Weekend w Zonie, cz. 1 | Joanna Kanicka – Bagno Szaleńców [recenzja]

bagno szaleńców

Ile szaleństwa drzemie tam, gdzie rozciąga się jeno bagno szaleńców? Czy głowy zwykłych stalkerów są w stanie znieść jego tajemnice bez szwanku? Oczywiście, że nie. Droga ku utracie ich poczytalności okazuje się być pokierowana lepiej niż moglibyście przypuszczać. Poczytać o jej wybojach możecie w niniejszej recenzji… if you dare. Maski na twarz, kałach w dłoń!

Wdepnąwszy w niezłe bagno

Nie mogę zaprzeczyć, Bagno Szaleńców zaczyna się z polotem. Już na pierwszych stronach dostajemy porządnego, stalkerskiego kopniaka – akcja powieści nabiera prędkości w zastraszającym tempie. Pierwszy strzał pada szybko. Prędkość ta jest utrzymywana przez całą pierwszą połowę, by następnie równie gwałtownie zwolnić. Ale o tym za chwilę. Można by powiedzieć, iż początki są na wskroś typowe. Ot, żółtodziób zdający się skrywać mhroczną tajemnicę, prosi o eskortę. Bohaterowie – jak to stalkerzy, apokaliptyczni błędni rycerze-najemnicy – zgadzają się równie szybko, co zaczynają nań psioczyć. A wszystko to, by zdobyć stare zegarki. I choć na początku nie byłem przekonany co do ich wątpliwej motywacji, to poznając ich stopniowo coraz lepiej, zaakceptowałem ich pobudki. Są całkiem… niepłytkie, a to już dużo. Nie ma tu wydmuszek w miejscu ludzi.

Bagno szaleńców okazało się być źródłem licznych uśmiechów na mojej twarzy. Niekoniecznie (choć to również) wywołanych twardym, ziemistym humorem, jakiego pełne są wypowiedzi postaci, ale ze względu na nostalgię. Bagno Szaleńców trzyma się wzorcowo tego, co oglądałem na ekranie komputera grając w Cień Czarnobyla. A że to jedna z moich ulubionych gier… cóż, dla jednych będzie to plus, a dla innych – minus. Ja z przyjemnością zaliczam się do pierwszej z tych grup. Nawet trasa bohaterów przypomina tę, którą pokonywał Naznaczony z Kordonu. Tam Agroprom, gdzieś w oddali wysypiska, a na celowniku Dolina Mroku. Takich oczek puszczonych do świadomego czytelnika i fana jest całe mnóstwo. Już samo „ilu Sidorowiczów potrzeba, by wymienić żarówkę” sprawiło mi sporo radochy, a co dopiero nawiązania do legend o spełniaczu życzeń, Czarnego Stalkera, czy takich drobiazgów, jak mody do Stalkera. No bo nie wmówicie mi chyba, że trup pewnego fotografa to tylko zbieżność?

Tak też wciągnąwszy

Dodając do tego zróżnicowaną, wielotorową narrację – można naprawdę poczuć się jak wtedy, gdy ogrywało się Cień pierwszy raz. To dla mnie wielki, wielki plus tej powieści. Wykorzystywanie znanych schematów i motywów może być albo umiejętne, albo miałkie i nijakie, a tutaj dostajemy coś z charakterem. Co do sposobu opowiadania historii – raz trzecioosobowego, raz pierwszoosobowego, niczym z Pana Lodowego Ogrodu – to ten zarezerwowany Zielonemu, jednemu z eskortujących stalkerów, uważam za najciekawszy. Jest najmniej „suchy” spośród wszystkich spojrzeń serwowanych w Bagnie, obfituje w metafory, przemyślenia, czuć w nim doświadczonego człowieka po przejściach, który patrzy na Zonę nie przez pryzmat strachu, a raczej toksycznego, uzależniającego uczucia.

Wiecie już zatem, że współczynnik stalkerskości tej powieści jest co najmniej wysoki. Co więcej, szczególnie okolice dziewiątego rozdziału mają tak gęstą atmosferę, że nawet wojskowy bagnet by jej nie podołał (ni pazury snorka). Uświadczyć tu możemy nawet stalkerskich legend przy ognisku, przypominających rasowe creepypasty. Wiecie, te z rodzaju „gdzieś na świecie jest takie miejsce, gdzie o danej porze dzieje się to i to” (przykład w linku). Mały artefakt, a cieszy.

bagno szaleńców

Opary radioaktywnych moczarów potrafią zaszkodzić

Co boli – oprócz licznych ran ciętych i kłutych w ciele Zielonego, zwanego także Szarym? Nie tylko pseudonim bohatera wskazuje na to, że nie jest zbyt różowo – mankamentów jest tu wiele, choć nie tak wiele, jak mogłoby być. Bolą zdania, które mogłyby zostać skonstruowane w bardziej przejrzysty sposób, czy nierówny poziom dialogów. Początkowo, wymiany zdań nie zachwycały, ale gdy tylko docieramy do tytułowego bagna, jest już o niebo lepiej. Widać, że autorka miała pomysł szczególnie na to, jak ukazać sceny rozgrywające się w jego obrębie. Kiedy stalkerom przysłowiowo odbija, każdy z nich nabiera życia, napięcie elektryzuje. Chętnie bym zobaczył, jak gubią się oni tam na dłużej, niż tylko na dosyć krótki czas, w stosunku do obszerności reszty powieści. Ta liczy sobie niespełna 400 stron. Pierwsze dwieście mógłbym zeń wyciąć, oprawić i postawić w gablocie z dopiskiem „Michał Gołkowski może być z was dumny”. Z kolei drugie wskazują na odrobinę zmarnowany potencjał – wątki się ucinają, a twist związany z Barem zapachniał mieszanką przewidywalności z nowymi sezonami The Walking Dead – czyt. był zbędny, bowiem stalkerzy pani Joanny nabierają wyrazistości im dalej znajdują się od cywilizacji.

Dostrzegłszy znakomite sceny napięć między bohaterami (po trosze rodem z Hateful Eight), niezły warsztat językowy i wielotorową fabułę, chciałbym pogratulować pani Asi stworzenia książki, która mimo młodego wieku autorki, jest dojrzała treściowo i bardzo wierna od strony stalkerskiego uniwersum. Definitywnie więc muszę przyznać Gołkowskiemu rację, że „kobiety potrafią into Zona”, a Stalker w Polsce i krajach ościennych prędko nie umrze.

A nu, cheeki breeki iv damke!


Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki Bagna Szaleńców.