Highway “Gruzzz n’roll” – [recenzja]

Highway

Bytomski “Gruzzz”

Mamy to! 3 kwietnia ukazał się album pod interesującym tytułem. „Gruzzz n’roll” to czwarty, studyjny longplay śląskiej grupy Highway. Było trochę czekania, ale w końcu się pojawił.

Highway "Gruzzz n'roll" - [recenzja]

Highway powstał w Bytomiu w 2001 roku. Działają więc już sporo czasu. Mają też na koncie sporo materiału, wspomniane albumy studyjne, kilka epek i koncertówek. Niestety, grupa wciąż nie może przedostać się do szerszej świadomości słuchaczy. Często tak jest, jak za muzykami nie stoi jakiś „uznany” label. No cóż, najwyraźniej chorda, której przewodzi gitarzysta Maniol, ma to w głębokim poważaniu i od kilkunastu lat robi swoje. Mają grupę swoich fanów, mają umiejętności i pomysły, mają kolejną płytę, którą udowadniają, że działając bez wsparcia majorsów da się rozwijać i robić coraz ciekawsze rzeczy.

Jak każde dziecko wie, Śląsk jest bardzo ważnym regionem jeśli chodzi o muzykę, zwłaszcza w klimacie zespołu Highway. Grupa nie odcina się od korzeni, nie gra żadnej awangardy, ani spektakularnych eksperymentów. Przeciwnie, serwuje nam wszystko co najlepsze w muzyce z południa, zarówno Polski jak i USA.

Rock’n’roll żyje!

Czym jest więc „Gruzzz n’roll”? Rewelacyjną miksturą przyrządzoną z najlepszych składników. Osiem świetnych utworów, niemal 45 minut muzyki. Nie są to co prawda rozwleczone, psychodeliczne kompozycje utkane pod warstwą zielonego dymu. Czyli takie, które lubię najbardziej. Jest tu potężna dawka energii, mnóstwo wciągającej atmosfery, ale również kilka balladowych przystanków. I trzeba przyznać, że Highway umie tworzyć klimatyczne, nastrojowe kawałki. Umie również odnaleźć właściwą proporcję. Płyta nie nudzi smętnymi kawałkami, ani nie męczy zbyt dużą ilością szalonych pościgów na gryfie. Każdy z kawałków ma idealny czas i znajduje się w idealnym miejscu.

Lata praktyki!

Sześć osób i każda ma swoje miejsce. Przestrzeń dla każdego z instrumentów jest wykorzystana naprawdę maksymalnie. Nikt się nie ściga, ani nie popisuje. A często zdarza się, że właśnie w takiej muzyce pojawiają się onanistyczne solówki gitarowe bądź niepotrzebnie rozbudowana gra perkusji. Tu nic takiego nie ma miejsca. Zamiast tego jest luz i fajny polot. Gitary fajnie się wspierają. Partie solowe są przemyślane, jednak wyraźnie słychać, że nie są perfekcyjnie skalkulowane na ilość dźwięków na sekundę, a raczej na zbudowanie nastroju kawałka. Bardziej kontynuują opowieść wokalisty i dopełniają kompozycję. Również riffy, w szybszych kawałkach i cudowne akordy w balladach mają za zadanie wpaść w ucho i ruszyć głowę. Wokal jest pełen energii, ma ciekawą barwę i dynamicznie wkleja się w instrumentale. Sekcja rytmiczna nadaje całości soczystego pulsu. Bębniarz i basista są chyba połączeni jakąś tajemniczą, astralną nicią i pompują wspólnie dobry groove. Nad tym wszystkim latają świetne klawisze. Ok, jestem Hammondowym fetyszystą, więc tym bardziej wchodzi mi to w głowę. No ale naprawdę zarówno organy Hammonda, jak i piano, chyba Rhodes, pasują tu idealnie.

Warto również wspomnieć o gościach biorących udział w sesji do tego albumu. Mamy tu efektowne chórki, które są dziełem Wiedźmy. W przedostatnim utworze pojawiła się harmonijka ustna Michała Kielaka, a ostatni utwór, rewelacyjna, długa ballada jest dziełem Tomka Domierackiego. Widać, że „Gruzzz n’roll” nie jest zbiorem przypadkowych utworów.

Podsumowanie!

„Gruzzz n’roll” to chyba najlepsza, najbardziej zróżnicowana, a zarazem najbardziej spójna płyta. Co ciekawe, jest również najcięższa. Na szczęście nie jest pozbawiona zwiewnej szaty południowego jamm rocka. Brzmienie jest naprawdę mocne i pełne czadu. Słychać, że chłopaki nieco odsunęli się od typowego blues rocka. Wiadomo, od początku były tu silne wpływy southern rocka, jednak tu rozszerzyli całość i dosypali do tego więcej ciekawych przypraw. Mamy trochę boogie, gdzieś tam pojawiają się delikatnie soulowe zapędy, zwłaszcza jeśli wsłuchamy się w chórki. Na to wszystko wysypany jest tytułowy gruz, który skłania się w stronę hard rockowej sceny lat siedemdziesiątych. No i w końcu blues. Feeling, lekkość i bluesowy luz. A to wszystko w ich własnym, unikalnym stylu.

Gratulacje, wyszło wspaniale.

Maciej Juraszek

Zdjęcia: oficjalna strona zespołu

Highway "Gruzzz n'roll" - [recenzja]