Prog In Park – relacja z pierwszej edycji festiwalu

Wakacje powoli zmierzają ku końcowi, w Warszawie smutno pada deszcz. Niedługo przed rozpoczęciem pierwszej edycji festiwalu Prog In Park lekko się przejaśnia, co może zwiastować tylko dobre wrażenia w Parku Sowińskiego. 20 sierpnia niczego innego nie można się spodziewać, jeśli na jednej scenie pojawić się mają: Lion Shepherd, Blindead, Solstafir, Riverside oraz Opeth.

Prog In Park – relacja

Tuż po przybyciu do parku czuć było festiwalową atmosferę. Zebrało się wiele fanów szeroko pojętych progresywnych brzmień. Przechadzając się po terenie imprezy zauważyć można było budki z piwem i jedzeniem oraz stoisko z merchem, które sprzedało się jak świeże bułeczki (tuż po festiwalu ogłaszano, że konieczny będzie dodruk w związku z ogromnym zainteresowaniem). Wszędzie widoczne były koszulki z logiem festiwalu oraz tuby z plakatami, na których można było zebrać autografy. Był to charakterystyczny widok, ponieważ Knock Out Productions, organizatorzy Prog In Park, postarali się, aby uczestnicy mieli okazję do krótkiego spotkania z zespołami. Występy artystów poprzeplatane były tak zwanymi „Signing Sessions”. Specjalnie przygotowane miejsce, a do tego regulamin, który miał zapewnić jak największej ilości fanów możliwość zebrania autografów. Kolejki do muzyków były duże, ale szybko się rozładowywały. Nie brakowało uśmiechów i radości ze spotkań z artystami. Pomysł organizatorów był strzałem w dziesiątkę.

 

Pierwsze koncerty

Festiwal otwierał polski zespół z Warszawy – Lion Shepherd. Chłopaki mieli pół godziny, aby zaprezentować się na scenie. Czas ten wykorzystali najlepiej jak potrafili. Pod sceną zgromadziła się liczna grupa festiwalowiczów, którzy docenili to, co kierowane było w ich stronę ze sceny. Po nich na scenę weszli muzycy z drugiego tego dnia polskiego zespołu – Blindead. Ten koncert cieszył się również entuzjazmem wśród publiczności, której przybywało na płycie z każdą minutą.

 

To, co nastąpiło po dwóch pierwszych koncertach, było czymś, co powoli hipnotyzowało publikę. Na scenie pojawił się Solstafir – zespół z Islandii, którego występ mógł zachwycić niejednego melomana. Panowie dali z siebie tyle energii i dostali ją z powrotem od ożywionych festiwalowiczów. Wokalista, Aðalbjörn Tryggvason, nie musiał zachęcać nikogo do cieszenia się ich muzyką. Jego kontakt z publiką był wyjątkowy, co bardzo wzbogaciło odbiór dźwięków i zachęciło do jeszcze bardziej szalonej zabawy. Lider grupy wychodził w stronę publiki, łapał za ręcę, cały czas przy tym śpiewając. Wielki szacun za ten występ. Subiektywnie mogę powiedzieć, że był to naprawdę najlepszy koncert w czasie Prog In Park.

 

Dwie gwiazdy wieczoru

Zespół Riverside, czyli ostatni polski zespół pierwszej edycji festiwalu, wszedł na scenę tuż przed koncertem gwiazdy wieczoru. Mała chwila opóźnienia sprawiła, że emocje tylko rosły. Widać było, że duża część publiki czeka właśnie na występ tej warszawskiej formacji. To, co pokazali, to jak bardzo zaangażowani byli w granie, zostało docenione wielkimi owacjami. Poprzedni rok nie był dla nich najłatwiejszy, ale powrót na scenę był w ich przypadku najlepszą decyzją. Precyzja, z jaką grają, kontakt z publiką, rewelacyjne kawałki – to wszystko przekłada się na wspaniały występ, który niewątpliwie wbił się w pamięć każdej osoby, która pojawiła się tego dnia w warszawskim Parku Sowińskiego.

 

Trudno było zostawić emocje związane z Riverside, żeby zrobić miejsce na nowe, związane z ostatnim tego dnia występem. Opeth, czyli szwedzki zespół, którego historia sięga lat 90’ poprzedniego wieku. W dorobku wiele albumów, różniących się stylistyką. W czasie występu można było usłyszeć przekrojowo utwory z całej twórczości zespołu. Momentami było spokojnie i melancholijnie, ale nie zabrakło również ostrzejszego uderzenia. Pomiędzy utworami wokalista, Mikael Åkerfeldt, dzielił się z publicznością różnymi historiami związanymi z zespołem, w tym o ich pierwszej wizycie w Polsce lub długiej podróży promem do naszego kraju przed kilkoma laty. Historie te były ciekawe, ale mogły też rozpraszać. Mnie osobiście taki rodzaj występu nie przekonuje, ale znalazło się wielu zwolenników, którzy cieszyli się, że przy okazji świetnej muzyki mogą dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat historii zespołu. Niemniej, brzmienie każdego instrumentu oraz wokal – doskonałe. Wszystko czysto i pięknie, dopracowane przez wiele lat wspólnego grania. Była to wielka uczta dla ucha.

 

Przyszły rok

I tak dobiegła końca pierwsza edycja festiwalu Prog In Park. Bardzo udana impreza, z której wszyscy wychodzili szczęśliwi i zadowoleni. Organizatorom należą się wielkie ukłony za wspaniały pomysł i jeszcze lepszą jego realizację. Impreza była sukcesem, pozostaje więc liczyć na to, że w przyszłym roku odbędzie się kolejna. Nieoficjalnie odliczamy już dni i czekamy niecierpliwie na ogłoszenia artystów, którzy zagrają na drugiej edycji.