Bad Light District – wschód krwawego księżyca!

bad light district
fot. oficjalny FB zespołu

Niezbyt często zdarza się, że album muzyczny pasuje do aury na zewnątrz. Tym razem propozycja, którą wziąłem na warsztat wkleja się w wręcz idealnie. Za oknem zimno niczym w klawiszowych brzmieniach rodem z lat osiemdziesiątych. Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się promienie słońca. Oto Bad Light District i najnowszy krążek – Lucky Blood Moon.

Po długiej nieobecności wracam! Niektórzy się pewnie cieszą, że znowu poczytają co nieco o muzyce, którą jaram się jak marzanna (dawny, pogański zwyczaj, podpalanie i topienie słomianej kukły, która zwiastować ma rychłe zakończenie zimy) na wiosnę. W każdym razie, po ciężkim grudniu i niewiele lżejszym początku stycznia startuję z kolejną porcją brzmień wywołujących u mnie mniejsze bądź większe oznaki podniecenia, radości i entuzjazmu.

Jako pierwsza w kolejce wylądowała płyta krakowskiego zespołu Bad Light District. Zespołu, który właściwie zespołem nie jest, albo raczej w pewnym momencie przestał nim być. Otóż za album Lucky Blood Moon odpowiada wyłącznie jedna osoba, która skomponowała i nagrała całość materiału. Co więcej, jest to powrót po chwili niebytu oraz niemal dekadzie funkcjonowania jako pełnoprawna kapela. Czy była to dobra zmiana? Na to pytanie nie będę starał się odpowiadać, gdyż stwierdziłem, że do tematu podejdę na świeżo ponieważ Bad Light District to dla mnie nowość. Odpuściłem więc sprawdzenie starszego repertuaru. Jednak po oswojeniu się z tą płytą muszę nadrobić zaległości.

Dystans i twórcza radość

Według Michała Smolickiego, który odpowiada za całość, album miał być zdystansowanym spojrzeniem w przeszłość i przyszłość zarazem. Na zmiany i ewolucję zarówno w temacie inspiracji, jak i czerpania radości z grania. I o ile nie jestem pewien wcześniejszych inspiracji Bad Light District, o tyle na Lucky Blood Moon zdecydowanie czuć jaką frajdę sprawiać może tworzenie muzyki. I w żaden sposób nie objawia się to srogą ilością radiowych hitów, wesołkowatych pioseneczek czy łzawych ballad. Bo tych jest tutaj zdecydowany deficyt, co oczywiście jest ogromną zaletą tej płyty. Twórcza radość wychodzi raczej w kontekście dopracowania materiału i świetnych pomysłów, które, mimo że spokojne na pierwszy rzut ucha, wpadają w głowę dając dziwną satysfakcję z każdej przesłuchanej nutki.

Czym jest więc Lucky Blood Moon? Konkretnym skokiem w zamierzchłą przeszłość, którą ja kojarzę raczej z opowieści i przesłuchanych płyt. Oczywiście, loty wstecz, muzyczne wehikuły czasu nie są żadnym odkryciem, jednak w przypadku Bad Light District zaprezentowane są w sposób fenomenalny. I nie jest podróż w erę hipisów, to powrót do zimnych lat osiemdziesiątych. Do czasów, gdzie chłodne niczym syberyjskie zimy syntezatory współżyły w niemal idealnej harmonii z ostrymi jak katana gitarami. Doskonałym drogowskazem tej drogi jest już pierwszy numer, który nie tylko brzmi odpowiednio, ale i jego tytuł pokazuje z czym przyjdzie się zmierzyć w kolejnych minutach. Brothers From the Eighties jest więc doskonałą wizytówką i zarazem interesującym zabiegiem. Bo niezbyt często zdarza się, żeby już otwieracz zdradzał co będzie działo się dalej. Chociaż może zbyt wcześnie Wam to zasugerowałem?

Czar muzycznych wspomnień

Niech więc nie będzie to dla Was przeszkodą do zapoznania się z całością, gdyż jest to naprawdę ciekawa płyta. Oprócz syntetycznych, klawiszowych brzmień, przywodzących na myśl cold wave, czy oszczędnych, a czasami post punkowych wręcz gitar mamy również sporo motorycznych rytmów perkusyjnych i świetny, niski, czarujący i tajemniczy wokal. Przyznam, że na początku wgryzania się w ten album, moje myśli bardzo często wędrowały w stronę zeszłorocznej płyty Samuela Barona. Tak, tej, o której mieliście okazję już tu przeczytać, zwłaszcza kawałek Scenography. Jednak z każdym odsłuchem ten temat oddalał się i rozpływał. W końcu Mod Music Red Label nie był naszpikowany wspomnianymi inspiracjami aż tak bardzo, a i brzmienie tam wykreowane było współczesne. Na Lucky Blood Moon brzmienie to moim zdaniem autentyczny powrót do tamtych lat.

Choć trudno odmówić tej propozycji współczesnego, dzisiejszego, okrągłego sznytu. Również część rozwiązań mogłaby być trudna do ogarnięcia 40 lat temu. Wydaje mi się, że 8-Bit Life jest tego dobrym przykładem. Tak jak i Late And Drunk cudownie przechodzący do Part-Time Prophets jest również ukłonem dla teraźniejszości. I to się sprawdza. A wszystko nakręcają piękne melodie. Nie koniecznie sprawiające, że zaczniesz kręcić tyłkiem i tupać nóżką, ale na pewno zapadające w pamięć.

bad light district
fot. oficjalny FB zespołu

A może chcecie trochę porównań? Ok! Depeche Mode (oczywiście, choć DM to nie lubię, ale to jest znane i każdy słyszał). A teraz na poważnie. Może i są tu echa Republiki, ale bliżej temu to post punkowych projektów Brylewskiego. Co więcej, słyszę tu Kapitana Nemo, mimo że zrezygnowano z dęciaków. Tylko czy te porównania są potrzebne? Nie, Bad Light District, chociaż jest mocno osadzony w ejtisach, to robi to na swój oryginalny i ciekawy sposób. Przy zdelayowanej gitarze w Juvenile Shame cały czas mam gęsią skórkę.

Podsumowanie

No, to czas na podsumowanie tej, jak okazuje się, grzecznej i pozbawionej wulgaryzmów recenzji. Oczywiste jest to, że wycieczki w muzyczną przeszłość są i będą uskuteczniane cały czas. W końcu wszystkie riffy zostały już wymyślone. Jednak dzięki takim projektom jak Bad Light District nie koniecznie będą kojarzone z odgrzebywaniem nieświeżych trupów. Przeciwnie, Lucky Blood Moon to prucie do przodu a zarazem puszczenie oczka we wsteczne lusterko i najlepszy hołd jaki można złożyć czasom, które są już wspomnieniem!

Maciek Juraszek