Doomster Reich “Drug Magick” [recenzja]

Dlaczego dopiero teraz?

Jakiś czas temu wpadła w moje ręce pewna płyta. W sumie to nawet dwie, ale o drugiej będzie w innym tekście. Pierwszą z nich jest „Drug Magick” łódzkiej formacji Doomster Reich. Album wpadł w moje ręce kilka tygodni temu, dlaczego więc piszę o tym dopiero teraz? Bo tak. Co więcej jest to płyta z października 2017! Nieważne 🙂 sprawdźcie to koniecznie!

Od razu się przyznam, że nazwa zespołu była mi obca aż do ich występu na katowickim Stoner Doom Festival. Wówczas powalili mnie na łopatki. Ich niezwykle energiczny i mocno pokręcony występ mnie zszokował. Nie mniejsze wrażenie zrobił na mnie ten album. Nie znam wcześniejszej twórczości grupy, doszły mnie jednak słuchy, iż jest to doomowa kapela, której muzyka nie wydaje się zalana beczką smoły.

Kto to taki?

Doomster Reich to kwintet pochodzący z Łodzi. Do niedawna myśląc o zespołach z tego miasta miałem w głowie przede wszystkim Cool Kids Of Death oraz O.S.T.R.a. No cóż. Cieszę się, że poszerzyłem horyzont. Panowie sformowali skład już w 2012 roku, a pierwszy album wydali dwa lata później. Później były epki i sporo koncertów. Trzy lata upłynęły zanim na rynku pojawiło się kolejne, pełnometrażowe wydawnictwo. Na szczęście się pojawiło i trafiło do mojego odtwarzacza.

Album Doomster Reich „Drug Magick” to sześć długaśnych kawałków, takich w sam raz na zadymiony wieczór. Płyta trwa niemal godzinę, co bardzo mnie cieszy, bo jestem fanem niekończących się numerów. Takich gdzie dominują rozwleczone riffy, płynący wokal i mocarna sekcja rytmiczna. Jeśli do tego dodamy hasające gdzieś w tle syntezatory i zalejemy to tytułową magią, otrzymamy bardzo wciągający produkt. Zastanawia mnie jednak pewna sprawa…

Jest bardzo przyjemnie!

Otóż, może ja jestem głuchy, ale na „Drug Magick” doom to nie jest danie główne. I absolutnie nie jest to zarzut. Plotki, że smoła spływa na dalszy plan okazały się słuszne. Muzyka na albumie jest żywa. Owszem, jest bardzo ciężka, ale zarazem stosunkowo szybka i energiczna. Powiedziałbym, że na swój narkotyczny sposób jest bardzo przebojowa.

Już otwierający „Gimme Skelter” startuje z bardzo fajną petardą. Więcej tu kosmicznego stonera przybrudzonego dźwiękami gitar, które soundem zalatują, hard rockiem. Szczęśliwie szybko wlatują tu wariackie, zmodulowane brzmienia. Czy wybór singla był trafiony? Trudno powiedzieć, bo właściwie większość kawałków zasługuje na to miano. Jednak najtrafniejszym wyborem byłby chyba „Chemical Funeral”, ale tylko ze względu na w miarę „radiową” długość.

Idąc tym śladem, trudno mi wybrać ulubiony numer na tej płycie. Jest ona bardzo równa. Nie nudzi i jest spójna. Przy każdym odsłuchu sprawia, że na mojej twarzy pojawia się konkretny banan. Świetnie brzmiące gitary to oczywistość, o której napisałem wyżej. Ale na pokładzie mamy jeszcze trochę innych smakołyków. Genialne klawisze i inne elektrozabawki robią bardzo fajną robotę. Pojawiając się w tle nie są nachalne, a diametralnie poprawiają sytuację. Na uznanie zasługuje sekcja rytmiczna, która dzielnie brnie do przodu pilnując, by wszystko było osadzone z fajnym pierdolnięciem. I na koniec mamy wokal, gdzie jednak mniej jest Black Sabbath, więcej za to Hawkwind. Nie dało się uniknąć porównań, ale ta przestrzeń w partiach śpiewanych mnie hipnotyzuje.

Wielki finał!

Podsumowując. Konkretne pokłady stonerowej energii pogrzebane w morzu kwasowo-spejsowej psychodelii, a to wszystko położone na lekkiej chmurce doomowego ciężaru. Mniam.

P.S. Okładka to majstersztyk psychodelicznych rysunków. Moje zeszyty w szkole średniej miały takie marginesy 🙂

Zdjęcia: oficjalny FB zespołu

Maciej Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o