Only Sons – kopalnia solidnych riffów i stary diesel

only sons
fot. Andrzej Nowak, oficjalny FB zespołu

Czy kapele, które tworzą obecnie muzykę powinny szukać nowych rozwiązań? A może eksploatacja sprawdzonych już wcześniej patentów, to też niezły pomysł? Czy koniecznie trzeba dziś torpedować odbiorców karkołomnymi konstrukcjami utworów? Czy jednak dobra melodia i proste, piosenkowe granie dalej może się podobać? Wiem, co do powiedzenia mają na ten temat chłopaki z Only Sons!

Przy czym nie zamieniliśmy na ten temat słowa, nie licząc luźnej pogawędki przy piwie z wokalistą kapeli, podczas pewnego festiwalu. Ale do tego pewnie jeszcze wrócę w dalszej części tekstu. Odpowiedzią Only Sons jest ich debiutancki album – Lions & Unicorns. Wystarczy sprawdzić tytułowy utwór i wszystko staje się jasne.

Ale to, że Lions & Unicorns jest ich pierwszym długograjem, nie oznacza wcale, że nie pochwalili się nieco wcześniej pewną dawką pomysłów. W roku 2018 świat usłyszał wstęp tego, co siedzi w głowach Only Sons! Pięć utworów, niecałe 20 minut materiału, tak wyglądała epka Love, Drugs, Treachery & Deceit. Krótkie, treściwe formy utworów, sporo gitarowych riffów, pyszne, nieprzesadzone i świetnie wklejające się partie solowe i sekcja rytmiczna pędząca do przodu niczym rozpędzony kawał skały wystrzelonej z trebusza. Do tego część wokalna interesująca i pełna emocji. A żeby było ciekawiej, taki Song For M, to prawdziwie rockowa ballada z krwi i kości.

Powrót do przeszłości

Słuchasz i przenosisz się w przeszłość, zwłaszcza w lata dziewięćdziesiąte. Ale już na epce, o jakże wpadającym w ucho tytule słychać, że inspiracje są inspiracjami, a kapela chce jednak dodać do tego kociołka coś od siebie. I dodaje co rusz, bo niby wiem, że Pantera i Down zrobili to z trzydzieści lat temu, to jednak pod skórą pojawia się entuzjastyczne mrowienie, które wskazuje, że mimo wszystko krakowska ekipa potrafi wywlec coś zza szafy i w efektownym stylu to odkurzyć. Ale pamiętajcie, że to tylko gra wstępna do tego, co dostaniemy już za moment na longplayu.

Only Sons, jak już zdążyliście zauważyć pochodzą z Krakowa. Wiem, to już trzecia z rzędu kapela z Grodu Kraka, no trudno, tak się te płytki na półce poukładały. W następnych materiałach opuszczę to miasto, by pokazać dea… będzie fajnie, ale jeszcze tego nie zdradzę. Wracam do bohaterów dzisiejszych wywodów. Poskładali się do kupy w 2017 roku, by rok później pochwalić się epką z akapitów powyżej. Nie minął rok a portfolio powiększyło się o drugie wydawnictwo. Jednak niech nie wpadnie Wam do głowy pomysł, że to debiutanci. To bardziej grupa kolegów, którzy postanowili odpocząć od swoich projektów i pograć piosenki. A te projekty, to między innymi Redemptor, Moanaa czy Fleshworld. To teraz już wiecie, że chłopaki warsztat mają konkretny, jak i pojęcie o muzyce.

Bez kombinacji, bez komplikacji, bez przesady!

Lions & Unicorns to trzy kwadranse wypełnione po brzegi tym, co zaserwowali na epce. Tym razem bez ograniczeń, a mimo to w skondensowanej formie. Bez zbędnych rozlazłości, bez robienia sobie jaj i bez litości dla słuchaczy, szukających na siłę najnowocześniejszych form wyrazu w muzyce. Bo o ile nie wszystko jest pewne w życiu, to na tej płycie pewne jest to, że zaskoczy Was totalny brak zaskakujących rozwiązań, które w sumie, same w sobie są w jakiś sposób zaskakujące. Spieszę z wyjaśnieniem: otóż chodzi mi o to, że zapewne lubicie (ja bardzo, ale nie szukam tego na siłę) słuchać kapel, które pokazują, że nie wszystkie riffy zostały już napisane. I bierzecie sobie na warsztat Only Sons. Wiedząc gdzie członkowie grali wcześniej lub grają do tej pory, myślicie, że to będzie coś, czego nie było nigdy wcześniej, nie tylko w Krakowie, ale i na świecie. Odpalacie i jesteście zdziwieni, bo przecież to jednak już było.

I ja tak miałem za pierwszym razem. No, bo przecież death metalowcy czy post rockowcy MUSZĄ zrobić coś innego. Ale oni postanowili odwrócić się na pięcie, opuścić spodnie i pokazać świecące tyłki śmiejąc się w twarz gawiedzi oglądającej ten spektakl z rozdziawionym pyskiem. Zadziałał efekt zimnego prysznica, błyskawicznie stałem się rześki, uśmiechnięty i zaskoczony. Oczekiwania eksplozji riffów połączonych z rytmicznym metrum, którego nie da się policzyć, uleciały jak chmurka papierosowego dymu, a w głowie coraz częściej pojawiały się melodie i osadzały się tam, jak substancje smoliste na płucach.

Pod pewnymi warunkami

To właśnie jest siłą tego albumu i swoistym elementem zaskoczenia. Brak efektownych fajerwerków wynagrodzony jest solidnym przygotowaniem warsztatowym oraz perfekcyjnym zgraniem. Wyraźnie słychać, że Only Sons działają jak stary, dobry, dymiący diesel. I ta analogia motoryzacyjna wydaje się być jak najbardziej na miejscu. W końcu stare diesle nie miały bajerów oczyszczających spaliny i były idiotoodporne. Wiem, miałem i nigdy mnie nie zawiódł. Tak jest tutaj – sprawdzone patenty wykorzystywane kiedyś, również i dziś mogą się podobać. Oczywiście, pod kilkoma warunkami.

Po pierwsze, nie może być mowy o dosłownym kalkowaniu. Druga rzecz – to musi być szczere i wypływające z głów i serc muzyków. Po trzecie wreszcie, mamy XIX wiek, więc brzmienie też powinno być na odpowiednim poziomie. I nie biorę pod uwagę argumentów, że retro, vintage, tak kiedyś się nagrywało. Dziś jest dziś. Najlepsze kapele czerpiące wzorce z przeszłości nie nagrywają w kiblu namiotu cyrkowego, bo kiedyś tak się robiło. Na Lions & Unicorns warunki zostały spełnione z nawiązką!

Dobry pomysł

Ta płyta pełna jest nawiązań do lat dziewięćdziesiątych, ale nie tylko. Fani Corrosion Of Conformity, Down czy Crowbar nie zawiodą się odpowiednią dawką ciężaru i wkurwienia. Wchodząc w emocjonalną warstwę, zwłaszcza linii wokalnych, schodzimy na grunge’ową ścieżkę, na której napotkamy Green River oraz Mad Season. I wcale nie chodzi mi o barwę głosu frontmana (bo wokalista frontmanem jest nie od parady), a o emocjonalność i melodie. Oczywiście nie brak tu również zabawy w stylu dobrego, lekko spitego southern metalu spod znaku Hellyeah.

I ktoś powie, że niejeden w tych klasykach (bo dziś, to już dość klasyczne nazwy są) próbował grzebać i różnie się to kończyło. Racja, ale patrz na warunek pierwszy. To nie jest ślepa kopia. To odwołania i swego rodzaju oddanie szacunku dla tych, co byli pierwsi. Only Sons, biorąc na barki tę muzykę, dołożyło sporo swoich pomysłów, co pozwoliło im wznieść się ponad to. A ja wskazuję te nazwy leniuszkom, którzy potrzebują jakichś odniesień.

Szczerze i współcześnie

Jeśli chodzi o warunek drugi. Nie słyszę w tych piosenkach kalkulacji finansowej i wyrachowanych dźwięków, które powinny mieć miejsce w odpowiednim czasie. Oczywiście forma zwrotka-refren-zwrotka-refren, to schemat uniwersalny i to żaden argument dla uszczypliwych. Natomiast szczere były słowa Andrzeja (wokalisty), o których wspomniałem na wstępie. Stoję na fajce przed klubem, wychodzi on z browarem w ręku, a było to po koncercie jakiegoś ciężkiego, połamanego, śmierdzącego gówna. Jak się podobało – zagajam, w ogóle – słyszę lakoniczną odpowiedź. Jednak po krótkiej wymianie zdań usłyszałem zdanie, które potwierdza, to że ich muzyka siedzi w ich sercach. Rzekł on mniej więcej coś takiego kurwa, ja lubię piosenki, tam gdzie jest melodia, za stary już jestem na te eksperymenty. I ten album to właśnie piosenki. Z melodią, riffem i przyjemnym pierdolnięciem. PS. Jest duża szansa, że słowa są przekręcone, gdyż było to w listopadzie, sens jest jednak zachowany.

Co z trzecim punktem? Sound jest świetny, współczesny i odpowiednio okraszony naleciałościami pasującymi do rzuconych wyżej tematów. Całość pulsuje dynamicznie i szybko powoduje chęć ruszenia dupy sprzed kompa. Inspiracje starą szkołą są wyraźnie podkreślone, jednak podane bez wkurzającego przerysowania w stylu patrzcie jak zajebiści jesteśmy, jak umiemy w najntisy, słuchajcie tej płaskiej jak plecy perkusji i tej kurwa skompresowanej gitary, która się dusi. Nieee, tam jest dużo powietrza, życia i feelingu. I przy okazji świetnie wpada w ucho. Zwłaszcza w pustym samochodzie, na pustej drodze, w ulewnym deszczu, nocą.

Podsumowanie

Czas na podsumowanie, w którym do reszty odpowiem na zadane pytania. Chociaż, na wszystko już padła odpowiedź w tekście. Więc weźcie się wyluzujcie, nabierzcie dystansu, pośmiejcie się z gołych tyłków i innych głupawych żartów. Choć ta płyta absolutnie żartem nie jest. Bo choć emocji tu niemało, a i poważnie też być potrafi, to jest tu również bardzo, ale to bardzo przebojowo. I warto te przeboje posłuchać, bo możecie się zdziwić, tak jak ja.

Maciek Juraszek

PS2 – grafika na okładce, jak zresztą cały artwork, jest super i przypomina mi klimat grafiki innej, krakowskiej kapeli – The Gentle Art Of Cooking People. I nie pomyliłem się, obydwie rzeczy zaprojektowała ta sama osoba! Waldemarze Borowski, to jest cudowne!