Fikcyjni bohaterowie też cierpią | Robin Hobb – Uczeń skrytobójcy [recenzja]

Uczeń skrytobójcy

Uczeń skrytobójcy; tytuł na pierwszy rzut oka niepozorny… a tu takie zaskoczenie – książka otwierająca jedną z najlepszych trylogii fantasy. Unurzajmy się w goryczy razem z jej głównym bohaterem.

Tegoroczny Pyrkon był dla mnie nie tylko źródłem uzupełnienia fandomowych baterii, ale i, co nawet ważniejsze, okazją do wysłuchania mądrych słów licznych pisarzy, których części jestem wielkim fanem. Szczególnie słowa Robin Hobb, traktujące o kreacji bohaterów, świata i wrażeń, zapadły mi w pamięć. Tak się składa, że z jej bestsellerowymi powieściami wcześniej do czynienia nie miałem – to się jednak szybko zmieniło, czego owocem jest ten tekst. Teraz, miesiąc po konwencie, przychodzę do Was z recenzją Ucznia skrytobójcy. Książki dobrej – bardzo dobrej – dla czytelnika, a zarazem wyjątkowo niedobrej dla swoich bohaterów.

Będzie bolało, i to piekielnie mocno

Otóż jedną z najlepiej zapamiętanych przeze mnie fraz wygłoszonych przez panią Hobb była sugestia, by postawić swojego książkowego bohatera w możliwie najgorszej dla niego sytuacji. Spróbować sobie uświadomić, co zaboli go najbardziej, prócz śmierci. A potem sprawdzić, jak on na nią (tę sytuację) zareaguje. I istotnie – Uczeń skrytobójcy nie rozpieszcza swojego protagonisty.  

Bastard – bo tak brzmi jego niewdzięczne, adekwatne do pochodzenia imię – jest wrzucony w świat intryg i nieprawoty już od dziecka. Jako bękart jednego z pretendentów do tronu Królestwa Sześciu Księstw traktowany jest jak wyrzutek, początkowo nie rozumiejąc zbyt wiele z plątaniny zakłamania, w jakiej żyją lokalne rody. Przekonać się o tym możemy doskonale, historię Ucznia śledzimy bowiem jego oczyma już od chwili narodzin. Śledzimy –  przynajmniej na tyle, na ile pamięta, ponieważ książka jest „spisana” jako pamiętnik (prawdopodobnie) podstarzałego już skrytobójcy. Że co, że spoiler, co do jego zajęcia? Myślę, że sam tytuł jasno wskazuje na to, o czym będzie ta książka. Cała zresztą ona taka jest – jasna i przejrzysta, a zarazem posiadająca pod powierzchnią więcej niuansów, niż może się to na początku wydawać.

Od nieprawego łoża aż po grób

Bo początki bywają tu tendencyjne. Umiarkowanie pokorny malec, przygarnięty przez zniechęconych doń, poczynających go wychowywać mieszkańców Koziej Twierdzy, która staje się dla książki swoistym centrum wydarzeń. Low fantasy wzbogacone o śladowe ilości magii, w której protagonista okazuje się nurzać ze względu na królewską krew… ale o tym za chwilę.

Jak wspominałem wyżej, wszystko to jest w niniejszej powieści bardzo przejrzyste – kto jest kim, co gdzie leży. Nie wiadomo tylko jednego – komu ufać. Przedstawiony świat jest bardzo żywy w swoich papierowych ramach. Każda postać jest tu przemyślana i gruntownie rozpisana, nie ma poczucia – właśnie – jej papierowości. Bohater większy, mniejszy, wątek obszerniejszy, czy ten najkrótszy: wszystko tu dzieje się bardzo naturalnie, nie brak logiki w obrębie działań bohaterów. Co więcej, wiele dzieje się tu poza planem. Przykładowo, spory między książęcymi braćmi, czy pobudki osób wychowujących Bastarda. Pomimo, że łatwo jest je sobie wyobrazić i zrozumieć, ich cele nie są wyłożone na stół od razu. Logika konstrukcji powieści objawia się nawet w nazewnictwie w niej występującym. Ot, każdy z królewskiej rodziny nosi imię, które narzuca mu cechę charakteru – na przykład Roztropny, Rycerski, Śmiały. No i Bastard. Który jest po prostu bękartem.

Gorycz rozumienia

Kreacja protagonisty jest tu (w moim niezdrowo ogorzałym, za co winię nadmiar blasku fantastyki, obliczu) doskonała. Nie jest on wszechwiedzący, nie posiada ani nadmiaru wad, ani zalet. Jest po prostu bardzo, bardzo ludzki, jak na książkowe standardy. I jest zawodzony. Raz po raz.

Życie królewskiego dziecięcia z nieprawego łoża nie jest łatwe. Początkowo pomiatane, z czasem zyskuje na szacunku, ale już zawsze jego przynależność do rodu będzie traktowana z nieprzyjemnym przymrużeniem oka. Bez swojego miejsca na ziemi, Bastard jest więc uczony od najmłodszych lat różnych czynności, które pozwolą mu poruszać się swobodnie w zamkowych rewirach. Ale i takich, dzięki którym jako bękart będzie przydatny. Skrytobójstwo nie jest dumnym zawodem. W atmosferze wstydu utrzymana jest zresztą większość książki, oscylującej wokół trudnego okresu dojrzewania jej bohatera. Trudno nie odczuć do niego kilotony empatii (choć może jest w tym też coś z częściowego mojego utożsamiania się z nim, w pewnych elementach). On sam zresztą, choć mieszany z błotem i uznany za oziębłego, jest wręcz… hiperempatyczny.

Dlaczego, zapytacie? Nawet magia świata Ucznia skrytobójcy musi sprawiać ból jego bohaterowi. Sprawia, że czuje to, co odczuwają inni, i to równie mocno, co oni sami – i przede wszystkim mowa tu o zwierzętach, ale istot ludzkich też to nie omija. Zatem czujące się bezpiecznie szczenię w jego ramionach sprawi, że i na niego spłynie błogość. Z kolei zarzynana klacz dostarczy mu uczuć niemal agonalnych. Niesie to mnóstwo zagrożeń, o czym się on zresztą na kartach powieści często przekonuje.

Słysząc myśli

I tak towarzyszymy mu przez te paręset stron, raz w huraganie akcji, raz w szklanych okruchach dramatu obyczajowego. Tak wielowątkowa powieść nie nudzi, bo nawet gdy akcja zdaje się zwalniać, dzieje się wciąż coś, co nie daje czytelnikowi odłożyć tom w spokoju na półkę.

Uczeń skrytobójcy jest świetnym, powtarzam – świetnym fantasy, i jeszcze lepszą książką o skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Emocje są tu żywe, podobnie jak jej bohaterowie (a najbardziej – ten główny). Nie na tyle brutalna, by znieczulić czytelnika, niewystarczająco łagodna, by stępić jego zmysły. Nie wiem jak Wy, ale ja już sięgam po drugi tom trylogii o Bastardzie. Miłośnicy fantasy i dramatu – lepiej mi w tym potowarzyszcie. Uwierzcie, że w innym przypadku wiele stracicie.Uczeń skrytobójcy