Jak śpiewają neony? | Erra – Neon [recenzja]

Neon

Już od dawien dawna Jesse Cash (gitarzysta i wokalista Erry) wspominał, że chce albumu mroczniejszego od poprzedzającego go Drift. W kwestii tego, czy na Neon słychać owe mroki, pozostanę póki co bezstronny. Od czegoś wszak konkluzja recenzji jest, prawda? Ale nim przejdziemy do sedna, czyli brzmienia i największych za/przeciw nowego krążka, warto przyjrzeć się, jak poprzednie albumy rzutują na postać tego… Neonowego.

Musicie przyznać, że Erra przez (już prawie) dziesięć lat swojej działalności zdążyła rozpieścić wielu słuchaczy. Oho, panie redaktorze, co za odkrycie Ameryki!

W każdym razie – dwa pierwsze longplaye zespołu, to jest Impulse i Augment, wpisały się na stałe w kanwę progresywnego core’u. Skąd ten wniosek? Bo wszystkie kolejne płyty i EPki zespołu są wiecznie do rzeczonego Augment porównywane i umieszczane gdzieś pod jego piedestałem. Nie dziwota – zmiany w składzie kapeli robią swoje (licznik odkryć Ameryki w tekście przekroczy, jak się obawiam, normę o kilka tysięcy mSv), a Augment było pięknym albumem. Ambitnym, z mięsistym basem, krystalicznie czystymi melodiami, licznymi zmianami w obrębie utworów… można by długo wymieniać – Augment dla Impulse było jak w świecie gier Fallout 2 dla Fallouta – czyli więcej, lepiej, bardziej obiecująco. A potem gusta odbiorców się bardziej rozwidliły. Po wcześniej wspomnianych zmianach w obrębie wioślarskim i krzyczanym zespół poszedł wyraźnie w inną stronę.

Dostaliśmy, moim zdaniem, świetną EPkę Moments of Clarity, mającą jedne z najlepszych partii gitarowo-synthowych w dorobku zespołu (Our Translucent Forever, czy tytułowe Moments of Clarity się kłaniają), a w 2016 już pełnokrwiste Drift, z nowym, ugruntowanym składem i równie nowym brzmieniem. To na Drift zespół pokazał, że chce temu swojemu ciężarowi dać przestrzeń na oddech. I przy okazji nabawić bezdechu śpiewającego (przynajmniej studyjnie) czysto Jessiego, wpakowując w utwory więcej jego głosu.

Części osób się to spodobało, część kręci nosem, że jest zbyt płasko, zbyt generycznie. Generycznie – jak na Errę, czy jak na standardy gatunku muzyki? W każdym razie, dwa lata dalszego kreowania nowego stylu owocuje tym, co najważniejsze w dzisiejszym tekście – Neonem.

Augmented clarity

Świadomie unikałem wydawniczego hype’u. Chciałem dostać pudełko z niespodzianką w środku – i w istocie, dostałem ją. Otwierające krążek Breach przypomina starsze dzieje Erry. Dominuje na nim klimat, który umieściłbym w rozdrożu między Augment a Moments of Clarity. Wracają te przestronne, ambientowe warstwy gdzieś w tle, agresja poprzeplatana z połamańcami i czystymi partiami. Na to wszystko narzucone instrumentarium Drift, czyli innymi słowy pomieszanie z poplątaniem. Utwór ten nie przeciera szlaków, ale trąca wszelkie struny fana zespołu. Na Monolith nieco gorzej – albo nawet nie gorzej, lecz nudniej. Kawałek przewidywalny do bólu. Czy to Erra, czy Northlane – przeszło mi kilka razy przez głowę.

Za to trzecie w kolejce Signal Fire mile mnie zaskoczyło. Brzmienie na pierwszy rzut ucha na wskroś niepodobne do Erry. Okazuje się zdominowane przez to, co robi Jesse w swoim drugim, post-hardcore’owym projekcie, czyli Ghost Atlas. Pomimo to gdzieś w połowie utworu wychodzi szydło z worka.

Progresja melodii nie daje cienia wątpliwości, że to Erra w całej okazałości. Przy okazji mieszanka wokali sprawia, że ani jeden, ani drugi nie jest monotonny.

JT Cavey (naczelny krzykacz) wyraźnie oswoił się z resztą zespołu, ale w dalszym ciągu boi się eksperymentować ze swoim wokalem. Notorycznie wyciąga jedno i to samo. A pamiętając, co robił Garrison Lee na poprzednich płytach ze swoimi high’ami i lowami… szkoda, doprawdy szkoda. Idąc dalej – Valhalla zamiata ciężarem, a w opozycji do niej, Hiperreality jest całkowicie nijakie. Jakby panowie ten raz nieumiejętnie wypośrodkowali swoje zamiary, by łączyć starą Errę z nową.

Po trosze ze wszystkiego 

Jak dla mnie, to od Ghost of Nothing zaczyna się faktyczny Neon. Bardzo chwytliwy, melodyjny kawałek, nastrajający pozytywnie na kolejne utwory. I nastrajający słusznie, bo Disarray to prawdziwa kopalnia ciekawych zagrywek, wyciskania siódmych potów z wokalistów, umieszczania warstw na warstwach. I ten breakdown! Za to tapowane Expiate nawiązuje czysto do Drift, by już w chwili wejścia wokalu przejść do klimatów, które dobrze znamy z Augment. Sama linia melodyczna skojarzyła mi się z kolei w jakiś pośredni sposób z rosyjskim Chocoslaycem. W dodatku połączonym dziką drogą z niektórymi zagrywkami Sarah Longfield. Nie śmiejcie się, każdy miewa różne skojarzenia.

No i przechodzimy do najlepszej części albumu, czyli Unify i Ultimaty. O Unify mógłbym napisać to samo, co o Expiate – idealny balans melodii, ciężaru i, jak to by kolokwialnie rzec, feelsów! Tymczasem w kwestii finiszującej płytę, jak sama nazwa wskazuje, Ultimaty, to nie chcę mówić oczywistości, ale…

Kończyć trzeba w wielkim stylu

Jeżeli coś jest w pewne w dorobku Erry, to że każdy krążek kończy zawsze w wielkim stylu. Miażdżąca szczękę Andromeda, Render The Void ze swoim 1:40, Dementia (DEMENTIA!), Moments of Clarity, The Hypnotist – każdy z tych utworów zmuszał do wrócenia po więcej. Nie inaczej jest z Ultimatą – jej ostatnie dwie minuty to po prostu jest to. Synergia wokali, melodii, złamane ciężary, wszystko wskakuje na odpowiednie miejsce.

Reasumując, nie, to wciąż nie Augment 2.0. Ale i tak jest nieźle, bardzo nieźle. Choć nie zmienia to faktu, że miks płyty odbiera jej części ciężaru, przesuwając często gitary, tak kluczowe w muzyce Erry, na tyły. JT dalej przynudza, a fan dorobku zespołu nie odkryje tu wiele nowego. A co z tymi mrokami? Jest na pewno mniej “pogodnie” niż na Drift czy MoC, ale wciąż bardzo energetycznie. Ta płyta to mocne 7/10, gdzie, przyrównując do mema “the guy she told you not to worry about”, mogłaby się obawiać przede wszystkim Augment, będąc na równi (lub nawet zjadając) Drift i EPki. To by było na tyle – czas wrócić do zapętlania Ultimaty!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o