Metallica symfonicznie – na scenie i na ekranie

Metallica symfonicznie
fot. metallica-res.cloudinary.com/image/upload/v1567875456/Photos/Live%20Photos/2019-09-06-san-francisco-photos/2019-09sep06_pic58_bm.jpg

Wiecie jak to jest nie mrugać przez trzy godziny? Jeśli nie, to znaczy, że nie byliście w kinie na S&M2. I pewnie jeszcze myślicie, że nic nie straciliście, bo przecież to już było. Metallica nikogo nie zaskoczy grając symfonicznie. A założycie się?

Nowy stary koncert

To nigdy nie był zespół podążający za trendami. On te trendy wyznaczał. Gdy modne było odcinanie prądu, Metallica poszła w drugą stronę. Zamiast mniej i ciszej, zrobili więcej i głośniej. Zagrali z San Francisco Symphony. Wielu pukało się wtedy w głowę, twierdząc że takie połączenie pasuje jak pięść do oka. Ale największym zespołem świata nie zostaje się bez powodu. Metallica dowiodła, że wykracza poza sztywne ramy heavy metalu i nawet symfonicznie nie traci na swojej mocy, a wręcz zyskuje jej jeszcze więcej.

S&M na zawsze weszło do historii muzyki. Nie weszło za to do repertuaru Metalliki, ani do programu San Francisco Symphony. To miał być jednorazowy eksperyment. Dobrze, że się udał, ale więcej go nie powtarzajmy. Po czym mija dwadzieścia lat i dowiadujemy się, że Metallica znów zagra symfonicznie. I myśli sobie człowiek “nawet fajnie, tylko po co”, bo czy odgrzewany kotlet może smakować równie dobrze, co świeżo zrobiony? Może. I to nawet lepiej! Fani z pewnością w to wątpili, bo przyjechali na koncert z całego świata. Czego zresztą Lars Ulrich nie omieszkał zauważyć, chwaląc się przy tym znajomością geografii, gdy wymieniał nazwy kolejnych państw, których flagi zdobiły stadion. Warto tu zauważyć, że swoją wyliczankę zaczął od Polski. Tak, my też mieliśmy tam swoich reprezentantów. I możemy im szczerze zazdrościć, bo to czego doświadczyli, nie było zwykłą powtórką sukcesu sprzed lat, ale osiągnięciem nowego, jeszcze większego. Metallica dosłownie była lepsza od samej siebie.

fot. metallica.com/photos/live-photos/sm2-night-two/2019-09sep08-san-francisco-photos.html

Takie samo tylko inne

Nie można na nowo wynaleźć koła i wydawało się, że nie można zagrać tego samego koncertu inaczej. Nawet setlisty spodziewano się tej samej, bo przecież jedyny człowiek na tyle szalony, by podjąć się aranżacji muzyki rockowej z muzyką klasyczną, od piętnastu lat nie żyje. Ale zespół, dla którego nawet koncert na Antarktydzie, nie był niemożliwy, pokazał że da się zrobić to samo, tylko inaczej. A inne było WSZYSTKO! Miejsce koncertu, setlista, dyrygent, skład zespołu.

Coś pięknego

Podobnie jak w ’99, tak i teraz, pod hasłem S&M odbyły się dwa koncerty (6 i 8.09), które zarejestrowano i połączono w jedną spójną całość, by mogli się nią cieszyć fani na całym świecie. Z tą małą różnicą, że teraz nie musimy zdobywać kasety wideo i odtwarzać jej w kwadratowym telewizorze. W 2009 Metallica zaprosiła nas kina, a kto z zaproszenia skorzystał został wbity w fotel. Duży ekran i odpowiednie nagłośnienie na pewno miały w tym swój udział, ale tylko skromny. Cały splendor należy się tym czterem facetom, którzy zaprezentowali mistrzowski poziom i sprawili, że nie mogę napisać ani jednego złego słowa, a wręcz zmuszona jestem wygłosić peany na ich cześć.

Set 1

Pierwszy utwór to jedyny pewniak wieczoru. Zgadujemy bez żadnej nutki. Ecstasy of Gold Ennio Morricone. Po tej jednej nutce dostajemy gęsiej skórki, która nie zniknie przez najbliższe dwie godziny. Utwór numer dwa. The Call of Ktulu. Identycznie jak w Madison Square Garden. No może nie identycznie, bo jakby lepiej. Głos Hetfielda wydaje się brzmieć ostrzej niż dwadzieścia lat temu. Czy to możliwe, czy tylko mi się tak wydaje? I czy faktycznie zapowiada się powtórka setlisty?

For Whom the Bell Tolls, wykonany jako trzeci, mógłby tak sugerować, ale czwarty utwór rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tu wiemy już, że James rzeczywiście śpiewa o wiele lepiej, a setlista przyniesie wiele niespodzianek. Bo jak inaczej nazwać wykonanie The Day That Never Comes na koncercie symfonicznym? Szaleństwem na pewno nie, bo ono objawi się dopiero za chwilę. Najpierw jednak dobrze orkiestrze znany The Memory Remains. Już to przerabiali, więc chyba nie byli zaskoczeni, gdy okazało się, że chociaż oni skończyli grać, to utwór nadal trwa i żyje własnym życiem, dzięki śpiewającej jeszcze długo publiczności.

Za to na kolejne punkty programu nie była przygotowana ani orkiestra, ani publiczność. Pojawiły się dwa nowe tytuły. I to jakie?! Confusion i Moth Into the Flame! Tego nie spodziewał się nikt, bo jakie trzeba mieć jaja, żeby w ogóle próbować połączyć te numery z muzyką symfoniczną. Metallica nie tyle spróbowała, co po prostu to zrobiła. Na właściwym sobie, mistrzowskim poziomie. Muzyka klasyczna wcale nie odjęła tym piosenkom agresji i siły. Nie złagodziła ich ani nie wyciszyła. Jeszcze bardziej je podbiła, dodając im dodatkowej mocy.

Dalej mamy The Outlaw Torn i No Leaf Clover. Niby dobrze już znane, ale śpiewane nowym głosem brzmią jeszcze lepiej! A na koniec seta dostajemy co? Kolejny utwór z Hardwired to Self Destruct! To już nawet nie są niespodzianki. To jest szok! Oczekiwanie jakichkolwiek zmian wydawało się próżne, bo kiedy zespół będący w trasie od dwóch lat, miałby je przygotować. A jeśli już ktoś miał cichą nadzieję, to raczej spodziewał się, że sięgną po klasyki. Albo coś z Loadów, które wydają się stworzone na takie okazje. Ale przecież to Metallica. Tu nie ma kompromisów, ani chodzenia na łatwiznę.

Set 2

Drugą część koncertu otwiera kolejna nowość. Występ samej orkiestry. Tego zdecydowanie brakowało poprzednim razem i dobrze, że to dostrzegli. Dwa typowo klasyczne utwory, okazały się całkiem miłym dla ucha przerywnikiem, dającym też chwilę wytchnienia od emocji. Ale tylko chwilę, bo po Iron Foundry Alexandra Mosolova, miała ich nadejść cała lawina.

Metallica wraca na scenę. To znaczy, wraca James. Ale nie ma ze sobą gitary. Orkiestra zaczyna grać The Unforgiven III, a on zaczyna śpiewać. Głos Jamesa na tle samej orkiestry symfonicznej – ciary! Oprócz ciar, jeszcze łzy. Popłynęły, gdy tylko dźwięk połączył się z obrazem. Widać było, że Hetfield głęboko przeżywa to co śpiewa, a w kontekście ostatnich wydarzeń można się zastanowić jak duże znaczenie, ma śpiewany przez niego tekst.

Czy “how can I blame you, when it’s me I can’t forgive”, jest przyczyną jego choroby? Czy dlatego znowu trafił na odwyk, bo nie może sobie czegoś wybaczyć? Nie wiadomo, czy chodzi o matkę, o Burtona, czy jeszcze o coś innego. Wiadomo jednak, że walczy z jakimiś demonami i w tym właśnie momencie, było to widać. Z melancholii nie wyrwał nawet All Within My Hands, pochodzący z najbardziej kontrowersyjnej płyty jaką Metallica kiedykolwiek nagrała. Można śmiało powiedzieć, że ta piosenka powstała na nowo. Nagle zyskała melodię i głębię. Głównie dzięki gitarze akustycznej na jakiej grał James. Może gdyby przearanżować w ten sposób całą płytę, zamieniłaby się w jedną z najbardziej ukochanych… Lepiej jednak niech zostanie taka jaka jest, bo jest świadectwem swojego czasu i dowodem na to, że ten zespół przetrwa wszystko. Nawet śmierć najlepszego przyjaciela. Z myślą właśnie o nim zagrano kolejny utwór, wyduszając z naszych oczu kolejne łzy. (Anesthesia) Pulling Teeth został wykonany przez Scota Pingela, głównego basistę SF Symphony. I tylko Jasona trochę szkoda, bo choć Robert radził sobie świetnie i widać jego świetny kontakt z resztą zespołu, to brakowało przynajmniej małego ukłonu w stronę byłego kolegi, którzy przecież współtworzył pierwsze S&M.

fot. metallica.com/photos/live-photos/sm2-night-two/2019-09sep08-san-francisco-photos.html

Władca Marionetek

Tak czy inaczej, tu kończą się wzruszenia i zaskoczenia. Dalej są już “tylko” znane i kochane klasyki, z których na szczególną uwagę zasługuje Master of Puppets. James Hetfield nie mógł znaleźć lepszych słów, by opisać to, co się z nim teraz dzieje. Siedząc w kichach mieliśmy świadomość tego, co działo się na scenie. Jasne było, że Papa Het śpiewał o sobie. Wiedzieliśmy o tym, bo czytaliśmy posta w mediach społecznościowych. Gdyby nie on, pewnie nikt by nic nie zauważył. Kilka dni przed pójściem na odwyk James Hetfield dał rewelacyjny koncert, bezbłędnie grał i śpiewał, żartował z publicznością. Trudno było się dopatrzeć, że cokolwiek jest nie tak, a przecież musiało być już wtedy bardzo źle, skoro krótko po występie podjął leczenie. Takie właśnie mieszane uczucia, zostawił po sobie ten koncert. Pod względem muzycznym był absolutnie genialny – to nie ulega wątpliwości. Co innego pod względem emocjonalnym. Zostawił po sobie wielką euforię i smutek jednocześnie. Ogromną radość z tego, czego się właśnie doświadczyło i ogromną obawę o to, że być może to już się nigdy więcej nie powtórzy. Trzeba nam jednak wierzyć, że gdy wrócimy do S&M2 za jakiś czas, będziemy słuchać i oglądać już tylko z przyjemnością, bez obaw o przyszłość Jamesa i zespołu. Metallica po prostu MUSI dalej istnieć, bo dzięki niej i koncertom takim jak ten, świat jest o wiele piękniejszy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o