Jarocin Festiwal 2017 za nami!

 

Jarocin Festiwal 2017 za nami! W miniony weekend, 14-16.07, odbyła się kolejna edycja jarocińskiego święta muzyki.

Są takie miejsca, do których uwielbiamy wracać, czujemy się w nich jak w domu. Takim miejscem dla mnie jest zdecydowanie Jarocin Festiwal. Przez cały rok niecierpliwie oczekuję lipcowego weekendu, w którym owa impreza się odbywa. Tak też było w tym roku! Gdy pojawiły się pierwsze ogłoszenia, nowa formuła festiwalu – nadszedł czas, by zacząć odliczać dni.

Tegoroczna edycja jeszcze przed rozpoczęciem była zagadką. Tak jak pisałam wyżej, zmieniła się formuła imprezy, miejsce rozlokowania scen. Wiele osób już po pierwszych ogłoszeniach line-up’u zarzucała organizatorom, że “zabili Jarocin”. Krytyka, jaka lała się na organizatorów, była przeogromna. Nie ukrywam, że sama poniekąd czułam się urażona czytając komentarze na portalu społecznościowym na “F”. Dorastałam z tym festiwalem w tle. Jarocin to moje pierwsze koncertowe eskapady poza rodzinny Ostrów Wielkopolski. Dlatego też, cokolwiek by się stało, ten festiwal i tak zajmuje i będzie zajmował wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Fakt, ta edycja była inna niż poprzednie. Jednak słowo inna nie znaczy gorsza. Przez te 3 dni na festiwalowych scenach zagrali artyści prezentujący wszelakie gatunki muzyczne. Od jazzu, przez hip-hop, aż do mocnych metalowych brzmień. Każdy, kto przybył na Jarocin mógł znaleźć coś dla siebie.

Pierwszego dnia zdecydowanie najlepiej wspominam koncert ambasadora festiwalu – Krzysztofa Zalewskiego. Zalef jak zawsze zaprezentował się z fenomenalnej strony ukazując swój kunszt muzyczny i przede wszystkim styl, który jest nie do podrobienia.

Nie zawiodłam się również na kultowej grupie – HEY.  Katarzyna Nosowska wraz ze swoją ekipą kolejny raz pokazała mi, że jest perfekcyjną wokalistą i według mnie najlepszą na polskiej scenie muzycznej. Podczas koncertu HEY doznałam również niezbyt miłego incydentu, który wydaje mi się, że warto opisać. Każdy, kto chociaż raz był na PRAWDZIWYM koncercie szeroko rozumianej rock’n’rollowej muzyki wie, że przeważnie na środku, pod sceną odbywają się dzikie pląsy – pogo. Tak też było na HEY -owym koncercie.

W pewnym momencie zauważyłam, iż pewna “dama” w wieku około 45 lat wraz ze swoim partnerem, dość wulgarnie i agresywnie zachowuje się wobec osób, które poddawały się dźwiękom płynącym ze sceny i skakały. Sama byłam w centrum pogo, znakomicie się bawiąc. Nagle partner owej damy (który definitywnie był pod wpływem alkoholu) próbował za kark złapać jednego z młodych chłopaków skaczących koło mnie. Pech chciał, że zamiast złapać tego chłopaka, złapał za moje włosy…

Skończyło się na tym, że wyszłam z pogo w totalnym szoku a na dodatek “oskalpowana”. Cóż, szok jakiego doznałam w tym momencie był taki, że nie pamiętam dokładnie swojej reakcji. Ba! Nie zdążyłam nawet zareagować gdyż koleżanka, która wówczas ze mną “pogowała” odciągnęła mnie od tego jegomościa. Dziękuję jej za to, gdyż później rozpoczęło się tam istne piekło. Poszły w ruch pięści i nogi. “Dżentelmeni” na rauszu widocznie tak rozwiązują swoje problemy. Jednak dochodząc do meritum sprawy, nie boli mnie to, że zostałam okaleczona, że straciłam (o mamo!) aż pukiel włosów.

Boli mnie fakt, że na tego typu imprezy przychodzą ludzie, którzy nie mają ZIELONEGO pojęcia o tym, jak się zachować. Nie chcesz być popychany na koncercie rockowym? Stajesz z boku, nie pchasz się na środek, gdzie przeważnie odbywa się (cytując damę z historii powyżej) “piekło”. Cóż, chyba razem z kupnem biletu powinni rozdawać poradnik dla ludzi niewprawionych, dla “turystów”.

Drugi dzień jarocińskiego święta był również bardzo dobry muzycznie. Tego dnia najbardziej zahipnotyzował mnie koncert zespołu Lao Che. Znam ich twórczość już od wielu ładnych lat, aczkolwiek dopiero teraz zostałam przez nich natchniona ku temu, by poszerzyć swoją znajomość ich muzyki. Scena Park gdzie koncert Lao Che się odbywał była idealnym miejscem. Leżąc na trawie pod sceną, obserwując nocne niebo, delektowałam się dźwiękami, które były serwowane. Istna magia.

Trzeci, ostatni dzień festiwalu to koncerty między innymi Organka, O.S.T.R i Krzysztofa Zalewskiego w projekcie NIEMEN. Należy również dodać, że postać Czesława Niemena była motywem tegorocznej edycji Jarocina. Stąd też koncert poświęcony jego pamięci odbywał się na zakończenie imprezy.

Ja jednak najbardziej wyczekiwałam koncertu zespołu Organek. Moja miłość do twórczości Tomasza i jego ekipy jest przeogromna. Dlatego też z niecierpliwością, pod samą barierką oczekiwałam rozpoczęcia koncertu. Nie zawiodłam się. Panowie zagrali zarówno piosenki z najnowszej płyty, jak i też stare “szlagiery”, które tłum wspólnie z Tomkiem odśpiewywał. Zespół sprezentował również niespodziankę ludziom zgromadzonym pod sceną. Pod koniec koncertu na scenę wszedł gość specjalny – Adam Ostrowski O.S.T.R. Ostry spontanicznie nawinął swoją gadkę, która fenomenalnie komponowała się z dźwiękami instrumentów muzyków. To było piękne show i nie lada frajda zarówno dla fanów Organka jak i też Ostrego, który jako kolejny miał zaprezentować się na deskach sceny.

Po tych trzech dniach przepełnionych ogromną dawką muzyki pod jarocińskim niebem, nasuwają mi się pewne przemyślenia. Sama formuła festiwalu jak najbardziej w porządku. Organizacyjnie wręcz idealnie! Jednak zabrakło mi tego klimatu kurzu, brudu i delikatnego bałaganu, który był na poprzednich edycjach. Doszłam do tego, gdy wracając z drugiego dnia popatrzyłam na swoje glany, które były… czyste! Wręcz błyszczały. W poprzednich latach było to nie do pomyślenia. Jednak mojej miłości do Festiwalu w Jarocinie nic nie jest w stanie zabić. Było niesamowicie, pięknie i magicznie! Organizatorom należy się wielkie chapeau bas za bardzo dobrą i sprawną organizację wszystkiego i śmiałą próbę stworzenia klimatu Festiwalu, innego niż był wszystkim znany do tej pory. Wiem jedno, Jarocin nadal pozostanie stałym miejscem na mojej festiwalowej mapie Polski! 

A poniżej link do fotorelacji z pierwszego dnia  Jarocina:

https://kulturalnemedia.pl/galeria/jarocin-festiwal-14-07-fotorelacja/