Miażdżące riffy i ezoteryczni ninja, czyli Immersion

Immersion

Metafizyka, death metal, sci-fi i Białoruś. Co łączy te elementy? Nikomu nieznany album pod tytułem Immersion. Dlaczego nasz redaktor wpadł w taki zachwyt nad tą płytą i ile czakr otworzyło mu się przypadkiem podczas odsłuchu? Sprawdźcie!

Immersja – słowo będące relatywnie nową naleciałością z języka Szekspira. Środowisko twórców gier oznacza tym mianem proces wciągnięcia gracza w swój świat. Trzeba przyznać, że to dobry tytuł dla najnowszej płyty od Irreversible Mechanism. Jej futurystyczne, ciężkie brzmienie pełne kosmicznej atmosfery zakrawa o przeżycie medytatywne i nie ma w tym ani cienia przesady. Nim jednak założę na siebie szaty mnicha i postanowię szukać swojego trzeciego oka, chciałbym was przekonać do przesłuchania krążka. Dlatego nie czas na medytacje, a na konkrety. Bo warto.

W tym szaleństwie jest metoda

Wydane w ubiegłym roku Immersion jest metalowym dzieckiem białoruskiej formacji, która przez ostatnie lata przeszła prawdziwą ewolucję brzmieniową. Na poprzednim krążku (Infinite Fields) zespół prezentował stylistykę bliską zespołowi Inferi – czyli brutalny, techniczny death metal z mnóstwem orkiestracji. Brutalność na Immersion pozostała, ale smyczki odeszły do lamusa, zastąpione czymś dużo lepszym – prawdziwą atmosferą. Niby słyszymy szalone partie gitarowe, czy ciągłe zmiany tempa charakterystyczne dla progresji, ale w to wszystko wkrada się to coś. Coś, co sprawia że płyta wybija się ponad swoich pobratymców.

Kojarzycie podniosłe, niemal niebiańskie melodie zespołu Fallujah? Niech zgadnę. Oczywiście że nie. Prawdopodobnie istnieje bardzo znikoma szansa, że w ogóle interesuje was jakiś niszowy death metal. Niemniej jednak Irreversible Mechanism czerpie naprawdę wyraźne inspiracje od tych panów. Dostajemy więc metal pełen mistycznego ambientu, okazjonalnie wykwitających czystych śpiewów, nawet utwory w całości elektroniczne. Te oczywiste nawiązania do wyżej wymienionego zespołu okazały się wyjść na dobre dla Irreversible Mechanism, bo Białorusini nie tracą w tym wszystkim własnej duszy, a brzmią dużo ciekawiej i bardziej organicznie niż w poprzednim wydaniu.

Godzina duchów i metodycznego wrzasku

Przygoda z Immersion trwa ponad 50 minut, i choć jest to bardzo intensywny materiał, polecam przesłuchać go w całości. Najlepiej leżąc w ciemnościach, zagłębiając się tak w nim, jak i w sobie samym. Album skupia się na motywie ludzkiej samo-eksploracji i robi to znakomicie. Zgłębia tematy odkrywania samego siebie – tytułowego zanurzenia się w swojej świadomości, zespolenia ze światem, zerwania okowów z przyziemnymi sprawami. Takie trochę The Contortionist.

Jeśli chodzi o same utwory, to z całości wyróżniają się szczególnie pierwsze cztery i ostatnie dwa. Otwierające album, dwuczęściowe Existence, nie spieszy się, budując tajemniczą otoczkę przydługim wstępem rodem z filmów sci-fi. Jednak gdy już się rozpędza, to wyznacza sobą jakość całego albumu. Chórki mieszają się tu z agresywnymi partiami na dwie gitary, które nie boją się zmienić klimatu utworu w zaledwie parę sekund. Wokaliście zespołu (Ilya Studenok) należą się niemałe brawa za połączenie naprawdę przyzwoicie brzmiącego czystego wokalu z krzykami o różnej barwie i natężeniu. Nie są ani trochę nudne, a to nie zdarza się tak często w przypadku tech deathu. Nazbyt często wokaliści zdają się tam pełnić rolę raptem zapchajdziury, żeby coś tam się we frekwencjach dodatkowego działo.

All I am offering is the truth, nothing more*

Miks płyty to kolejny element, który poszedł w bardzo dobrą stronę w porównaniu do debiutu. Wszystko jest krystalicznie czyste (w końcu przy takiej tematyce to niezbędne), bębny dudnią, a bas przyjemnie łechce ucho swoimi partiami. Te z kolei naprawdę zapadają w pamięć! Można by rzec, że wszystko jest cud miód, istne objawienie, i inne przetarte na wylot frazesy, ale tak dobrze też być nie może. Płyta jest na dłuższą metę męcząca, a trzy utwory w połowie albumu potrafią wynudzić.

Zarzuty zarzutami, ale płyta jest wręcz kosmicznych lotów (pun intented). Progresywny death metal z najwyższej półki, który w dodatku sili się na bycie spirytualnym doświadczeniem. To robi wrażenie. Niby tacy niepozorni, niby wokalista robi śmieszne wygibasy ezoterycznego ninja w klipie, którego tytuł (Abolution) uznałem początkowo za niefortunną literówkę, ale jednak. Być może jeszcze zastanawiacie się, co tutaj robicie i o co właściwie chodzi, ale spokojnie. Właśnie tak skołowany czułem się podczas odsłuchu Immersion i nigdy bym nie przypuszczał, że będę komuś z czystego serca życzył tego stanu. Więc czy słuchacie metalu czy nie – odsłuchiwać marsz!


Rivers of Nihil – Where Owls Know My Name [recenzja]

*dokładnie tak, na płycie znajduje się cytat Morfeusza z Matrixa

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o