Złamane karki, serca i przymierza – Złotoskóry (II)

Złotoskóry

Kolejny tom historii Królestwa Sześciu Księstw i Bastarda Rycerskiego okazuje się oferować mniej i zarazem więcej niż jego poprzednik. Co kryje się za tym enigmatycznym stwierdzeniem? Odpowiedzi udzieli recenzja. Oto Złocisty Błazen, tom drugi trylogii Złotoskóry. Złocisty. Błazen. Ech. Co to za tytuł? Czasami tłumaczenia nie służą tytułom książek.

Odpowiadając na postawione na początku pytanie: w trakcie pierwszych godzin lektury Złocistego błazna czułem ciągły syndrom “ale to już było”. Jak w Trylogii Skrytobójcy – najpierw intrygi na dworze królewskim i w sferze polityki krainy fantasy w pierwszej połowie książki, a następnie przygodowa, mroczna fantastyka w połowie drugiej. I gdyby nie to, że seria sama w sobie pozostaje na nieprawdopodobnie dobrym poziomie w kwestii kreacji postaci, to obawiałbym się, że idzie ona w złym kierunku.


Przed podjęciem się lektury warto poznać realia, które nakreśliłem w recenzjach poprzednich tomów serii:


Przyznam bez bicia: po przeczytaniu Misji błazna, czyli poprzedzającego recenzowaną tu książkę pierwszego tomu trylogii Złotoskóry, rzuciłem się na jej kontynuację jak wygłodniałe zwierzę. Poprzednik cechował się świetnym finałem: ni to słodkim, ni to gorzkim. Zapowiadającym nadejście jakiejś burzy. Niby cel postawiony głównemu bohaterowi został osiągnięty – a nowe pokolenie korony ocalone – ale jakim kosztem? Misja błazna pozostawiła mnie zaniepokojonego. Kazała spytać: ile jeszcze zniesie Bastard (protagonista)? Jakie konsekwencje dla królestwa, któremu na powrót służy, będą miały czyny jego i innych?

Tłok jak w Grze o Tron

No dobrze – trochę przesadziłem. Postaci i występujących rodów jest jednak znacznie więcej niż w Trylogii Skrytobójcy. Tym razem prym w fabule wiodą trzy frakcje. Znany ze wszystkich poprzednich tomów ród Przezornych i jego poddani, władający Królestwem Sześciu Księstw. Potem są Zawyspiarze, którzy rodu kiedyś nie lubili (czego świadectwem była wojna w we wspomnianej trylogii), a którzy obecnie chcą zawrzeć sojusz poprzez małżeństwo między tymi dwiema siłami. A na szarym końcu są Srokaci, taki lokalny odpowiednik wiedźmińskich Scoia’tael, którzy bardzo chcą udowodnić, że ostatni będą pierwszymi. Nawet, jeżeli ich pobudki nie są słuszne.

Cichy terroryzm ruchu Srokatych stanowi zresztą w książce punkt zapalny dla historii. Chcą oni sprawiedliwości dla istot obdarzonych zdolnością wiązania się i porozumiewania ze zwierzętami. Końca palenia na stosach. Ale sposoby, jakimi próbują to osiągnąć, są dalekie od moralnych. Dlaczego punkt zapalny?

Konflikty światowe i te wewnętrzne

Sytuacja geopolityczna tego fikcyjnego państwa dobrze ukazuje, jak duży wpływ ma na nie główny bohater. Nawet jeżeli jest pozornie niedostrzegalny (tak, zarówno wpływ jak i Bastard), to wiecznie potrzebny. I choć bardzo tego nie chce, ponownie odgrywa ważną rolę na kartach powieści. Jest bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej, choć jednocześnie wreszcie został doceniony przez bohaterów drugoplanowych (scena z płaczącą królową czy wybuchającym wdzięcznością Cierniem – bezcenne). Znów się rozczarowuje. Znów musi robić całą brudną robotę. Ze smutnego chłopaka z poprzednich tomów zmienił się w twardego, czasem nazbyt okrutnego mężczyznę. Typowy przykład postaci niepogodzonej z własnym losem, walczącej nie tylko z całym światem, ale i z sobą samym.

Cała powieść wypełniona jest zasadą, która zdaje się rządzić każdą z książek Robin Hobb. Głosi ona “raz pocieszony bohater niechaj dwa razy po tyłku oberwie” …czy coś w ten deseń. Sami rozumiecie. Książka również jak zwykle w przypadku tej autorki skupia się z ogromną uwagą na relacjach międzyludzkich. Nie jest przy tym specjalnie mroczna, jednak wciąż potrafi solidnie uderzyć. Najlepszym przykładem jest presja, jaką stale wywołuje ona na czytelniku, który za sprawą krótkich wprowadzeń do poszczególnych rozdziałów wie, że jeszcze nadejdzie niezły zamęt, nawet gdy bohaterowie nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy.

Więcej (dram, frakcji, intryg, niepotrzebne skreślić) = lepiej?

Do dworskiej karuzeli dochodzą kolejne frakcje. Sprzedające prawdziwe orientalne cuda i dziwy Miasto Wolnego Handlu zaczyna odgrywać ważniejszą rolę, a w tle zaczyna majaczyć kolejna już w cyklu książek wojna. Wątki prywatne nabierają rozpędu. Kolejni i kolejni bohaterowie pokazują, że mają do zaoferowania drugie dno, domagając się uwagi tak od protagonisty, jak i od czytelnika. I tak na przykład pojawiają się w jego życiu kolosalne problemy (jak to bywa) w relacjach damsko-męskich, jego najbliższy przyjaciel okazuje się wieść potrójne życie, a przybrany syn błądzi.

To tylko część z notorycznie pojawiających się wątków; a co za tym idzie, występuje tu mnóstwo, mnóstwo dialogów. Większość z nich tylko pogłębia opis świata przedstawionego i im bliżej byłem końca tej pędzącej na złamanie karku lektury, tym bardziej czułem się zadowolony z tego, jak wiele płaszczyzn naraz poznać mogę w tym fikcyjnym świecie. A przy tym książka nie traci na łatwości w odbiorze, bo autorka bardzo skrzętnie wymieszała te relacje i intrygi, odwołując je wszystkie do siebie nawzajem.

Dobre końce średnich początków

W ogólnym rozrachunku – książka godna poprzedniczki, cierpiąca na typowe dla środkowego tomu trylogii zastoje. Świetna dawka fantasy i dramatu obyczajowego na chłodne dni. Mimo że początkowo daje wrażenie zmęczenia materiału, to z czasem pięknie się rozwija i aż trudno się oprzeć, by nie doczytać jeszcze tych przysłowiowych kilku stron.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here