3×5 czyli subiektywny ranking najlepszych płyt roku 2017

Trzy osoby, trzy podejścia do muzyki, trzy zgoła odmienne gusta. Wybraliśmy 15 albumów wydanych w 2017 roku, by stworzyć ten subiektywny ranking najlepszych płyt. Ze względu na ograniczone miejsce, na głowę przypadło po pięć wydawnictw. To strasznie mało, zwłaszcza, gdy ktoś słucha muzyki hurtowo, bowiem ubiegły rok był niezwykle urodzajny jeśli chodzi o muzykę. 

The Contortionist – Clairvoyant

Clairvoyant

Piotr: Zestawienie otwieramy albumem, który dokończył proces przekształcania się The Contortionist z deathcore’u w twór o charakterze progresywnego rocka. Harmonijne, wpadające w siebie nawzajem utwory, gitary rozstrzelone pomiędzy djentem a ambientem, intensywna praca perkusisty i niepokojąca atmosfera – wszystkie te elementy tworzą swój własny świat w obrębie albumu, który wchłania odbiorcę jak wir na okładce.

Maciek: Zapomniałeś dodać o fajnie wkomponowanej elektronice, która naprawdę dobrze skleja się z wokalem. Przyznam, że nie słuchałem wcześniej tego zespołu, trudno mi więc odnieść się do ich ewolucji. Ale ta płyta zachowuje troszkę core’owej atmosfery. Natomiast kompozycje faktycznie skręcają w stronę progresji.

Mateusz: O The Contortionist usłyszałem od Piotrka pierwszy raz przy okazji tworzenia tego zestawienia i muszę przyznać, że Clairvoyant okazało się dobrym, progresywnym graniem. Na tyle dobrym, że zachęciło mnie nawet do zapoznania się z pozostałą częścią dyskografii zespołu. I z czystym sercem mogę powiedzieć, że polecam wszystkie 4 longplaye zespołu. Mój faworyt? Zdecydowanie “Intrinsic”.

Więcej o płycie tutaj

Cannibal Corpse – Red Before Black

Mateusz: Cannibale dość wysoko postawili sobie poprzeczkę poprzednim albumem (“A Skeletal Domain”) i wielu ludzi myślało, że tegoroczny krążek death metalowej legendy na pewno nie będzie stał na tak dobrym poziomie. Cóż, tym wszystkim ludziom powiedzieć mogę tylko jedno – na szczęście myliliście się! Webster z Mazurkiewiczem ponownie napisali mocne teksty, które Fisher wykrzykuje z taką samą mocą w głosie. A to wszystko w standardowej otoczce “gore”. Mocny kandydat do death metalowej płyty roku.

Maciek: Fajne zaskoczenie, zwłaszcza, że zupełnie zapomniałem o tej płycie. Legenda death metalu w dobrej formie – zawsze spoko!

Piotr: Zawsze przechodziłem obok tworów Cannibali jakoś bokiem, po prostu nie trafiają w moje gusta i kompozycje utworów zazwyczaj powiewały mi nudą. W przypadku RBB udało im się przyciągnąć moją uwagę nieco ponad normę. Na przykład rytmika Corpus Delicti mnie kupuje – ponadto do brzmienia nie można się przyczepić, bo wszystko “gwałci uszy” tak, jak powinno.

All Them Witches – Sleeping through the war

Maciek: Zdecydowanie mój numer jeden 2017 roku. ATW udowodniło tym krążkiem, że można mieć swój unikalny styl i nie zjadać własnego ogona. Czwarty album to znów inna bajka w porównaniu do poprzednich płyt. Genialne połączenie stonera, bluesa i psychodelii. Świetne, zróżnicowane kompozycje, równy poziom każdej z nich. Piękne gitary, pokręcona sekcja rytmiczna i klawisze, przy których włos się jeży. I ten wokal.

Mateusz: Album, który nawet po kilku przesłuchaniach jest dla mnie dość sporą zagadką. Z jednej strony świetna warstwa instrumentalna, z drugiej zaś wokal, który kompletnie do mnie nie trafia. Aczkolwiek, gdybym dorwał płytę z samymi intrumentalami, to obstawiam, że szybko nie opuściłaby odtwarzacza!

Piotr: Przyznam, że nie znałem dotychczas dokonań ATW. Faktycznie, z jednej strony w konstrukcji utworów nie sposób się pogubić, a jednak pozostają nieprzewidywalne za sprawą różnych drobiazgów. Album ma naprawdę przyjemną “aurę” wokół siebie, jest fajnym towarzyszem w trakcie codziennych podróży. Całkiem nieźle.

August Burns Red – Phantom Anthem

Phantom Anthem

Piotr: Panowie odpowiedzialni za popularyzację progresywnego metalcore’u pokazali w 2017, że nadal potrafią zaskoczyć słuchaczy bogactwem brzmień, ciekawymi skalami i nieoczekiwanymi wstawkami instrumentów, których w życiu nie powiązalibyście z metalowymi brzmieniami.

Ponownie odsyłam do swojej recenzji

Maciek: Brzmienia i pomysły faktycznie ciekawe. Niestety, po przesłuchaniu całości, wydaje mi się, że zabrakło „tego czegoś”.

Mateusz: Rzeczywiście muszę zgodzić się z Maćkiem, mi także brakuje tutaj takiego „pierwiastka zajebistości” Ot, takie sobie metalcore’owe granie nie wyróżniające się za bardzo z tłumu. Ale teledysk do „Invisible Enemy” – niesamowity sztos!

Zeal & Ardor – Devil Is Fine

Mateusz: Dość ekstrawaganckie połączenie bluesa, black metalu, niewolniczych klimatów oraz muzyki elektronicznej. I to wszystko na jednej płycie! Manuel Gagneux dokonał czegoś niesamowitego tworząc ten materiał i z całą pewnością zaliczyć można go do jednych z największych odkryć minionego roku. A pomyśleć tylko, że gdyby nie pewien humorystyczny wątek na 4Chanie, to projekt ten mógłby nawet nie powstać…

Maciek: Wydaje mi się, że jest to najbardziej eklektyczna płyta w całym zestawieniu. Na szczęście w całym tym eksperymentowaniu nie zabrakło spójności. Mateusz, dzięki, nie słyszałem o tej płycie wcześniej i jestem oczarowany.

Piotr: Mam syndrom Maćka, bo i mnie zaczarowała otoczka tej płyty i wiem, że poświęcę jej całkiem sporo uwagi w najbliższym czasie. Takiego połączenia gatunków (a przynajmniej – w takich proporcjach) wcześniej nie słyszałem i klimat kupił mnie w pierwszych sekundach odsłuchu.

Molecules To Minds – Ascent Into Insignificance

Maciek: Kolejny album, który wrzucam do tego zestawienia to dzieło Australijczyków z Molecules To Minds. Post-rock może wydawać się wtórnym gatunkiem, który powoli sam się przysypuje piachem kolejnych wydawnictw. Jednak album „Ascent Into Insignificance” obala tę teorię już w pierwszych sekundach. Wspaniały klimat, ogromne ilości przestrzeni, brak natarczywości. Do tego kupa świetnych pomysłów i jeszcze lepszych brzmień. Niestety, ma jedną, poważną wadę. Jest za krótki.

Mateusz: Dość ciekawe granie, które czasami wchodzi na najwyższe z wyżyn post-rockowego brzmienia. Aczkolwiek, jeśli chodzi o dziedzinę post-rocka, to dla mnie niedoścignionym liderem pozostaje dalej islandzki Sigur Rós.

Piotr: Dla post-rocka zawsze znajdę czas. Bardzo “zwiewny” album, istotnie, na wszystko ma przestrzeń. Może i nie należy do najdłuższych, ale przedkładam jakość nad ilość. Poruszył we mnie kilka strun, które wywołują w tym gatunku muzyki tylko If These Trees Could Talk, więc i ładunek emocjonalny jest powyżej post-rockowej normy. Cudownie buduje napięcie. To co dzieje się w okolicach już szóstej minuty wywołuje we mnie poczucie… no wiecie. Jakbym leciał w tempie rakietowym do nieba, grzejąc się w blasku słońca, czy coś w ten deseń.

Veil of Maya – False Idol

Piotr: Tak, djent w 2017 roku wciąż daje radę i nowe Veil of Maya co i rusz nie pozwala odbiorcy na to, by False Idol utonęło w innych podobnych mu wydawnictwach. Za sprawą szalonych i nowatorskich zagrywek na gitarze krążek z czasem staje się tylko ciekawszy w odsłuchu. A nowy wokalista, którego uświadczyliśmy już na Matriarch, zaaklimatyzował się wreszcie w pełni w VoM, pozwalając sobie na jeszcze szersze spektrum krzyków i eksperymentów wokalnych.

Maciek: Włos jeży się na głowie. Konkretna energia, właściwie wpierdol totalny. Nawet partie śpiewane, a nie krzyczane, pasują tu jak ulał. I te zawirowania temp utworów… o taaak!

Mateusz: Jedno z moich największych odkryć tego zestawienia. „Wpierdol totalny”- jak to Maciek nazwał – to idealny opis pasujący do tego albumu. Mocne 10/10!

Obituary – Obituary

Mateusz: Na sam początek muszę wspomnieć, że nigdy nie potrafiłem odnaleźć się w dyskografii tego florydzkiego klasyka death metalowego jakim jest Obituary. Po prawdzie znałem kilka kawałków z ich debiutu (“Slowly We Rot”) i zdarzyło mi się nawet zawitać na ostatni koncert zespołu w Katowicach, ale nigdy nie darzyłem ich jakimś szczególnym uczuciem. Z ciekawości jednak odpaliłem sobie niedawno najnowszą płytę amerykańskiego kwintetu i muszę przyznać, że zostałem pozytywnie zaskoczony. W skrócie – 36-minutowa esencja death metalu połączona czasami z klimatami groove i przyprawiona solidną perkusją. Jeśli ktoś tak jak ja nie przekonał się jeszcze do Obituary, to serdecznie polecam!

Maciek: Niestety nie przekonałem się dalej… niby fajna ta płyta, ale CC bardziej mi wchodzi.

Piotr: Mnie też nigdy jakoś do nich nie ciągnęło – ale! Wyjątkowo porwał mnie ten wyciskający z człowieka ostatnie soki klimat muzycznej rzezi. Nie jest to odkrywczy krążek, ale trzyma poziom i nie męczy.

So Slow – 3T

Maciek: Oczywiście Polacy też mają się czym chwalić. Warszawski kwartet So Slow wydał płytę kompletną. Trzy kompozycje, prawie 40 minut materiału. Jest tu brudno, głośno, surowo, duszno, transowo, czyli tak, jak lubię najbardziej. Jest zawodząca gitara, jest hałaśliwa i hipnotyzująca elektronika, jest groove. Odrealniony, krzyczany i oddalony wokal dodaje tajemniczego klimatu, a wszystko razem wchodzi w głowę i sieje spustoszenie.

Mateusz: Przyznam szczerze, że gdy zobaczyłem 40 minut materiału podzielonego na tylko trzy piosenki, to obawiałem się trochę, że przygnieciony zostanę przez smętne kawałki rozciągane na siłę i.. zostałem pozytywnie zaskoczony! Jeśli miałbym podsumować ten album, to powiedziałbym po prostu – dobre połączenie gitar z klawiszami. Sam Trent Reznor by się nie powstydził!

Piotr: A mnie wyjątkowo album nie przyciągnął. Jest dobry od strony technicznej czy brzmieniowej, ale zabrakło mi tego elementu, który jakoś by mnie oczarował. W każdym razie – niepokojąca atmosfera to jego duży plus. Z czasem nauczyłem się ją cenić i to ze względu na nią zapamiętam ten krążek.

Perturbator – New Model

Piotr: Niby elektronika, ale za to jak silnie zakorzeniona w metalu – przecież Perturbator miał kiedyś kapelę metalową, a zaczął tworzyć retrowave, bo chciał mieć kontrolę nad każdym aspektem swojej muzyki. New Model to album dużo mroczniejszy od poprzedników, pełen głębokich basów, agresywnego rytmu i rozbudowanych kompozycji, jak na przykład prawie dziesięciominutowe God Complex.

Maciek: Jestem ignorantem jeśli chodzi o elektronikę. Mam kilka kapel, które lubię, jednak nigdy nie śledziłem tej sceny. Wbiłeś mi niezłego gwoździa. Niby szału nie robi, ale przy trzecim odsłuchaniu albumu klimat zaczyna się udzielać. Więc jednak jest w tym coś hipnotyzującego i wciągającego. Dzięki!

Mateusz: A do mnie niestety nie trafia nawet po piątym przesłuchaniu. Kompletnie nie moje klimaty.

Dying Fetus – Wrong One To Fuck With

Mateusz: John Gallagher (zbieżność nazwisk rzecz jasna przypadkowa) po raz kolejny powraca z swoim zespołem i znowu raczy nas godzinnym, technicznym death metalowym łupaniem, którego nie powstydziliby się najwięksi klasycy tego gatunku. Największa petarda na albumie? Zdecydowanie Reveling in the Abyss, którego riff do teraz chodzi mi po głowie. Ale trzeba przyznać, że cała płyta pozostaje w pamięci.

Maciek: Mateusz, udowadniasz, że death metal jest w formie. A ja mam z tym zespołem ten sam problem co z August Burn Red, brak „tego czegoś”.

Piotr: Świetne brzmienie basu! Generalnie dla mnie ta płyta właśnie gitarami i świetnym mixem stoi.

Queens Of The Stone Age – Villains

Maciek: Świetna, przebojowa płyta. Nie ma silenia się na odkrywanie Ameryki. Jest za to luz. Wydaje mi się, że na tej płycie wyszła bardzo fajna mieszanka energii, która uwolniła się na pierwszej ich płycie, z brzmieniem uzyskanym na ostatnim wydawnictwie QOTSA.

Mateusz: Do tej pory QOTSA kojarzyłem najbardziej z tego, że jednym z członków zespołu jest Dean Fertita, którego bardzo szanuję za współpracę z Jackiem Whitem w ramach projektu „The Dead Weather”. Z ciekawości przesłuchałem Villiains i serio mogę przyznać, że to niesamowicie przebojowy materiał! A The Way You Used to Do chyba jeszcze przez długi czas nie wyjdzie mi z głowy…

Piotr: Swoją drogą, świetna okładka, prawda? Villains wgryza się w głowę wszystkimi zębami i prędko nie chce puścić za sprawą swojej – właśnie – wspomnianej przez Was przebojowości.

Krvavy – Tragikosmos

Piotr: Co płyta niemalże rapowa robi na tym zestawieniu? Ciężkość utworów jakie na niej znajdziecie to coś więcej, niż mogłoby się wydawać. Warstwa liryczna wymaga myślenia i ciągłej analizy, a sposób jej prezentowania – niemalże growlem – dolewa oliwy do ognia, jakim są dopieszczone setkami godzin pracy tracki. Tematyka kosmiczna miesza się tu z charakterystycznym dla Krvavego nihilizmem, metafizyką i licznymi odniesieniami do filozofów i pisarzy. Tl;dr – mroczny i skomplikowany rap dla myślących, a przy tym świetna porcja klimatycznej elektroniki.

Maciek: Więc ja nie myślę. W żaden sposób nie porwał mnie ten album… Możliwe, że jeszcze do niego wrócę i wtedy odkryję go na nowo.

Mateusz: Tematyka kosmiczna, nihilizm, metafizyka, odniesienia do filozofów, a to wszystko w klimacie rapu? Przyznam szczerze, że potencjał był sporo, ale niestety jak dla mnie dość duże rozczarowanie… Aczkolwiek prawdopodobnie tak jak Maciek, jeszcze wrócę do tego materiału, bo wydaje mi się, że może on zyskiwać z każdym kolejnym odsłuchaniem.

Nocny Kochanek – Zdrajcy Metalu

Mateusz: Ostatniego przedstawiciela mojego zestawienia chyba nie trzeba przedstawiać nikomu, kto śledził polski rynek muzyczny przez ostatni rok. Warszawski zespół wydał bowiem w styczniu tego roku album Zdrajcy Metalu, którym podbił serca (większości) polskiej metalowej publiczności, a następnie przez resztę roku wyprzedawał koncerty podróżując po całej Polsce. Wielu ludzi pyta jednak o fenomen tego zespołu. Cóż, jak dla mnie to po prostu połączenie dobrej muzyki z tekstami, które śpiewa się dobrze nawet po kilku piwach w jakimś mniejszym barze. Coś w stylu połączenia Braci Figo Fagot z Iron Maiden. A z takiego połączenia przecież musi wyjść coś dobrego!

Maciek: Niestety nie podzielam twojego zdania… i zdania większości metalowej publiczności. Album jest taki sam jak Hewi Metal. Moim zdaniem powiedzenie „co za dużo, to niezdrowo” w przypadku NK sprawdza się doskonale. Lubię się pośmiać i kilka starych kawałków wchodziło mi doskonale, jednak wydali o jeden album za dużo…

Piotr: W ogólnym rozrachunku muszę zgodzić się z Maćkiem, bo ciśnie mi się na usta w kwestiach Nocnego Kochanka tylko jedno słow0 – “przehype’owanie”. Jako pojedynczy, humorystyczny projekt – była to dobra inwencja. Ale kto by nie chciał odcinać kolejnych kuponów od kury znoszącej złote jaja.

Decasia – The Lord Is Gone

Maciek: Francuski zespół powalił mnie na łopatki tym albumem. Potężne brzmienie gitar i sekcji oraz genialny wokal, to pierwsza rzecz. Świetne, długie kompozycje, które zabierają słuchacza na wycieczkę w przestrzeń. Genialne pomysły, zmiany tempa, zmiany klimatu. Rewelacyjna atmosfera. Psychodeliczny stoner ze szczyptą doomowego ciężaru.

Mateusz: Do tej pory moja znajomość francuskiego rynku muzycznego ograniczała się tylko do kilku albumów Gojiry oraz legendarnego Voyage Voyage, zatem chwała ci za to, że umieściłeś tutaj ten genialny zespół!

Piotr: A do mnie najbardziej przemawiały fragmenty instrumentalne i wcale nie pogardziłbym wersją albumu z uciszonym wokalistą – bo jakkolwiek robi on dobrą robotę, tak to właśnie instrumentarium czyni ten album pierwszą klasą.

Niestety w zestawieniu nie mogliśmy pozwolić sobie na przedstawienie wszystkich doskonałych albumów, o jakich życzylibyśmy sobie wspomnieć. Ale kto wie, może w przyszłości porwiemy się na takie zadanie…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here