Off Festival 2018 – eklektycznie [relacja]

Off Festival 2018
fot: Piotr Kozioł

Off Festival to jedno z najciekawszych wydarzeń kulturalnych w kraju. Co roku na przełomie lipca i sierpnia Katowice zapełniają się ludźmi ze wszystkich stron świata, głodnych nowej, ciekawej i nieoczywistej muzyki. Tak było i w tym roku. Co niedawno na świetnych zdjęciach pokazał Piotr.

Z racji tego, że fotki już wleciały, to teraz czas na krótkie, jednak nieco szersze sprawozdanie z imprezy. Jak zawsze jest to subiektywna opinia fana muzyki wszelakiej. Startujemy!

Off Festival 2018 – gorący piątek

Tegorocznego Offa zacząłem od zespołu Sonbird. Chłopaków widziałem już kilka razy, na dużo mniejszych koncertach. Zastanawiałem się więc, jak poradzą sobie na tak wielkiej scenie. I to o 16, w największym upale. Poradzili sobie zawodowo. Ich mieszanka indie rocka, ambitnego popu i lekkiej, folkowej nutki sprawdziła się znakomicie na rozpoczęcie dnia. Oczywiście nie wytrzymałem całego setu w słońcu i wyskoczyłem do namiotu ze Sceną Trójki zobaczyć duet Good Night Chicken. No, strzał w dziesiątkę. Prawdziwa petarda, wiadra energii i poczucia humoru. Mocny, garażowy rock z konkretnym punkowym zadziorem.

Pierwsze koty za płoty, piwko i czas na kolejne wrażenia. Lecimy więc na Meek Oh Why. Inteligentny rap w oparach jazzu? Interesujące teksty i piorunująca sekcja muzyczna. Rap z live bandem niemal zawsze wychodzi wspaniale. Zachęcony przez kilka osób udałem się na Nanook Of The North. Elektronika, jazzujące inspiracje, ciekawy, trochę tajemniczy klimat. Przyznam, że jednak fanem nie zostałem. Natomiast, to co zrobił Shortparis długo zostanie w mojej głowie. Rosyjski kolektyw, że tak powiem, rozjebał system. I zdecydowanie był to jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu. Potężne pokłady syntetycznych brzmień, pokręcone rytmy, czarujący wokal. Niesamowite partie gitar. Noise rock, elektro, muzyka taneczna i sam nie wiem co jeszcze. Wielkie wow!

Punk rock i brawura

Ciągnięty ciekawością i poniekąd sentymentem wyrwałem się z tamtego szaleństwa i poszedłem zerknąć na kilka ostatnich numerów zespołu Muchy. Chłopaki zreaktywowali skład z debiutanckiej płyty i ten materiał również zagrany został na Offie. Miło zobaczyć jeden z najważniejszych zespołów indie w Polsce w doskonałej formie. Oczywiście nie był to koniec biegania z jednej sceny na następną. To był dopiero początek. Szybko udałem się na Scenę Eksperymentalną zobaczyć post punkowców z Housewives i po stwierdzeniu, że bardzo to ciekawe pobiegłem na Scenę Leśną skonfrontować opinie dotyczące Hańby. I szczęka opadła do ziemi. Jeśli punk wymyślono by w latach czterdziestych, zapewne brzmiałby jak Hańba.

Po tej części koncertów udałem się na szybkie gastro. W końcu kilka godzin na nogach to nie przelewki. Gdy kończyłem szamkę, na Scenie Miasta Muzyki zaczynał Kult. Przeszedłem się, ciekawy brzmienia albumu „Spokojnie” na żywo. Trzeba przyznać, że muzycy są świetni. Jednak czegoś zabrakło. Przespacerowałem się na Bishop Nehru. Niespecjalnie zainteresował mnie ten jegomość, chociaż słyszałem głosy, że dał naprawdę świetne show. Możliwe, że doceniłbym będąc bliżej sceny.

Na szczęście to nie były ostatnie występy tego dnia. Kolejnym zespołem, który miałem niesamowitą przyjemność posłuchać był kalifornijski Oxbow. Alternetywa, noise rock, hardcore, a nawet metal. Piekielnie energetyczny koncert z jednym z najbardziej pokręconych frontmanów imprezy. Cudowne rozpoczęcie nocy. I szybki przeskok na The Como Mamas. 3 cudowne panie zaprezentowały wspaniałego bluesa z Delty połączonego z muzyką gospel, soul i worship. Spokój nadszedł błyskawicznie.

Pierwsza, cudowna noc

The Brian Jonestown Massacre, na ten skład czekałem najbardziej. Hipnotyzująca muzyka, genialne wykonanie, wspaniali muzycy, niesamowity klimat. Koncert tego zespołu zahipnotyzował mnie do tego stopnia, że odpuściłem The Mystery Of The Bulgarian Voices, czyli chór grający na Scenie Trójki w tym samym czasie. Nie żałuję. Po otrząśnięciu się z szoku poprzedniego koncertu wyskoczyłem na The Mystery Lights. Fajne, rock’n’rollowe granie pełne młodzieńczej energii i psychodelicznego polotu. Fajne gitarki, zachęcający wokal i pełna wigoru sekcja rytmiczna wpasowała się w klimat piątkowej nocy. I w tym momencie zbliżałem się do zakończenia pierwszego dnia.

Fanem M.I.A. Nigdy nie byłem, poszedłem jednak zobaczyć co ta osoba prezentuje na żywo i po kilku numerach niestety się znudziłem. Niby fajne, niby wybuchowa energia, a i widok niezły. Oczekiwałem jednak czegoś więcej i po porcję wrażeń udałem się na występ Fontaines D.C. z Dublina. I to był najlepszy ruch jaki mogłem wykonać. O ile The Mystery Lights zagrali fajnie i z polotem, o tyle Fontaines D.C. to była czysta energia. Połączenie punka, indie rocka, alternatywy i niezwykłej mocy scenicznej było doskonałym zwieńczeniem piątku. I ten niesamowity, wyspiarski wokal. Oj, działo się! Co prawda po tych występach były jeszcze dwa kolejne sety, jednak upał i konkretne wrażenia spowodowały, że tę taneczną część odpuściłem.

Off Festival 2018 – sobota z deszczem w tle

Sobota powitała mnie cudownym słońcem i jeszcze lepszym występem zespołu Panieneczki. Rewelacyjny kolektyw mieszający tradycyjną muzykę Kujaw ze współczesnością. Przenikają się tam jazz, muzyka alternatywna, pop czy elektronika. Wielka energia i uśmiech towarzyszący mi już do końca dnia. Sobota to dzień, w którym zdecydowałem, że jednak nie ma sensu biegać od sceny do sceny w szaleńczym pędzie. Jeśli na coś mam iść to pójdę, ale bez ciśnień. Bo właściwie wszędzie gdzie trafisz będzie świetnie. Chociaż na Lonker See poszedłem z ogromnej zajawki. Aż dziwne, że tak niesamowity zespół zagrał o tak wczesnej porze. Ich jazzująca psychodeliczna muzyka powala za każdym razem gdy na nich trafię. Trójmiejski kwartet jest jednym z najciekawszych zjawisk na polskiej scenie muzycznej i udowodnili to na Offi przyciągając dość sporą publikę. Ale jak można nie lubić połączenia wspaniałego saksofonu z pokręconą gitarą, tajemniczym i oszczędnym wokalem oraz magiczną sekcją? Nie da się.

Po genialnym Lonker See przyszedł czas na szybkie uzupełnienie płynów i lot na Legendarnego Afrojaxa. Raper znany między innymi z grupy Afro Kolektyw pokazał jak zrobić dobry rap z mądrym tekstem, poczuciem humoru i energią. Chociaż trzeba przyznać, że bez tak mocnego live bandu mogłoby się nie obronić to tak dobrze. King Ayisoba. Och, to było dziwnie poruszające. Jegomość z Ghany zagrał… no właśnie, co? Powiedzmy, że doskonale zaprezentował world music. Mimo, że miał zagrać z zespołem, który jak się okazało nie dostał paszportów, przyjechał sam i urzekł publiczność zgromadzoną w namiocie Sceny Eksperymentalnej.

Z Ghany do Australii i w kosmos

Z Ghany poleciałem do Australii. Royal Blackout Coastal Fever zagrał po prostu fajnie. I to w najlepszym znaczeniu tego słowa. Słuchając ich słonecznego indie rocka, uśmiech sam pojawiał się na twarzy. Coals odpuściłem z premedytacją i udałem się na krótki spoczynek przed Unsane. Niestety, odpoczynek przeciągnął się nieco i Unsane słuchałem ze strefy gastro. Co ciekawe, stamtąd słychać ich było naprawdę dobrze, więc bujając rytmicznie głową popijałem zimne piwko chowając się w cieniu. Gdy na niebie pojawiły się chmury i zaczęło padać, na Scenę Miasta Muzyki wszedł zespół Turbonegro. Oczekiwałem wiele, nie zawiodłem się. Punkowa energia, hard rockowe hymny i dziwny image to było wszystko, czego publiczność Off Festival potrzebowała. Z deszczowego pola udałem się do trójkowego namiotu, gdzie słuchaczy czarował Moses Sumney. Było fajnie, soulowo, spokojnie, odprężająco. W sam raz by później zrobić sobie przerwę na spotkanie ze znajomymi.

Spotkanie, jak często bywa, przeciągnęło się i na Bo Ningen niemal biegłem. A warto było zdążyć. Japoński kwartet pokazał klasę i urwał głowy zgromadzonym. Jeśli nie wiesz jak to jest, gdy noise rock, kraut rock, psychodela i acid jazz się przenikają, posłuchaj Bo Ningen. Jak dla mnie jedno z ciekawszych odkryć tegorocznej edycji. Zakochałem się. Po tym doświadczeniu przyszedł czas na kolejnego przedstawiciela Japonii, Wednesday Campanella. Niestety, nie trafiła do mnie kompletnie. Zrobiłem sobie spacer i trafiłem na koncert Aurory. I znalazłem się w idealnym miejscu, w idealnym czasie. Młoda Norweżka mnie oczarowała. Świetny pop, pełen energii, mroczny i odważny, a zarazem porywający i miły. Byłem zaskoczony, chyba podobnie jak Aurora przyjęciem przez festiwalowiczów.

Czarujący finał dnia drugiego

Ostatnim, dla mnie koncertem soboty był występ brytyjskiej gwiazdy. Do koncertu Charlotte Gainsbourg podszedłem na totalnym luzie, bez oczekiwań i fanowskich fantazji. I dostałem mentalny wpierdol. Nie, ten występ nie był szybki, szalony czy wybitnie mocny. To był po prostu genialny, ambitny i porywający pop połączony z delikatnymi, bardzo delikatnymi, jazzowymi inspiracjami. Ale zobaczyć kunszt tych muzyków na żywo to była czysta przyjemność dla uszu, duszy i ciała. Wspaniały set, wspaniała wokalistka, doskonali muzycy i piękne piosenki ukołysały mnie na dobranoc.

Off Festival 2018 – zbliżamy się do końca – niedziela

Niedziela zaczęła się od agresywnej Sierści. Słudge i black metal to coś, co bardzo lubię. I tak właśnie polubiłem Sierść. Ich koncert to nie było miękkie futerko, raczej sierść jeża czyli ostre kolce. Agresywny występ momentalnie przywrócił mnie do świata żywych i naładował energią na kolejne występy. Podczas występu Daniela Spaleniaka dałem odpocząć moim uszom. Mroczne, powolne, pełne zadumy i pasji dark country wywoływało gęsią skórkę. Głęboki głos Daniela pięknie kołysał a towarzyszący mu zespół pokazał jak grać taką muzykę. Następnym przystankiem upalnego dnia był ARRM, którego miałem przyjemność słuchać w wigwamie Red Smoke. Rewelacyjny koncert, który powinien mieć miejsce nieco później, gdy się ściemni. Psychodeliczne, ambientowe granie, które zabiera słuchacza w zakamarki głowy weszło znakomicie.

Po krótkiej przerwie wyskoczyłem posłuchać No Age. Noise i punk zawsze dobrze radzą sobie w parze, tak było i teraz. Skumulowana energia i czad był potrzebny. Całe szczęście zdążyłem na kawałek występu Marlona Williamsa. Tym samym zaliczyłem drugi występ country na Off Festival. Jednak muzyka Williamsa miała w sobie zdecydowanie więcej słońca i psychodelicznej, wesołej mocy. Bass Astral x Igo oraz Sensations’Fix nie porwały mnie w najmniejszym stopniu, wyskoczyłem więc coś zjeść. Ok, twórczość Sensations’Fix może weszłaby o 23? Bo jednak jego popierdolona gra na gitarze była urzekająca.

Ariel Pink robi pranie mózgu

Gdy na Scenę Miasta Muzyki wyszedł Ariel Pink, zrobiło się tłoczno. I w pełni to rozumiem. Słońce powoli zachodziło za horyzont, ze sceny lała się pokręcona muzyka, ludzie skakali. To, co zaprezentował Ariel Pink zamurowało mnie do tego stopnia, że nie byłem w stanie wydobyć słowa. Nagłe zmiany tempa w utworach to bzdura przy tym jak potrafiły tam zabrzmieć syntezatory albo gitary. A jednak to były piosenki, a nie zlepek oderwanych od siebie dźwięków. Piosenki genialne i proste zarazem. Hitowe, ale niezbyt oczywiste. Odprężające i porywające do tańca. Jeden z najlepszych koncertów Offa.

Harry Merry, który później występował na Scenie Eksperymentalnej był jeszcze dziwniejszy. I chyba do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, czy koncert mi się podobał. Jego muzyka to wypadkowa popu, lo fi, muzyki eksperymentalne, biesiadnych pieśni Holandii i muzyki klasycznej? No nie wiem, ciekawy Pan z keyboardem. Wiem, że długo tego nie zapomnę. Ale nie był to koncert, na który poszedłem w pierwszej kolejności. Wcześniej stanąłem sobie przy piątej scenie. Scenie Dr. Martens, gdzie prezentowali się songwriterzy, o czym wspomnę później. Powiem tylko, że ja trafiłem na występ Henry No Hurry, który kupił mnie pierwszymi dźwiękami wydobywającymi się z jego gitary. W tym czasie na Scenie Leśnej występowała Big Freddia. Dotarłem na koniec, zupełnie przypadkowo. Tłum był ogromny, zrezygnowałem.

Czarna noc, czarny metal

Furia. I korki wybite. Nareszcie zobaczyłem na żywo jeden z najgłośniejszych ostatnio zespołów nowej fali polskiego black metalu. Co tam się działo! Potężne gitary, napierdalająca sekcja rytmiczna, diaboliczny wokal Nihila i skandowanie publiczności. Furia polubiła publiczność Off Festivalu, ze wzajemnością. Dj set Ariela Pinka odpuściłem i dotarłem na Zolę Jesus. Rewelacyjna wokalistka porwała słuchaczy do tańca, a mnie porwał gitarzysta jej towarzyszący. Jego partie, na pierwszy rzut oka nie narzucające się zbytnio, budowały niezwykłą, tajemniczą atmosferę, w której było mnóstwo przestrzeni dla wspaniałego głosu Zoli. Jej twórczość to nie jest mój ulubiony gatunek, jednak magnetyzm tego występu mnie zaintrygował na tyle, że dałem jej szansę. I gdyby nie dość nudne intra, o których wspomniał znajomy, to byłby to jeden z tych koncertów, na które jeździ się w sierpniu do Doliny Trzech Stawów.

Czarne niebo i tarcza zegarka definitywnie wskazywały, że powoli czas się żegnać z tegoroczną edycją Off Festival. Jednak pozostał jeszcze jeden koncert. Grizzly Bear, to również jedna z tych kapel, na które czekałem z nieukrywanym entuzjazmem. I dostałem to, czego chciałem. Ponad godzinny występ pełen energii i psychodelicznej magii. Ich indie rock pomieszany z popową przebojowością i psychodelicznym klimatem był cudowny finałem imprezy. Amerykanie pokazali się z najlepszej strony, grając bardzo przekrojowy set. Publiczność wynagrodziła to dzikimi pląsami pod scenią. Ja, zahipnotyzowany stałem wpatrzony i nie wiedziałem co się dzieje. Wspaniale.

Mała scena, mały zgrzyt

Ale zanim przejdę do krótkiego podsumowania, rozwinę szybciutko temat sceny Dr. Martens. Otóż, pierwszy raz na Off Festival wjechała piąta scena. Poświęcona głównie spokojniejszej muzyce. Indie pop, neo folk, songwriterzy, itp. Niestety, uważam że była ona nie potrzebna i stała w kompletnie złym miejscu. Ok. dzięki temu poznałem Henry No Hurry. Ale to była bardziej jego zasługa, bo zagrał naprawdę cudowny koncert. Oprócz niego wystąpiło również kilka innych składów. Między innymi Graftman czy Sonbird. Nie byłem w stanie wytrzymać innych koncertów zbyt długo, bo jak nie z jednej, to z drugiej sceny przebijały się koncerty i soundchecki. Potencjał był ogromny, jednak chyba nie do końca wykorzystany… może za rok będzie lepiej? A może lepiej, żeby za rok nie było tej sceny? Sam nie wiem…

Off Festival 2018 – podsumowanie

Nadszedł koniec, czyli czas podsumowań. I co tu napisać? Kolejny raz się nie zawiodłem. Organizatorzy udowodnili, że eklektyzm jest dobry i przyciąga ludzi. Uczestnicy udowodnili, że ani skwar, ani deszcz nie są w stanie przerwać dobrej zabawy. Off Festival to nie tylko (ale jednak głównie) muzyka. Oblegana kawiarenka literacka, off market albo gastro podróże to wielki atut katowickiej imprezy. Oj, było pięknie i już tęsknię 🙂

Maciej Juraszek