Zszarzała biel zimy | Paweł Kornew – Czarne Południe [recenzja]

Czarne Południe

Czarne Południe. Kolejna książka podejmująca próby połączenia na rozdrożach Przygranicza twardej fantastyki z magicznymi kolorami (w proporcji 90 do 10). Plejada bohaterów przedzierających się przez jego zaspy dostała zadyszki, bowiem nowa powieść o Soplu nie napawa optymizmem – ani protagonistów, ani jej czytelników… Niepokoi przynajmniej jednego mola książkowego – autora recenzji. Dlaczego? Dowiedzcie się sami. 

Zima nie odpuszcza

A mogłoby czasem, diabelstwo.*
Przygranicze. Sceneria jak z filmu Pojutrze, choć bliżej jej jednak do swojskiego S.T.A.L.K.E.Ra, do słowiańszczyzny niźli amerykańskiej konserwy. Słowiański humor, słowiańska szkoła kreowania fantastyki, do jakiej przywykliśmy w ostatnich latach.

W tym wszystkim Sopel – główny bohater, którego niepoprawności nie sposób nie lubić. Zadanie ma jasne, co więcej – ważne. Choć bardzo stara się sprawiać pozór kogoś nieistotnego, to wyrusza w drogę, jak to zwykle w podobnych tytułach bywa. Cel? Nóż. Nóż! Tak, jakby książka była grą, historia – jej zadaniem głównym, a obiekt czekający na końcu – nagrodą. Sztampa? Niestety.

Czarne Południe w założeniu ma opierać się na tym, co Paweł Kornew zdążył już wyciosać na kanwie swoich poprzednich dzieł – ciekawym uniwersum, miksem magicznego postapo (w rozumieniu nie zagłady całkowitej, a strefy, tak jak w Pikniku na skraju drogi).

Dalej bawi, dalej potrafi (przynajmniej na jakiś czas) wciągnąć… ale nie sposób nie dostrzec, że coś tu jest nie tak. Za wiele banalnej akcji, za mało opisów. Uwaga czytelnika – jak lód. Podgrzana za mocno i pozostawiona za długo samej sobie – roztopi się.

Zrobiło się dwubiegunowo

Co więc psuje Czarne Południe, jak i całe Przygranicze? Repetytywność. Z książki na książkę coraz mniej w tym ciekawego, wciągającego, mroźnego świata, a coraz więcej powtarzalnych wątków – czuję echa serialowego The Walking Dead, któremu niejeden raz obrywało się za pożeranie własnego ogona. Nie chodzi mi tu nawet o schematyczność w obrębie całej Fabrycznej Zony, bo ta ma swoje perełki, a raczej o to, że same w sobie książki Kornewa, zsumowane ze sobą dają bardzo powielające się obrazy. Bohaterowie pojawiają się i znikają, jeden podobny do drugiego.

Czarne Południe

Czy to Sopel, czy Jewgienij stojący za sterami głównej narracji – choć ze wszystkich napisani najlepiej, i oni czasem ulegają “przemieszaniu się”, brakuje im charakteru.

Fani Przygranicza na pewno znajdą tu jakiś cieplejszy kąt – i myślę, że przede wszystkim to do nich kierowana jest ta książka. Bez znajomości poprzednich tytułów, traktujących o przygodach Sopla, czy rozwijających konstrukcję świata przedstawionego, Czarne Południe traktowane samodzielnie wiele traci. To odrobinę paradoksalne.

Książka ta, gdyby nie pozostałe części serii, byłaby ciekawa dla neutralnego czytelnika, bo nie miałby on poczucia, że czyta po raz kolejny to samo – choć bez nich nie ma prawa bytu. Zona dobra, Przygranicze złe? Oczywiście, że nie. Samo w sobie pozostaje fascynującym światem, że aż szkoda, iż marnowany jest jego potencjał. Literackim przebiśniegiem książki tej bym nie nazwał, ale z pewnością znajdzie ona grono osób, którym się spodoba.

*ot, w języku włoskim zima to l’inverno, a od tego już tylko o mały skok do inferna


Dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za egzemplarz recenzencki niniejszej książki.

Przeczytajcie również recenzję Bagna Szaleńców, świetnej, polskiej książki należącej do serii Fabryczna Zona. 

Weekend w Zonie, cz. 1 | Joanna Kanicka – Bagno Szaleńców [recenzja]