Procession II, relacja

Procession II, 01.02.2017, Zet Pe Te, Kraków

Nie lubię koncertów w środku tygodnia. Praca, obowiązki, brak czasu i inne pierdoły na głowie. Jeśli jednak w pobliżu dzieje się coś ciekawego to nie wypada odpuścić. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Niewątpliwie taką rzeczą był koncert Stoned Jesus w Krakowie. Prawda, że ważna sprawa? Każdy miłośnik stonerowych/psychodelicznych brzmień może potwierdzić. Wybrałem się więc do Zet Pe Te, żeby zobaczyć ukraińskie trio na żywo. I była to zdecydowanie dobra decyzja. Konkretny kawał muzyki, potężna dawka energii, dzicz pod sceną i niezwykły klimat. A przy okazji zobaczyłem jeszcze dwa nie mniej fajne składy.

Zaczęło się prawie punktualnie, co zaważyło na delikatnej zmianie w rozpisce występów. Jednak 10 czy 20 minut obsuwy to niezbyt wiele. Aha, jeszcze kilka słów o miejscówce. Zet Pe Te to klub znajdujący się w centrum Krakowa, na terenie starych zakładów tytoniowych. Zdziwiłem się, że akurat tam odbędzie się impreza. Nie dlatego, że miejsce nie jest fajne, generalnie jest rewelacyjne. Jest jednak bardzo duże. Dałbym sobie odciąć rękę, że będzie pusto. No i straciłbym ją. Knajpa wypełniona była po brzegi. Fajnie, słuchaczy „innych” brzmień przybywa.

Wracamy do tematu. Wieczór rozpoczął koncert Dopelord. Rewelacyjny kwartet pochodzący z Lublina. To był mój drugi koncert tego zespołu, w którym miałem szczęście uczestniczyć. Pierwszy raz widziałem ich na Red Smoke Festival w 2016 roku. Występy festiwalowe to jednak zupełnie coś innego niż secik pod dachem. I było zawodowo. Zespół wydał niedawno zacną płytę i głównie ten materiał był prezentowany na scenie, nie zabrakło na szczęście rzeczy starszych. Niecała godzina to niezbyt dużo na koncert tego zespołu. Szczególnie, że ich utwory potrafią trwać nawet kilkanaście minut. Jednak setlista była świetnie ogarnięta, a publiczność po ich występie już zaczynała się „rozgrzewać”. Doom w ich wykonaniu potrafi zabić mocą, jednak doom to za wąskie określenie na ich twórczość. Ze sceny, oprócz doom metalu, posypała się konkretna ilość psychodelii, stonera czy kosmosu. Brudne, agresywne i powolne gitary zamiatały tak, jak trzeba. Ciężkie riffy stłoczone z klimatycznymi solówkami to świetna rzecz. Sekcja rytmiczna utrzymywała tempo, powolne, przytłaczające i bujające. Potężne brzmienie sekcji i gitar uzupełniały świetne wokalizy. Dodatkową atrakcją całego ich występu były świetne i dziwne wizualizacje w tle. Pierwsze koty za płoty. Mi podobało się baaardzo. Publiczność chyba też była zadowolona i niecierpliwie wyczekiwano następnej grupy. Przerwa na fajkę i przegrupowanie na scenie i jest. Kolejnym zespołem była warszawska Sunnata. Mam do nich wielkie szczęście, widziałem ich już trzeci raz w przeciągu ostatnich 5 miesięcy, natomiast na KM relacje z ich koncertu lądowały już 2 razy (Gruzilla Festival, Obscure Sphinx Bielsko-Biała). Nie jest też tajemnicą, że jest to jedna z moich ulubionych, polskich kapel. Więc co mam napisać? Jak zawsze było świetnie. Mega moc i agresja. Ogromna przestrzeń i klimat. Znajomy, którego spotkałem (świat jest mały:)) ujął ich muzykę słowami: „Niezwykłe ilości diabła, taaam, naaa scenieee”. Trafne, nie trafne, posłuchajcie i oceńcie. W kontekście tamtego wieczoru zabawne. Sunnata wybitnie przypadła do gustu krakowskim słuchaczom. Grupowe skandowanie nazwy zespołu, wydawało mi się, że już się tak nie krzyczy, a tu proszę. Byli świetni, zespół, publiczność, atmosfera. Set krótki, ale z cyklu „the best”, zresztą Panowie mają na koncie dwa albumy i oba są doskonałe. I jak we wcześniejszej relacji wspominałem, utwory z pierwszego albumu brzmią na żywo równie dobrze jak twórczość nowsza. Znowu chwila przerwy, oczekiwanie w napięciu, nerwowe wyjście na fajkę, zastanawianie się co to będzie… taki żarcik. Po chwili odpoczynku od dźwięków na scenie zainstalowała się gwiazda wieczoru. Co to był za koncert, wow! Ukraińskie trio pod szyldem Stoned Jesus zaserwowało niemal dwie godziny uczty. Już pierwsze nuty dochodzące ze sceny zwiastowały zupełnie inną energię i klimat. I klimat powoli się rozkręcał, tak jak ich utwory. Zawsze jak wychodzę z koncertu zespołu składającego się z trzech osób jestem w szoku. Po co więcej muzyków skoro w trzech da się zrobić coś niezwykłego. Stonerowa energia kipiała i rozwalała salę koncertową, ludzie szaleli. Psychodeliczny klimat powodował ekstazę. A kawałki momentami zabudowane wręcz prog-rockowo ociekały zajebistością. Warto było czekać. Skład zespołu to wokalista/gitarzysta, basista i perkusista. Robią oni robotę w sposób niesamowity. Wokal mocny, energiczny a czasami leniwy i przeciągły wbijał się do głowy. Zagrywki gitarowe to majstersztyk i swego rodzaju wirtuozeria. Przynajmniej w klimacie psycho/stoner. Pulsująca i bujająca sekcja w odpowiednich momentach biła w twarz mocą. Nie wiem jak to jest możliwe, ale power jaki bił ze sceny był tak wielki jakby było ich co najmniej pięciu. Wspaniałe doświadczenie i muzyka zagrana w sposób wręcz pierwotny. Bez zbędnych ozdobników. Jeśli znacie ich twórczość z nagrań a nie byliście na koncercie to żałujcie. Kawałki brzmią potężnie, tłusto i soczyście, a przy okazji są dobrą formą do rozwinięcia improwizacji, których nie brakowało. Magiczna sztuka.

Dotarliśmy więc do końca. Piękny wieczór w świetnym towarzystwie. Genialna muzyka. Zero nudy, trzy zespoły, trzy różne światy. Psychodeliczny, powolny doom Dopelord. Agresywny i klimatyczny sludge/doom Sunnaty. Stonerowa psychodelia i jamm rock Stoned Jesus. Miodzio. Słowa uznania należą się również realizatorom, którzy czuwali by każdy smaczek można było usłyszeć. A wydaje mi się, że zadanie mieli dość trudne zważywszy na kształt i ściany w knajpie. Chociaż, poradzili sobie na SG’16 vel. „Stonerowa Studniówka”. Kolejny koncert spod szyldu Soulstone Gathering zmiażdżył. A, że wracałem do domu w śnieżycy ponad trzy i pół godziny. Chuj z tym, warto było 😀

Maciej Juraszek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here