulstone Gathering Festival dobiegła końca. Drugi weekend listopada w Krakowie upłynął więc pod znakiem świetnej muzyki, doskonałej zabawy i absolutnie świetnego towarzystwa.

Ale krakowskie święto okołostonerowej braci to nie tylko muzyka, jointy i browar. Z roku na rok impreza się rozrasta, a organizatorzy dbają o całodzienną rozrywkę dla uczestników imprezy. Już w zeszłym roku można było pospacerować w Galerii Sztuki Audio-Wizualnej. Tegoroczna edycja, która była również okrągłą rocznicą istnienia kolektywu Soulstone Gathering przyniosła kolejne zmiany i została stworzona z odpowiednim rozmachem. Takie urodziny to ja szanuję oporowo!

PS. jeśli nie jesteś pełnoletni, zapytaj rodziców czy możesz to czytać, ponieważ w tekście występują wulgaryzmy i dziwaczne poczucie humoru!

Galeria Sztuki Audio-Wizualnej

A relację zacznę od krótkiej notki na temat wspomnianej wyżej Galerii. Niestety, ze względu na ograniczony czas i konieczność kursowania przez te dni między Krakowem a Żywcem nie dane mi było uczestniczyć w warsztatach kreatywnych kierowanych przez niezwykle interesującego artystę o pseudonimie Olek. Na szczęście w ostatni dzień, w przerwie między gigami udało mi się wyskoczyć na moment i pooglądać prezentowane prace. I zaznaczam, znawcą sztuki nie jestem, ale kilka prac wpadło mi w oko. Na pewno urzekły mnie fenomenalnie emocjonalne fotografie Małgorzaty Szostak, zwłaszcza że poniekąd też próbuję się bawić w zdjęcia. Przyznaję, że po obejrzeniu tych prac mój zapał nieco ostygł. Również fotografie Artura Roga wywarły na mnie niemałe wrażenie. Jednak jak zwykle zwyciężyło nietuzinkowe poczucie humoru, które wręcz rozrywało rysunki Olka.

Galeria zaczęła się już w piątek od wernisażu. Czymkolwiek on był, nie zdążyłem dojechać. Na szczęście strefa chillu dostępna była przez cały okres. Nie skorzystałem z jej niewątpliwych uroków, latałem do Krakowa słuchać muzykę, a nie siedzieć w wygodnych poduchach. Nie wykorzystałem również okazji do nadrobienia filmowych braków, w końcu przez całe trzy dni były pokazy. Ale strefę chillu zrewidowałem wzrokiem, fajny pomysł. Podczas mojego pobytu w Galerii zwróciłem również uwagę na filmy. Przynajmniej te kilka minut. I akurat jak wychodziłem leciał stary Kaczor Donald. Eh… Progres jest, Galeria nie sprawiała wrażenia nieogarniętej do końca, jak w roku ubiegłym.

Soulstone Gathering Festival 2019 – startujemy! G – Day

Dobra, przechodzimy do muzyki. W końcu to dla niej wybrałem się na Soulstone Gathering Festival, a wszystko inne było dodatkiem. Urzekającym, przyjemnym dla oka, ucha czy żołądka (no oczywiście, że był Soulstone Cathering, chociaż w tym roku nie udało mi się zasmakować tych cudownie pachnących w całym niemal klubie pyszności), a czasem nawet niespodziewanym. A pod tym kątem było wybitnie. Trzy dni pełne psychodelicznych wycieczek w kosmos, riffów wyrywających flaki, powrotów do przeszłości, wizjonerstwa i klasyki. Warto było poświęcić trochę snu i paliwa by w tym uczestniczyć.

Pierwszy dzień, punkt 18 na scenie pojawia się .WAVS i już wiem, że to będzie udany wieczór. Piosenki, które poznałem na ich debiutanckim krążku nabrały nowych kolorów. Żywszych, bardziej energicznych i piosenkowych, a już studyjnym wersją nie można było odmówić charakteru. Oczywiście na pierwszy plan błyskawicznie wysunął się wokalista będący jednym z ciekawszych frontmanów, których przyjdzie mi zobaczyć w kolejnych godzinach muzycznej eskapady. Po trzech kwadransach grunge’owo – alternatywno – punkowej rozpierduchy, przyszła pora na delikatne zwolnienie tempa. I wcale nie mam na myśli półgodzinnej (zaplanowanej co do minuty, ale o tym później) przerwy technicznej.

Psychodela na dwa sposoby

ARRM pod wodzą Artura Rumińskiego, to zespół wizjonera, który zaprosił zebranych na wycieczkę w zakamarki świadomości. Spokojnie pełznął do przodu, niczym spizgany żółwik, zabierał wszystkich na psychodeliczną skorupę i odfruwał z niezwykłą energią wprost w głowy. Sound ARRM oraz kompozycje są absolutnie zjawiskowe. No i ten wielki, potężnie i ultra nisko brzmiący kontrabas zrobił robotę! Nie gorzej wypadł trójmiejski Lonker See. Niemała dawka psychodelii tym razem podana z free jazzową energią i odjechanym saksofonem. Część z Was, która miała okazję śledzić co robię, wie doskonale, że zarówno ARRM, jak i Lonker See widziałem po kilka razy i zapewne znacie moje zdanie na ich temat. Więc w tej chwili je zmieniam. Jest lepiej niż zakodowałem to sobie w głowie! Jednak plenery albo koncerty o 2 w nocy, po szaleństwach poprzedzającego dnia nie dają pełnego obrazu. Mam wrażenie, że właśnie w Zet Pe Te poznałem ich prawdziwie, magiczne oblicza.

Piątek powoli dobiegał końca. Są rzeczy, na które organizator nie ma wpływu. Tak też stało się podczas dnia otwierającego. Oprócz GOLD, do których za moment wracam, miał wystąpić hiszpański kolos – Toundra. Niestety, jak ma się coś zjebać, to zawsze spieprzy się jakiś kluczowy element konkretnej układanki. Post metalowcy nie dojechali do Krakowa. Właściwie, to nie dolecieli, bo jedna z większych, światowych linii lotniczych strajkowała, co poskutkowało odwołaniem kilku połączeń, w tym tego kluczowego dla Soulstone Gathering Festival. Wiem, że bywały takie przypadki i prędzej czy później kapela dotrze do Polski. Ja to rozumiem, ale domyślam się, jakim ciosem ta wiadomość mogła być dla ekipy SG.

Nie ma tego złego… GOLD – czyste złoto live!

Oczywiście, dla nich nie ma przeszkody, z którą nie byliby sobie w stanie poradzić. W mgnieniu oka załatwili zastępstwo w postaci znanych i powszechnie lubianych ptaszków z Warszawy. Tylko, że nim Weedpecker zaczął grać, ja już byłem za rogatkami miasta. Wyszedłem z błędnego założenia, iż widziałem ich już tyle razy, że kolejny mogę odpuścić. Błąd, nigdy tak nie róbcie. Przecież oni kurwa zmienili skład… podobno było doskonale, jednak kulturalnie zbywałem zaczepki znajomych, którzy chętnie relacjonowali mi ten występ.

Zamknięciem piątku (dla mnie) zajął się holenderski big band GOLD. Zamurowało mnie dokumentnie. Owszem, znam ich albumy i poniekąd wiedziałem czego się spodziewać. I wiadomo, oczekiwania nieco rozminęły się z tym, co siedziało mi w głowie. Ogromny hałas ładowany na trzech gitarach rozrywał głowę. Do tego sekcja, która pompowała w to wszystko niesamowitą energię i wokalistka. Tak, pokazała co potrafi, jej delikatny głos sprawił, że na karku pojawił się dreszczyk, a jej sceniczny image jest nie do podrobienia. I po tym właśnie występie kulturalnie powiedziałem dobranoc…

Soulstone Gathering Festival 2019 – Soulday

Sobota zapowiadała się równie interesująco, jednak zupełnie inaczej niż piątek. Na marginesie wtrącę, że każdy z trzech festiwalowych dni miał konkretną nazwę delikatnie nawiązującą do muzycznego klimatu, który miał dominować. Soulday, tak ochrzczony został dzień drugi. Choć to zdecydowanie bardziej pasowałoby do piątku. Retroday, bluesday, to bardziej obrazowe porównanie tego, co usłyszałem. Zaczął słoneczny Arcadian Child z Cypru. Przyjemnie, na luzie i z uśmiechem. Być może coś ominąłem, ale ekipa zagrała w trzyosobowym składzie, dając naprawdę świetny koncert. Moc była niepodważalna i nawet nie było czuć braku basu, który albo leciał z półplaybacku, albo jeden z dwóch gitarzystów grał w bi-ampie (jedna gitara podłączona do 2 wzmacniaczy). Fajny, bluesowy stoner z elementami pustyni i przyjemnych, nieco zwariowanych nawiązań do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Trochę ciężej zrobiło się gdy scenę zajął Mr. Bison. Pojawiło się więcej psychodelicznych smaczków i więcej hard rockowego brudu splecionego z klasycznie stonerową wyjebką. Trio ze słonecznej Italii również zagrali bez gitary basowej i tu również nie było czuć jakiegoś brakującego elementu. Przeciwnie, zgadzało się tam wszystko. Super brzmienie, fajne piosenki, nawet kolega – realizator chwalił ich, że świetnie się ich kręciło. Ale kurde, być może zabrzmieli za bardzo jak na płycie? Po prostu nie do końca mnie kupili. Ale i tak było dobrze.

Z Księżyca na Marsa

Kupił mnie natomiast księżyc wprost zza zachodniej granicy. I to elektryczny! Ok, bez żartów niskiego sortu. Niemieckie trio, Electric Moon pokazał jak brzmią psychodeliczne narkotyki. To był jeden z najbardziej wykręconych w orbitę występów podczas całego eventu. Hipnotyzująca sekcja rytmiczna złożona z szalonego bębniarza oraz niemniej pokręconej basistki, nadawała przyjemny puls pod gitarowe wygibasy. To było przeżycie wręcz mistyczne. Takie kapele udowadniają mi, że nie wszędzie potrzebna jest solidna dawka wpierdolu osiąganego przez nisko nastrojone gitary i totalnie zniekształcone przestery (choć przyznaję, bardzo to lubię i dostanę to w dniu finałowym). Wystarczy fajny pomysł, szczypta kwaśnej wyobraźni i absolutny brak hamulców przy rozbijaniu muzycznych konwenansów. Bo przecież Electric Moon ze swoim acid rockiem nie mogą oglądać się za siebie, ich muzyka nie jest prosta. Jest magiczna.

Tak dobrze jest, a ledwo przekroczyliśmy półmetek. I coś nie zapowiada się, że tendencja może być spadkowa, bo przedostatnim w kolejce zespołem był Mars Red Sky. No i co tu o nich napisać? Miałem okazję sprawdzić tych ludzi i na każdym koncercie było świetnie. Z resztą, kto nie pamięta legendarnej już edycji z 2016 roku, kiedy to francuskie trio wystąpiło w studniówkowej sali zastępczej. Pojawiają się jeszcze obrazki z wyprzedanego gigu w krakowskiej Alchemii. I w ZetPeTe kolejny raz pokazali na co ich stać. Ich stoner/doom może i nie jest odkryciem stulecia, ale materiał zaaranżowany i zagrany jest z precyzją metronomu, a sound jest potężny i na żywo sprawiają wrażenie zespołu, który brnie w zdecydowanie cięższe klimaty niż te znane z płyt.

Cmentarzysko z przeszłości

I nadszedł czas na długo wyczekiwany finał dnia drugiego. Po technicznej przerwie związanej nie tyleż z przepinką muzyków, co z uzupełnieniem płynów i nikotyny w organizmie, na scenę wyszli ONI! Szwedzcy mistrzowie z krainy retro, Graveyard. I nie będę kłamał, że był to koncert, który mnie pozamiatał, zrobił mi papkę z mózgu czy połamał kości. Nie, to dopiero będzie.

Ale przyznaję, że Graveyard to naprawdę zajebisty zespół, który potrafi zrobić zajebiste show i totalnie wkręcić publiczność do wspólnej zabawy. Pełen rock’n’rollowej energii set zgromadził pod sceną rekordową liczbę słuchaczy, którzy odwdzięczyli się kapeli wrzaskami, szaleństwem i gromkimi oklaskami, które pewnie do dziś odbijają się echem w murach starej fabryki. Ale mam jeden zarzut, jeden, niewielki. Realizator zdecydowanie przesadził z głośnością! Zdarza się, wszakże rock’n’roll jeńców nie bierze. Albo bawisz się aż z uszu leci krew, albo idziesz grzecznie spać.

Soulstone Gathering Festival 2019 – Stoneday

Ostatni dzień upłynął pod hasłem Stoneday. I w przypadku niedzieli ta nazwa była trafiona perfekcyjnie. Udowodnił to już pierwszy skład, który punktualnie o 17 zaczął obdzierać zgromadzonych ze skóry. Amerykańskie przyjemniaczki z Sixes zaskoczyli totalnie. Klasyczny, powolny i dość ciężki doom, który można posłuchać na studyjnych nagraniach kapeli, na żywo przeobraził się w bezkompromisowy rozpierdol. Wspomniana wyżej papka w czaszce zaczęła się tworzyć. Było ciężko, nisko, niezbyt szybko, agresywnie i ekstremalnie. A największymi atutami Sixes była dwójka muzyków: śliczna basistka oraz szalony frontamn, który oprócz grania na gitarze oraz krzyczenia do mikrofonu, biegał po scenie, skakał po paczkach głośnikowych i gibał się jak mityczny pierdolony rezus. Niezłe rozpoczęcie.

Tego dnia nie zabrakło przedstawicieli Polski. Po szalonym gigu Sixes przyszła kolej na Thaw. Od dłuższego czasu śledzę poczynania ekipy składającej się między innymi z Artura Rumińskiego czy Haldora z Satanic Audio, jednak do tej pory materiał znałem tylko z albumów. Rewelacyjne, różnorodne płyty to jednak nie to samo, co live. I całkiem serio mogę powiedzieć, że w mojej opinii był to jeden z najciekawszych koncertów. Ciężkie gitary, ambientowe, elektroniczne smaczki, straszny wokal i dudniąca sekcja. Wydawać by się mogło, że ciężarem ciężko będzie przebić poprzednią ekipę, a jednak się udało. Drone/black w wykonaniu Thaw, to kawał dusznego, smolistego wyrzygu.

Szkocja jest wspaniała

A co powiecie na połączenie rocka progresywnego ze sludge, doom i post hardcore? Że przekombinowane, niepotrzebne i zbyt spięte? Jeśli tak, to możecie się mylić, bo są kapele, które nie boją się karkołomnych kombinacji. Jak zrobić piękne show i zaprezentować muzykę, która nie jest generycznym wytworem przećpanych mózgownic pokazali reprezentanci Szkocji, DVNE. I był to jeden z tych koncertów, na które czekałem najbardziej.

Gdy pierwszy raz usłyszałem Asheran nie mogłem do końca zrozumieć o co chodzi. Jednak z każdym kolejnym odsłuchem krążek wciągał mnie bez reszty i nie pozwalał się wyłączyć. No, to koncert mógłby się w sumie nie kończyć, bo mimo początkowych problemów z drugim wokalem, dałem się porwać i te 45 minut mignęły niczym piorun kulisty. Światowa klasa, niecodzienne połączenie muzycznych inspiracji, niemała dawka ciężaru i zaskakujące zmiany akcji, tempa i wagi. W sumie, z takim składem pole do popisu jest ogromne. Absolutne mistrzostwo i wirtuozeria podana bez zbędnej bufonady.

Ciemno, zimno, ponuro…

Im dalej w las, tym coraz gęściej, ciemniej i coraz mniej przyjemnie. UN sprowadził na ziemię wszystkich, którzy polecieli w przestrzeń wraz z DVNE. I to nie było miękkie lądowanie. To był upadek. A lądowiskiem wcale nie była zielona łąka nad jeziorem tylko ostatnie zakamarki piekła. Kolosalny i ciężki doom był klasyczny jak smak zimnej wódki. Mniej klasycznie natomiast zagrał brytyjski Elephant Tree. Kapela, którą pamiętam z piorunującego występu na Red Smoke Festival, do doomowych elementów dodała szczyptę psychodelicznego pieprzu i przywaliła kawał solidnej sztuki. I, mimo że muzyka Elephant Tree nie jest specjalnie wesoła, tak frontman okazał się człowiekiem pełnym brytyjskiego poczucia humoru. Werdykt – podtrzymuję opinie z RSF, ta ekipa jest rewelacyjna.

I aż dziw bierze, przynajmniej mnie, że to nie oni byli headlinerami ostatniego dnia Soulstone Gathering Festival 2019. To nie jest tak, że set zespołu Conan mi się nie podobał w ogóle. Koncert zagrany solidnie, mocno i odpowiednio głośno. Wszystko ładnie bujało. Zmiany tempa w porządku, wokale z odpowiednim poziomem wkurwienia, gitary dogrzane jak crack na łyżeczce. Stoner i doom bez zbędnych ozdobników. Zgadzało się niemalże wszystko. Jednak po występach DVNE, Sixes, Electric Moon czy Mars Red Sky chyba zabrakło pierwiastka to coś. Prawda, byli inni, którzy wypadli trochę mniej elektryzująco, jednak miano głównej gwiazdy zobowiązuje. Nie traktujcie tego jako zarzut, a bardziej jako poczucie niedosytu.

Soulstone Gathering Festival 2019 – podsumowanie

Trzy dni głośnej, ciekawej, gitarowej muzyki. Sześćset kilometrów w samochodzie i zdecydowanie zbyt mało snu. Jednak uczucie zmęczenia przegrało z entuzjazmem i dźwiękami. Soulstone Gathering Festival 2019 był zdecydowanie najlepszą edycją ze wszystkich, w których uczestniczyłem. Widać w tym wszystkim ciężką pracę ekipy ogarniającej ten spęd. Genialny wystrój klubu, będący rozwinięciem zeszłorocznego pomysłu (kurde, że o tym nie napisałem wcześniej, w tym roku zamiast w jaskini, wylądowałem w dżungli), świetny dobór zespołów, banda uśmiechniętych osobliwości, najlepsza atmosfera. Do tego idealnie zgrane szczegóły techniczne – dokładne trzymanie się ram czasowych, świetna realizacja nagłośnienia i światła i wkręcające, psychodeliczne wizualizacje. Gratulacje! Było pięknie!

Maciek Juraszek