Śmierć bywa zwodnicza | Robin Hobb – Królewski skrytobójca [recenzja]

Królewski skrytobójca

Królewski skrytobójca: ni to dobra książka i kontynuacja trylogii, ni to rozpędzony ekspres polarny. Raz za razem mrozi czytelnika, a nade wszystko pędzi między kolejnymi plot twistami jak szalona.

Zaufajcie mi – przed lekturą zapoznajcie się z recenzją Ucznia skrytobójcy. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po rozpoczęciu lektury, to że kontynuacja Ucznia skrytobójcy stawia na rozwój relacji między znanymi już bohaterami. Innymi słowy, skupia się na pogłębianiu charakterów i pobudek postaci, do których obecności przyzwyczailiśmy się już w pierwszej części trylogii. Nowe pionki w grze o tron to jednostki pojedyncze, lecz dopracowane. Każdy musi mieć tu swoje miejsce i zdanie na temat otaczającego go świata.

Ponownie akcja przenosi się w okolice Koziej Twierdzy. Ta, raptem przez dwadzieścia lat, które upłynęły na przestrzeni dwóch książek, uległa nieznacznym przemianom. Nadal wszyscy knują tu za swymi plecami i aż do punktu kulminacyjnego nie mogą sobie pozwolić na podjęcie jawnych kroków przeciwko sobie nawzajem. Po drugiej stronie barykady zagrożenie ze strony najeźdźców stało się boleśnie namacalne. Piramidka celów poszczególnych bohaterów zwala się na głównego bohatera niczym lawina – wszyscy czegoś od niego oczekują. Przed każdym musi on udawać kogoś, kim nie jest. Choć kim, tak właściwie, on się stał?

Krew z krwi nie daje wytchnienia

Nie jest on już małym chłopcem. Zmężniał, dorósł. Wdał się w ojca – a przypominam, że Bastard wywodzi się połowicznie z królewskiej krwi (co daje mu umiejętność czytania myśli i wrażeń innych osób). Przestał bać się śmierci, tak swojej, jak i innych. Uzależniony od króla jest osobą z jednej strony stabilną psychicznie, a z drugiej – rozstrojoną. Nic dziwnego, kiedy trzeba tak często kąpać się we posoce. Nawet najbliżsi mu przyjaciele i rodzina mają na jego temat zawsze jakieś “ale”. Nie może zaznać prostoty i spokoju.

Dojrzał nie tylko Bastard, ale i historia zataczająca kręgi wokół niego. Robin Hobb niespiesznie rozwija skrzydła poszczególnych wątków. Pojawiają się coraz gęściej przesłanki o istnieniu pewnej pradawnej, fantastycznej nacji, której potencjał z pewnością zostanie rozwinięty w trzecim tomie trylogii. Wracając jednak do dojrzałości – perspektywa dziecka uległa przemianie w perspektywę zahartowanego w boju i intrygach młodzieńca.

Tym samym wiele elementów opowieści utraciło na naiwności i niewinności: większość niezłomnych bohaterów otrzymuje nagle przywary. Każdy okazuje się mieć swoje słabości. Bastard wreszcie ma okazję doświadczyć miłości. Mimo chwil zapomnienia, ma on jeszcze większą niż wcześniej samoświadomość swego położenia, bywa złośliwy, wiedząc, jak wiele jego planów skazanych jest na niepowodzenie. Czy wyrośnięty bękart wciąż daje się lubić? Osobiście – wzbudza moją sympatię. Nie tylko ze względu na wyraźnie zarysowany, wielotorowy charakter, ale też możliwość zrozumienia ewolucji jego psychiki od dziecka, aż po pełną dojrzałość.

A nie wszystkie rany zasklepiają się z czasem

Jak to bywa w niniejszej trylogii, wszystko musi mieć swoje gorzkie zabarwienie. Dramatyzm położenia protagonisty – czy to w sferze uczuciowej, czy w fakcie, że bywa on notorycznie truty, a jego życie zagrożone – jest wynikły z logicznych następstw, nie sztucznie “podkręcanego” scenariusza. Tak jak Uczeń skrytobójcy, jego kontynuacja oferuje doświadczanie dramatu, umiejscowionego w realiach tylko odrobinę ubogaconych fantastyką.

Myślę, że skojarzenia z Grą o Tron są tu całkiem na miejscu, choć seria o skrytobójcy osadzona jest w bardziej “kameralnych” klimatach. Książka podobnie nie boi się łamać tabu, pokroju śmierci dzieci, czy kanibalizmu. Ten ostatni zostaje poruszony ze względu na jątrzącą mózgi mieszkańców wybrzeża chorobę (jeszcze nie zombie, już nie ludzie).

Jeszcze więcej, jeszcze lepiej

Choć nie obyło się bez zgrzytów. Największym mankamentem książki jest “płaska” kreacja antagonisty – jest on po prostu wyzutą ze skrupułów osobą – bo tak, bez żadnego uzasadnienia, konfliktu wewnętrznego. “Zły przez to, że jest zły”.

Niektórzy uznać mogą tę książkę za “przegadaną”. Każdy musi mieć tu coś do powiedzenia, każda strona wnosi coś na temat osobistych przemyśleń bohaterów. Według mnie jest to jej duży atut, w czasach, kiedy wielu autorów nie skupia się już na tak pieczołowitym oddaniu osobowości swoich tworów. Pomimo dialogowych przestojów, na barkach czytelnika spoczywa stałe, nieubłagane napięcie. Gdy już dochodzi do nieoczekiwanego obrotu wydarzeń, a od takich zagrywek Królewski skrytobójca aż pęka w szwach, to przysłowiowo – nic, tylko bać się boga.

Królewski skrytobójca to jeszcze lepsze, jeszcze obszerniejsze (dłuższe o połowę w stosunku do części pierwszej) rozwinięcie pełnej licznych wzlotów i upadków opowieści o życiu Bastarda Rycerskiego. Notorycznie książka daje w kość swoim okrucieństwem, a przy tym nie pozwala, by czytelnik o niej zapomniał. Robin Hobb stworzyła całkiem wiarygodne, fikcyjne księstwo. Jego historię, nawet, jeśli przewidywalną, będę z przyjemnością polecać każdemu, kto przepada zarówno za fantastyką, jak i dramatem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here