Małe historie rodzinne
Literatura

Tomasz Białkowski – Małe historie rodzinne [recenzja]

„Małe historie rodzinne” to zbiór trzech krótkich powieści. Każda z nich charakteryzuje się nieco inną atmosferą. Wspólny mianownik? Realizm.

Nie czytajcie tej książki, jeśli macie akurat zły nastrój. Będzie tylko gorszy. Gdy jednak trochę się on tylko poprawi, polecam po nią sięgnąć.

Mamy do czynienia z trzema powieściami zamkniętymi w jednej książce:

  • Pogrzeby /2006
  • Zmarzlina /2008
  • Teoria ruchów Vorbla /2011

Taki pięcioletni przekrój dokonań doświadczonego autora to dobry pretekst do rozpoczęcia przygody z jego książkami.

Sztyletując duszę

Wysoki naturalizm przedstawionych nowel komponuje się dobrze z ich obyczajowością.

Nie są to historie przyjemne, bo i życie do najrozkoszniejszych zjawisk wszak nie zawsze należy.

Już pierwsze kilka stron książki daje to dobitnie do zrozumienia. Wystawienie na śmierć własnej matki? Eksmisja? Cały świat walący się na głowę i przebłyski ze smutnego dzieciństwa? Początek naszej fabuły tak właśnie się rysuje.

Dalej jest podobnie… i w pewnym momencie czułem naprawdę silny ucisk na żołądku, bo tak mnie dotykały gdzieś tam w środku kolce tych opowieści. Godziły w poczucie wstydu, strachu, rozżalenia i tak dalej. Tomasz Białkowski, twórca doświadczony, umiejętnie rozkrawa to, co czuje każdy człowiek, a przy tym wplata częste zmiany czasu akcji do swoich historii w sposób nieinwazyjny.

Promyk nadziei

Widać, że jest to książka napisana przez zaprawionego w boju pisarza. Tempo akcji jest równe, historie nie są ani za długie, ani za krótkie. Koncentrują naszą uwagę, bo inteligentnie rzucają kolejnymi tropami fabularnymi i twistami w odpowiednim momencie.

Okładka jest całkiem przyjemna dla oka, zapowiadając już samą sobą szarobury klimat „Małych historii”.

Ciężko znosząc dramaty

Myślę, że książka ta jest dobrym punktem wejścia i wyjścia dla każdego, kto jeszcze nie obcował z twórczością Białkowskiego. Zbiór trzech jego „historii” pod jednym szyldem pozwala na zaznajomienie się z jego stylem i charakterem.

„Małe historie rodzinne” to zgrabnie napisane dramaty obyczajowe. Niektóre motywy, związane z wyciskaniem z naszej natury najczarniejszych jej aspektów, jawią mi się jako lekko kingowskie.

W sam raz na pogłębienie późnojesiennej depresji. Podczas lektury gdzieś z tyłu głowy cały czas leciał mi ten utwór, wkomponowując się w tło:

Pamiętajcie, by „Małe historie rodzinne” czytać, gdy deszcz pada za oknem. Jest szansa, że w porę zmyje z Was smutki, jakie zasieje ich lektura.

Od siebie najcieplej polecam z tej trójcy „Teorię ruchów Vorbla” – koncentruje się ona na ludzkich skrajnościach.

Źródło okładki i egzemplarz recenzencki: Wydawnictwo Muza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *