Eric Clapton – człowiek, który nie grał w złym zespole

The Cream

The Yardbirds, John Mayall & Bluesbreakers, The Cream, Blind FaithDerek and The Dominos – we wszystkich wymienionych zespołach z powodzeniem grał i komponował Eric Clapton i każdy z nich zapisał się w historii muzyki XX wieku. Co czyni je wyjątkowym?

Eric Clapton jest jedną z najbardziej wpływowych postaci muzyki gitarowej drugiej połowy XX wieku. Nikomu nie trzeba udowadniać klasy samego muzyka, ale warto pochylić się nad zespołami, w których w ciągu swojej kariery z powodzeniem tworzył i zdobywał muzyczne szczyty. Jeśli mowa o dorobku w zespołach, to najczęściej słyszy się o The Cream, a przecież to tylko jedna z pięciu formacji, w których udzielał się gitarzysta.

The Yardbirds – inkubator muzycznych talentów

W 1963 roku Giorgio Gromelsky, właściciel klubu The CrawDaddy, odkrył The Yardbirds – zespół, który grał popularny wtedy rhythm’n’blues. Clapton miał już wyrobioną znakomitą opinię w bluesowym światku stolicy Anglii. Tak opisuje dołączenie do zespołu w swojej autobiografii:

Keith powiedział mi, że jest wokalistą w Yardbirds, i zapytał, czy nie chciałbym ich posłuchać w The CrawDaddy. Dodał, że ich gitarzysta najprawdopodobniej zrezygnuje i być może byłbym zainteresowany zajęciem jego miejsca. Poszedłem zobaczyć, jak sobie radzą. Grali dobre rhythm’n’bluesowe kawałki, takie jak You Can’t Judge the Book, Bo Did-dleya i Smokestack, Lightning Howlin’ Wolfa, i dla mnie już sam fakt, że je znali, był wystarczającym powodem, by do nich dołączyć.

Wraz z dołączeniem Claptona do zespołu, jasne było, kto stanie się jego najjaśniejszą postacią. Potężne brzmienie gitarzysty, niespotykana wcześniej technika i jego wizjonerskie podejście do bluesa zdefiniowały brzmienie angielskiego R’n’B. Zespół świecił triumfy na tyle duże, że przejęli muzyczną rezydencję The Rolling Stones, wspomniany wcześniej The CrawDaddy. W 1964 roku The Yardbirds mieli już za sobą ponad 200 koncertów, ale coraz bardziej komercyjne nastawienie i parcie na szkło pozostałych muzyków doprowadziło do konfliktów i wyrzucenia Claptona w 1965 roku. Wytwórnie i promotorzy nalegali na to, by wydali bardziej popowe i proste utwory. Clapton był w owym czasie bluesowym purystą i nie chciał się sprzedawać. The Yardbirds może nie byli grupą wizjonerów, ale po odejściu ich największej gwiazdy, nagle pojawił się kolejny wybitny gitarzysta – Jeff Beck, który pozostawał liderem przez dwa lata. Żeby tego było mało, jego zastępcą został młody Jimmy Page. W 1968 roku zespół rozpadł się, a Page został sam z zobowiązaniami kontraktowymi wobec wytwórni. Zatrudnił więc trzech muzyków – Johna Bonhama, Roberta Planta i Johna Paula Jonesa. Tak powstał zespół później znany jako Led Zeppelin.

John Mayall & Bluesbreakers – bluesowe odrodzenie

Po rozstaniu z The Yardbirds Clapton próbował namówić znajomego klawiszowca i zadeklarowanego bluesmana, Bena Palmera do wspólnego projektu. Nic z tego nie wyszło, ale Palmer przekazał numer Claptona Johnowi Mayallowi. Kim był tajemniczy Brytyjczyk?

Był to muzyk bluesowy, cieszący się niezwykłą estymą, lider zespołu The Bluesbreakers. Zadzwonił i zapytał, czy jestem zainteresowany dołączeniem do jego grupy. […] podziwiałem go, ponieważ robił dokładnie to, co moim zdaniem należało zrobić w The Yardbirds. Odnalazł swoją niszę muzyczną i pozostał w niej, koncertując w dobrych klubach i nagrywając nieprzystające do muzycznej rzeczywistości kawałki, co jednak nie powodowało bankructwa zespołu.

John Mayall to nestor brytyjskiego bluesa, dwanaście lat starszy od Claptona. Jego zespół skupiał purystów R’n’B i był zdominowany przez samego Mayalla, który był niekwestionowanym liderem zespołu i głównym kompozytorem. W 1965 roku Bluesbreakers z powodzeniem koncertowali w klubach w całym kraju. Był to kolejny rok wielkiego triumfu Claptona, który w ciągu zaledwie paru miesięcy stał się najbardziej popularnym muzykiem bluesowym i jednym z najbardziej szanowanych gitarzystów na świecie. Jego pozycję potwierdziła gra na albumie BluesBreakers: John Mayall with Eric Clapton, gdzie podbił serca niesamowitym brzmieniem gitary Gibsona Les Paula i wzmacniacza Marshalla. Muzyk znalazł swoją niszę, swoją muzykę i zespół, z którym mógł rozwinąć skrzydła. To właśnie w tym czasie publiczność wprost oszalała na punkcie gitarzysty – do tego stopnia, że w Londynie tworzono graffiti, które głosiło: Clapton Is God.

The Cream – pierwsza supergrupa w historii

W 1966 roku Clapton odwiedził kultowy klub Marquee, gdzie grało trio Buddy Guy’a. Potężne brzmienie Amerykanina zmieniło jego podejście do gry. Pewien swych umiejętności utwierdził się w przekonaniu, że wystarczy mu charyzmy, by założyć trio, w którym będzie liderem. Za namową Gingera Bakera – wtedy perkusisty Graham Bond Organisation -rozpoczęło się formowanie jednego z najważniejszych zespołów rockowych w historii. Clapton chciał zaprosić do współpracy Jacka Bruce’a, który w owym czasie także grał w zespole Bonda. Baker i Bruce, łagodnie mówiąc, nie przepadali za sobą, ale ostatecznie wizja stworzenia wyjątkowej formacji zwyciężyła i powstało The Cream – muzyczna śmietanka lat 60. Potęgę zespołu wspaniale obrazuje utwór Crossroads z koncertu w sali Winterland w San Francisco.

Nowatorskie brzmienie – blues, pop, jazz, soul 

Brzmienie tria było niezwykle motoryczne i dynamiczne. Niektóre utwory mocno pachniały jazzem za sprawą swingującej i polirytmicznej partii perkusji Bakera. Jack Bruce dodawał niesamowite linie basowe, które nadawały tempa utworom i stopniem skomplikowania nierzadko dorównywały partiom Claptona. Był on także głównym wokalistą zespołu. Dynamika gry w trzyosobowym zespole wpłynęła na grę Claptona, który w mniejszym składzie musiał grać dużo więcej dźwięków i bardziej zróżnicować swoje brzmienie. Cała trójka z początku grała niesamowicie szybkie i wirtuozerskie aranżacje standardów bluesowych, a na próbach potrafili w ten sposób spędzić całe noce. Repertuar stopniowo poszerzał się za sprawą kompozycji Bruce’a i zespół zaczął grać muzykę z elementami popu i soulu. Zauważalne były wpływy jazzu, jako że The Cream uwielbiało improwizować, modyfikować popularne melodie w każdy możliwy sposób. Oczywiście nie zapominano o bluesowych korzeniach i w dalszym ciągu na koncertach można było usłyszeć półgodzinne jamy oparte o prosty, dwunastotaktowy blues. W ciągu trzech lat The Cream sprzedało 15 milionów płyt, a sam Clapton był niekwestionowanym królem gitary. Jedynym muzykiem, który mógłby zagrozić jego pozycji w owym czasie, był sam Jimi Hendrix.

Zaczęliśmy grać niekończące się solówki i wkrótce wykonywaliśmy coraz mniej utworów, za to te, które graliśmy, były bardzo wydłużone. Na początku utworu każdy z nas wyruszał w swoją stronę, a następnie poprzez przypadkowe punkty w muzyce dochodziliśmy do tych samych konkluzji – mógł to być riff, akord, jakiś pomysł – rozwijaliśmy go wspólnie i wracaliśmy do swoich wariacji. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego. Nie miało to nic wspólnego z tekstem czy pomysłem. Tkwiło o wiele głębiej, kryło się w istocie muzyki. W tamtym okresie znaleźliśmy się na szczycie naszych możliwości.